Powrót
Siedziałam właśnie na tylnych siedzeniach samochodu mojego brata. Patrzyłam, jak mijaliśmy znak mojego piekła. Nienawidziłam tego miasta. Przeżyłam w nim wiele bólu, wiele cierpienia. Właśnie w tym miejscu pierwszy raz skłamałam. Pierwszy raz popełniłam jakąś zbrodnię. Właśnie to kłamstwo miałam zabrać ze sobą aż do grobu i nikt miał się o tym nie dowiedzieć. Zastanawiałam się, jak wyglądałoby moje życie, gdyby to się nie stało. Gdyby trzy lata temu nie zrobiła czegoś, czego żałuję do tej pory, ale wiem, że gdybym tego nie zrobiła, nie byłoby mnie już na tym świecie. Z zamyślenia wyrwał mnie mój brat.
„Cieszysz się, że wracamy?" – spytał. A ja nie wiedziałam, czy w tamtym momencie powiedzieć mu prawdę, czy skłamać. Chciałam uciec. Płakałam tak głośno, choć nikt tego nie słyszał, bo płakałam w samym środku. Ból, który przeżywałam, był tak ogromny, że ledwo już dawałam radę. — Tak, jasne. Stęskniłam się. Zwłaszcza za Divine — odpowiedziałam cicho, ledwie słyszalnie. Zadowolony i usatysfakcjonowany moją odpowiedzią odwrócił wzrok z powrotem na drogę, a ja poczułam, jak gęsta, lepka satysfakcja z udanego kłamstwa powoli miesza się ze strachem przed samą sobą. Nienawidziłam się za to, co zrobiłam. Wiedziałam, że już nigdy nie poczuję spokoju i nigdy nie poczuję się dobrze we własnym ciele. Czułam się brudna. Mimo że po tamtej nocy godzinami siedziałam pod prysznicem, drąc skórę gąbką i próbując to z siebie zmyć. Spojrzałam z powrotem za okno. Wyjeżdżaliśmy powoli z lasu i wjeżdżaliśmy do Cleveland. Znasz to uczucie, gdy miejsce, które ma być twoim domem, wygląda bardziej jak pułapka? Cleveland witało nas cieniem gęstych lasów i rosnących na wzgórzach sosnowych zagajników. Drewniane, jednorodzinne domy z szerokimi gankami stały chowane za wielkimi dębami, jakby obserwowały nas z ukrycia. Nawet słońce nie potrafiło tu rozproszyć tego dusznego, ciężkiego klimatu – igły drzew filtrowały światło na wąskie, ostre promienie, a w powietrzu wisiał zapach rozgrzanej ziemi, żywicy i nadchodzącej wilgoci. Wszystko wyglądało tu zbyt spokojnie. Zbyt cicho. Dokładnie tak, jakby to miasto próbowało udawać, że nie pamięta o tym, co tu zrobiłam.— Zjedziemy pod sklep? Musimy zrobić jakieś podstawowe zakupy spożywcze — rzucił Rick, wyrywając mnie z zamyślenia. ----Pod Target czy pod Walmart? — zapytałam Ricka. On jednak doskonale wiedział, jaka jest odpowiedź. Zawsze wybieraliśmy Walmart. Miał większy asortyment, a poza tym w środku był Starbucks, który po prostu kochałam. Nawet kiedyś zastanawiałam się, czy nie zacząć tam pracy, ale ta myśl jak szybko przyszła mi do głowy, tak szybko z niej wyleciała. Wystarczyło, że wyobraziłam sobie natrętnych klientów, z którymi musiałabym się użerać. A moja psychika i tak była już wystarczająco zniszczona. Rick zaparkował samochód i po chwili oboje wysiedliliśmy Od razu oblepiło mnie gorące, ciężkie powietrze Karoliny. Gwarna przestrzeń parkingu, szum silników i jaskrawe światło Walmarta uderzyły we mnie ze zwielokrotnioną siłą, brutalnie przypominając, że puste słowa i kłamstwa z samochodu właśnie Brakowało mi orzeźwienia, więc bez zastanowienia skierowałam się prosto do Starbucksa. Potrzebowałam kawy — i to natychmiast. Podeszłam do kasy i zamówiłam swoje ulubione karmelowe frappuccino z bitą śmietaną, a dla Ricka zwykłą czarną kawę, bez cukru i bez mleka. To właśnie nas różniło. Mimo że mieliśmy małą różnicę wieku w porównaniu z innymi rodzeństwami, to te trzy lata, które nas dzieliły, robiły ogromną przepaść. Rick skończył prawo, a ja dopiero zaczynałam architekturę. To właśnie w niej nieraz odnajdywałam spokój Uwielbiałam słuchać muzyki w słuchawkach, szkicując pierwsze linie i zatracając się w myśleniu o przestrzeni. Uwielbiałam to, jak architektura potrafi opowiadać historie bez użycia chociażby jednego słowa. Rick potrzebował paragrafów, twardych dowodów i kodeksów, by cokolwiek udowodnić. Ja potrzebowałam tylko czystej kartki i ołówka, żeby stworzyć swój własny, wreszcie bezpieczny świat. Dla niego rzeczywistość składała się z chłodnych faktów i sztywnych zasad, dla mnie — ze światła, cieni i opływowych kształtów.
A jednak, gdyby ktoś spojrzał na nas z boku, od razu zgadłby, że płynie w nas ta sama krew. Oboje mieliśmy te same, niesamowicie głębokie, wręcz hipnotyzujące niebieskie oczy, które aż za dobrze kontrastowały z ciemnymi włosami. Moje sięgały daleko za ramiona, falując przy każdym ruchu, podczas gdy on nosił swoje krótko ścięte, znoszone z chłodną, profesjonalną elegancją. Rick wyglądał jak podręcznikowy, idealnie ułożony prawnik w skrojonej na miarę koszuli — ktoś, kto zawsze ma wszystko pod kontrolą. Ale tylko ja wiedziałam, że to chłodne spojrzenie i idealny wygląd to tylko pozory. Że pod tą wyprasowaną powagą kryje się człowiek znacznie bardziej skomplikowany, gubiący się we własnych myślach i wcale nie tak poukładany, jak chciałby uchodzić przed resztą świata
On stał już z wózkiem i przeglądał coś na telefonie Podeszłam do niego z dwiema kawami w dłoniach i podałam mu kubek z czarnym naparem. Rick posłał mi ten swój krótki, słaby uśmiech — ten sam, którym zazwyczaj dziękował bez używania zbędnych słów. Wziął łyk, po czym skierował wzrok w głąb alejki z artykułami spożywczymi.
To co chcesz zjeść, młoda, na kolację? — zapytał, patrząc na mnie uważnie zza parującej kawy.
— Nie jestem „młoda"! Powtarzam ci to po raz setny! Mam dwadzieścia jeden lat i jestem, kurwa, dorosła, Rick! — wypaliłam, mierząc go wściekłym spojrzeniem. On jednak tylko uniósł brwi z tą swoją irytującą wyższością i wziął kolejny spokojny łyk czarnej kawy. Dla niego to była świetna zabawa; dla mnie — kolejna próba udowodnienia, że nie jestem już małą dziewczynką, którą trzeba prowadzić za rękę. Przewróciłam tylko oczami na ten jego chłodny uśmieszek i ruszyłam przodem w stronę alejek, nie dając mu satysfakcji z dalszej dyskusji.
— To co w końcu jemy? — rzucił za mną, pchając wózek.
Coś wymyślę — rzuciłam krótko przez ramię, wymijając resztę klientów.
Szybko wrzuciliśmy do wózka najpotrzebniejsze rzeczy i dorzuciliśmy parę drobiazgów, na które akurat mieliśmy ochotę. Gdy kasy były już za nami, a zapakowane torby wylądowały w bagażniku, wreszcie mogłam odetchnąć.
Silnik zgasł, a w samochodzie zapadła ta nagła, gęsta cisza, którą słychać tylko nocą. Wokół tylko ciemny zarys domu, szum sosnowego lasu w tle i światła deski rozdzielczej powoli gasnące na desce. Żadnych pytań, żadnego "co teraz" — po prostu szybki ruch, miękka kurtka, zapach zimnego powietrza wymieszany z ciepłem wnętrza auta i ten moment, kiedy cały świat poza szybami przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Dopiero po dobrej chwili któreś z was łapie oddech. Ręce powoli puszczają materiał kurtki, ale nikt nie sięga do klamki. W aucie robi się chłodno, a szyby zaczynają lekko zachodzić parą od oddechów.
Przez przednią szybę widać tylko ciemną sylwetkę ganku i ten ogromny dąb, którego gałęzie cicho skrzypią na wietrze. Żadne z was nic nie mówi — krótka wymiana spojrzeń w półmroku wystarcza za całe pytanie. Szybkie kliknięcie odpinanych pasów, cichy dźwięk otwieranych drzwi i nagły powiew zimnego, sosnowego powietrza, który od razu stawia na nogi.
Klucze brzęczą w dłoni trochę zbyt głośno w tej nocnej ciszy. Szybkie kroki po żwirze, stopnie ganku uginające się lekko pod ciężarem i wreszcie przekręcenie zamka. Wchodzicie do środka, drzwi zatrzaskują się za wami z cichym głuchym kliknięciem — i cały świat na zewnątrz przestaje istnieć
Nic się tutaj nie zmieniło – powiedział do mnie.
Zostałam krok za nim, patrząc, jak przesuwa dłonią po chłodnym blacie, zostawiając ślad na cienkiej warstwie kurzu. W powietrzu wciąż czuć było ten sam zapach naszego dzieciństwa, starego drewna i stęchłego chłodu. Ten dom naprawdę przestał żyć w dniu, w którym stąd wyjechaliśmy.
Obrócił się do mnie w półmroku. Mimo tylu lat rozłąki, w jego spojrzeniu wciąż była ta sama, braterska pewność, która kiedyś dawała mi poczucie bezpieczeństwa.
– Ale nie martw się, Eli – dodał cicho, kładąc mi ciężką, ciepłą dłoń na moim ramieniu. – Dzięki nam ożyje na nowo.
Spojrzałam na niego, czując, jak zeszło ze mnie całe napięcie z drogi. Zostawiliśmy za drzwiami wszystko, co stało się wcześniej. Byliśmy tylko my i te stare mury, które znowu musieliśmy uczynić domem. Pchnęłam drzwi do kuchni, słysząc, jak gdzieś z głębi korytarza dobiega głośne stukanie skrzynki z bezpiecznikami i siarczyste przekleństwo. W ciemności słychać było tylko pisk starych kabli i jego mocowanie się z rdzą.
Po chwili coś głośno strzeliło, usłyszałam surowy zgrzyt przekręcanego włącznika i nagle całe pomieszczenie zalało surowe, żółtawe światło pojedynczej, zakurzonej żarówki pod sufitem.
Mrugnęłam parę razy, mrużąc oczy od nagłego blasku. Żarówka brzęczała cicho, rzucając długie, ostre cienie na odrapane ściany i blat, na którym wciąż stał ten sam stary kubek, co lata temu.
– Ogarnąłeś prąd – rzuciłam w stronę korytarza, a w moim głosie było chyba więcej ulgi, niż chciałam pokazać.
Wyłonił się z cienia z dłońmi ubranymi w pył i uśmiechnął się krzywo, opierając się o futrynę.
– Mówiłem ci, że dam radę – odpowiedział, ocierając przedramieniem czoło. – Pierwszy krok zrobiony. Teraz chociaż widzimy, w jaki syf się wpakowaliśmy.
Spojrzałam na niego, a potem wokół siebie. Światło ujawniło każdy szczegół tego, co tu zostawiliśmy.
Co robimy najpierw – sprawdzamy resztę pokoi, czy szukamy czegoś do picia, żeby zapić smutek bo coś czuję ze sprzątanie tego miejsca zajmie nam trochę czasu.pokręcilam głową z niedowierzaniem ale skierowałam się ku schodom
Spojrzałam na niego, a potem wokół siebie. Światło ujawniło każdy szczegół tego, co tu zostawiliśmy.
-Wiesz co? Słyszałam, że w tym pokoju rodziców jest mini bar. Z pewnością na pewno coś zostawili. Idę sprawdzić, dobra? – rzuciłam przez ramię, nie czekając nawet na jego odpowiedź.
Krok po kroku zaczęłam wchodzić po skrzypiących, drewnianych stopniach na piętro, powoli przyzwyczajając wzrok do gęstniejącego z każdym stopniem mroku. Wąski korytarz na górze pachniał jeszcze mocniej starym papierem i kurzowym chłodem. Pchnęłam pierwsze drzwi po prawej stronie. Zawiasy jęknęły cicho, a ja weszłam do środka, oświetlając przestrzeń tylko blaskiem ekranu telefonu.
W kącie pokoju, tuż obok niskiego fotela, faktycznie stała mała, drewniana szafka z mosiężną kołatką.
Kucnęłam przy niej, a chłodne powietrze od podłogi od razu przeniknęło przez materiał moich spodni. Szarpnęłam za drzwiczki – puściły z głuchym oporem.
– I co tam masz, Eli? Znazłaś coś, czy tylko puste butelki? – dobiegł z dołu jego rozbawiony, lekko wytłumiony głos.
Spojrzałam w głąb ciemnej półki, przesuwając palcami po zakurzonych szkłach.
– O, dzięki! Dzięki Bogu, jesteśmy uratowani! – krzyknęłam na cały dom, kompletnie zadowolona z tego wielkiego odkrycia.
Z dołu natychmiast dobiegł mnie mocny, rozbawiony śmiech mojego brata. Nic nie musiał mówić – po prostu doskonale wiedział, co tam znalazłam i co to dla mnie znaczyło. Przecież znał mnie na wylot. Nie to, żebym miała jakiś problem z alkoholem, alkoholikiem nie byłam, ale nie oszukujmy się – na dobrej imprezie nigdy nie wylewałam za kołnierz i lubiłam się napić, kiedy była okazja. A ten wieczór aż się prosił o przynajmniej jeden głębszy łyk.
– Nawet mnie to nie dziwi, Eli! – zawołał z dołu, wciąż się podśmiewając. – Tylko zostaw coś dla mnie, a nie obalasz całość na górze!
Zdmuchnęłam warstewkę kurzu z szyjki butelki, czując, jak pierwsze napięcie z drogi całkowicie ze mnie schodzi. Zaśmiałam się pod nosem, wstając z podłogi i zgarniając butelkę. Dłońmi otrzepałam spodnie z kurzowego osadu i powoli zaczęłam schodzić do niego na dół, zbiegając wzrokiem po ciemnych stopniach.
Z każdym krokiem skrzypienie drewna mieszało się z dźwiękiem szklanej butelki, którą mocno trzymałam w dłoni. W kuchni powitało mnie to samo surowe, żółte światło pojedynczej żarówki i on – oparty o blat, z rękami skrzyżowanymi na piersi i tym swoim wyczekującym, lekko pobłażliwym uśmieszkiem.
– Mówiłam, że coś znajdę – rzuciłam z dumą, stawiając szklaną zdobycz na czystszym fragmencie blatu z głośnym, satysfakcjonującym stuknięciem. – Ratunek dla tego wieczoru.
Przyjrzał się butelce, a potem uniósł brwi, kręcąc głową z rozbawieniem.
– Nie miałem co do ciebie wątpliwości, Eli – skomentował cicho, sięgając po dwa zakurzone kubki stojące na suszarce obok zlewu. – Tylko najpierw musimy to w czymś opłukać, zanim w ogóle pomyślimy o nalewaniu. Pchnęłam go lekko ramieniem, zabierając mu z rąk te zakurzone kubki i rzucając je prosto do zlewu.
– Proszę cię, nie będziemy teraz bawić się w savoir-vivre – rzuciłam z uśmiechem, wprawnym ruchem odkręcając zakrętkę. – Pijemy z gwinta. Za nowy początek.
Podałam mu butelkę. Wziął spory łyk, a potem oddał mi ją, przyglądając mi się uważnie w tym żółtym, mrugającym świetle. W kuchni zrobiło się jakby cieplej, ale ten głęboki, powracający spokój nagle przerwał cichy, metaliczny dźwięk dobiegający z samego końca ciemnego korytarza.
Dźwięk przekręcanego klucza w zamku od tylnych drzwi.
Obaj zastygliśmy w miejscu. Brat powoli powiódł wzrokiem w stronę mroku za drzwiami kuchni, a jego uśmiech momentalnie zniknął. Przełknęłam ślinę, ściskając zimną szyjkę butelki tak mocno, że aż pobielały mi kłykcie, gdy z głębi domu dobiegł nas cichy, powolny krok..
Ścisnęłam szyjkę butelki tak mocno, że aż pobielały moje knykcie. Rick natychmiast zrobił krok w przód i stanął przede mną. Dźwięk podeszew na starych panelach był miarowy, ale spokojny – jak u kogoś, kto dokładnie znał ten dom i nie bał się tego, co w nim zastanie.
W żółtym, mrugającym świetle żarówki powstał cień, który powoli nabierał kształtów. Z cienia pojawił się chłopak w czarnej bluzie. Wrzucił na blat ciężki pęk kluczy, które brzęknęły głucho o stare drewno.
– Chciałaś tą butelką coś mi zrobić? – rzucił cicho, ale w jego głosie brzmiała dobrze mi znana, chłodna pewność siebie.
– Landon? – wypowiedziałam jego imię, niedowierzając. Nie widzieliśmy się od lat. Napięcie między nami w jednej chwili zrobiło się tak gęste, że można by je ciąć nożem. Landon przenosił wzrok ze mnie na Ricka, a brzęk kluczy wciąż leżących na blacie zdawał się dźwięczeć w moich uszach. Ciszę przerwał mój brat. Dopiero teraz Rick odetchnął głęboko, jakby zeszło z niego całe napięcie. -Brachu... – mruknął, robiąc dwa szybkie kroki w jego stronę. Podszedł do niego i przytulił go tak, jak robią to faceci – mocne, szorstkie objęcie, parę solidnych klepnięć w plecy i męski uścisk dłoni na powitanie. W tym jednym geście była cała ich dawna relacja, jakby te lata rozłąki na moment przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Landon odpowiedział tym samym, ale kątem oka czułam, że jego spojrzenie na ułamek sekundy znowu powróciło do mnie.
– A ty? Nie weźmiesz przykładu z brata? Ze mną się nie przywitasz? – rzucił z lekkim uśmiechem.
Zaśmiałam się cicho, odłożyłam butelkę i podeszłam do niego. Gdy mnie objął, od razu to poczułam – pachniał wciąż tak samo jak te kilka lat temu. Mieszanka jego ulubionych perfum natychmiast uderzyła w moje nozdrza. Lubiłam ten zapach, choć musiałam sama przed sobą przyznać, że bywały momenty, kiedy miałam go serdecznie dość. Wypuścił mnie z objęć, ale wciąż stał na tyle blisko, że czułam ten znajomy chłód, jaki wniósł ze sobą do środka.
– Dobra, stary... – Rick odezwał się pierwszy, patrząc na niego ze zmieszaniem. – Ale co ty tu w ogóle robisz?
-mieszkam – rzucił krótko Landon, jakby to była najprostsza rzecz na świecie.
Skrzyżował ręce na piersi i oparł się o blat tuż obok pęku kluczy.
– Co proszę? – prychnęłam, unosząc brwi. – W naszym starym domu?
Landon posłał mi ten swój dobrze znany, lekko drwiący uśmiech.
– Nie pamiętasz? Przecież jestem ulubieńcem twojego ojca od samego początku zamieszkania tutaj – rzucił, przenosząc wzrok z mojej twarzy na Ricka. – Andreo dał mi klucze do waszego domu jeszcze kilka miesięcy przed waszym wyjazdem. Powiedział, że mają mi się przydać i że jak was nie będzie, mam przy okazji pilnować domu. No to pilnuję.
Zrobił krok w moją stronę, przechylając głowę na bok, a w jego oczach błysnęła ta sama cwaniacka iskra co dawniej.
– I od razu uprzedzając twoje pytania, Eli... twoja ukochana czarna strzała jest, kurwa, nienaruszona. Nawet nim z garażu nie wyjechałem.
– Masz cholerne szczęście, bo gdyby była tam chociaż jedna ryska, już byś wąchał kwiatki od spodu – odparłam, próbując zachować powagę i groźną minę.
On się tylko zaśmiał. Ten jego krótki, cichy śmiech sprawił, że na moment zeszło ze mnie całe to bojowe napięcie.
Nawet nie wiedział, jak bardzo tęskniłam za swoim autkiem. A co gorsza... sama do końca nie wiedziałam, jak bardzo tęskniłam za nim. Uśmiechnęłam się pod nosem, po czym wszyscy potuptaliśmy w stronę drzwi prowadzących bezpośrednio do garażu.
Gdy je otworzyłam, w półmroku dostrzegłam charakterystyczną, drapieżną sylwetkę. Moja czarna strzała – sportowe Audi z 2014 roku, czyste, lśniące i bez ani jednej rysy.
Podeszłam bliżej, pociągnęłam za klamkę, a drzwi ustąpiły ze znajomym, miękkim kliknięciem. Usiadłam na fotelu kierowcy, a skóra cicho skrzypnęła pod moim ciężarem. Zanim w ogóle dotknęłam kierownicy, zaciągnęłam się powietrzem.
No proszę nawet zapach nie zniknął. Wnętrze wciąż pachniało wiśnią – moim ulubionym, słodkawym aromatem, który wgryzł się w tapicerkę na dobre kilka lat temu.
Przesunęłam dłonie po skórzanym wieńcu kierownicy i na moment znowu powróciły tamte wspomnienia. Dostałam to auto na osiemnaste urodziny od rodziców. I choć wtedy miało być po prostu prezentem, stało się czymś o wiele ważniejszym. Moją jedyną deską ratunku. W końcu to dzięki tej czarnej strzale – i z bronią dociśniętą do boku – zdołałam w ogóle stamtąd uciec...
– Masz szczęście, Landon... – mruknął pod nosem, a w piersi ścisnęło mnie coś dziwnego: bolesnego i ciepłego zarazem.
Chłopaki popatrzyli na siebie i po prostu się zaśmiali, nie mając pojęcia, jakie obrazy właśnie przelatują mi przed oczami. Landon skrzyżował ręce na piersi i oparł się o futrynę drzwi, przyglądając mi się z tym swoim swobodnym uśmieszkiem.
Bak jest pełny, bo z tego co pamiętam... sama ją tankowałaś – rzucił, przenosząc wzrok z auta na mnie. Rick pokiwał głową, popierając go bez zawahania.
– Dokładnie. Przejedź się, a my w tym czasie ogarniemy dom i zrobimy jakąś kolację. Stęskniłem się za rykiem tego silnika, więc daj mu wreszcie pożyć.
– Okej – rzuciłam szybko
Nie czekałam na ich odpowiedź. Zamknęłam drzwi Przekręciłam kluczyk, a potężne V8 pod maską odpowiedziało natychmiastowym, głośno dudniącym rykiem, od którego aż zadrżały ściany garażu.
Chłopaki tylko wymienili między sobą szybkie spojrzenia, a ja wrzuciłam bieg i już mnie nie było. Wcisnęłam gaz i poczułam, jak czarna strzała gładko wytoczyła się z garażu na podjazd, wyjeżdżając prosto na pustą drogę. Auto aż rwało się do przodu. Było gotowe na prostą. A ja razem z nim. Uchyliłam lekko szybę. Chłodny, wieczorny podmuch wpadł do środka, mieszając zapach spalonej benzyny z tą słodkawą, wiśniową nutą tapicerki. Światła latarni zaczęły smugać po czarnej, lśniącej masce, a mrok poza krawędzią szosy wydawał się znikać z każdym kolejnym kilometrem. Nisko dudniący bas silnika rezonował w mojej klatce piersiowej, zagłuszając wszystkie niechciane myśli. Tutaj, za tą kierownicą, znowu miałam pełną kontrolę.
Przekręciłam gałkę radia. Ze głośników natychmiast poleciały pierwsze dźwięki kawałka Inny – ten jej charakterystyczny, pulsujący rytm dance, mroczny, a jednocześnie niesamowicie energiczny i lekki. Piosenka miała w sobie ten specyficzny vibe, który od razu przywoływał wspomnienia z dawnych lat: głośne basy, wakacyjne noce, zapach wolności i uczucie, że całe miasto należy do nas. Za każdym razem, gdy wracałam za kierownicę tej czarnej strzały, to właśnie muzyka Inny była moim stałym elementem. Jej wokal płynął miękko przez wnętrze auta, a rytmiczny bas idealnie zsynchronizował się ze spokojnym, nisko dudniącym pomrukiem silnika V8. Zaciągnęłam się powietrzem, opierając łokieć na drzwiach. Muzyka wypełniła przestrzeń, odcinając mnie od chaosu w głowie i pozwalając zmysłom wreszcie wyostrzyć się na tym, co tu i teraz.
Mknęłam przez szerokie aleje miasta. Światła latarni migotały na dumnie wyprofilowanej, czarnej masce, tworząc długie, złociste smugi. Budynki przemykały po obu stronach jak mroczne sylwetki, a nocne powietrze przynosiło zapach nagrzanego asfaltu i bliskiej rzeki. Miasto o tej porze zaczynało cichnąć, zmieniając się w obcą, ale na swój sposób kojącą przestrzeń. Zwolniłam na skrzyżowaniu, wrzuciłam niższy bieg i skręciłam w stronę cichszej, bardziej zielonej dzielnicy, w której mieścił się mój cel.
Chciałam sprawdzić to miejsce, zanim na dobre zacznie się tu moja codzienna rutyna. Nowy początek, nowa karta.
Zatrzymałam samochód po drugiej stronie ulicy, tuż przy szpalerze wysokich, starych dębów. Wrzuciłam luz, ale nie zgasiłam silnika – jego cichy bas wciąż towarzyszył muzyce grającej w tle. Przez przednią szybę spojrzałam na budynek Wydziału Architektury Krajobrazu i Sztuki Ogrodowej.
Uczelnia prezentowała się imponująco. Bryła głównego gmachu stanowiła genialne połączenie surowego, czerwonego klinkieru sprzed wieku z nowoczesnymi, wielkimi przeszkleniami, w których odbijały się koronki drzew i nocne niebo. Wyglądało to tak, jakby architektura wprost wyłaniała się z otaczającego ją, starannie zaprojektowanego parku. Przestrzeń wokół budynku zamieniała się w żywy ogród pokazowy – dostrzegłam oświetlone delikatnymi reflektorami podwieszane mostki, kaskady wodne i geometryczne rabaty pełne ozdobnych traw. To nie była zwykła, nudna uczelnia z ciemnymi korytarzami; to było miejsce, gdzie zieleń i nowoczesny design tworzyły spójny, organiczny świat. Siedząc w fotelu i opierając dłonie na kierownicy, przyglądałam się temu z dystansu. To właśnie tutaj przeniosłam swoje papiery.Architektura krajobrazu miała być moją przepustką do normalności. Oficjalną wersją dla świata, pretekstem do noszenia szkicownika i udawania, że interesuje mnie projektowanie parków. Z zewnątrz wyglądałam po prostu jak dziewczyna, która chce zacząć od zera.
Ale kogo ja próbowałam oszukać?
Dziewczyna z zakrwawionymi rękami, z rykiem osiemdziesięciu koni pod maską i przeszłością, która nieustannie depcze jej po piętach, nigdy nie wtopi się w tłum zwykłych studentów. Mogłam rysować plany i szukać spokoju, ale prawda była taka, że dawna ja nigdzie nie zniknęła. Przez chwilę patrzyłam na ten oświetlony, cichy obiekt, a w głowie kiełkowała myśli, że może właśnie tu, pośród planów, projektów i zapachu ziemi, uda mi się wreszcie odnaleźć upragniony spokój.
Zastukałam paznokciami o skórę kierownicy w rytm basu Inny, wrzuciłam bieg i wcisnęłam gaz. Czarna strzała wyrwała do przodu, zostawiając oświetloną uczelnię w tyle.
Muzyka wypełniała wnętrze Audi po brzeg. Rytmiczne uderzenie basu rezonowało w karoserii, mieszając się z chłodnym powietrzem wpadającym przez uchyloną szybę. Zastukałam paznokciami o skórzany wieniec kierownicy, wkręcając auto na wyższe obroty. Znałam każdy dźwięk tych utworów – przypominały mi o wolności, która pachniała po prostu spalonym asfaltem i wiatrem.
Mknęłam przez wyludnione ulice, aż w końcu skręciłam w naszą uliczkę.
Zwolniłam i gładko wtoczyłam się na podjazd. Silnik ze skomlenia przeszedł w cichy, głęboki pomruk. Przekręciłam kluczyk, gubiąc ryk V8, a z głośników ucichły ostatnie dźwięki radia. W środku zapadła przyjemna, głęboka cisza.
Weszłam do salonu, a tam klasyka gatunku: Landon i Rick wyciągnięci na kanapie z padami w dłoniach, ostro przycięci w The Sims 4 na PlayStation. Landon z przejęciem budował jakąś chatę, wciśnięty w ekran, jakby od tego zależało jego życie. Wokół było nawet w miarę posprzątane – zebrali największy syf, za co w duchu byłam im znosnie wdzięczna – ale ich uwaga leżała całkowicie na ekranie.
– Co na kolację? – rzuciłam, opierając się o framugę.
Landon drgnął, zamrugał i zamruczał pod nosem:
– Ja pierdolę, kurwa... zapomniałem.
Nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, posłał mi to swoje słodkie, maślane spojrzenie czarnego kotka i wypalił tym błagalnym głosem:
No weź... Zrobisz swój popisowy makaron?
Patrzył tak, że wiedziałam, iż jestem ugotowana.
– Zrobię – westchnęłam z rezygnacją. – Ale Bozia rączek nie dała, żebyś zrobił?
– Dała, dała! Ale sama wiesz, że ja przecież umiem gotować, znasz mnie, tylko po prostu... mi się kurwa nie chciało.
– Stary! – wparował mu w słowo Landon, obracając się gwałtownie. – Przecież ty przy gotowaniu byś zapomniał dodać ponad połowę składników!
Rick momentalnie rzucił Landonowi spojrzenie, jakby miał go za sekundę zabić na miejscu. Gdyby wzrok mógł patroszyć, Landon leżałby w kawałkah. Wyglądało na to, że zaraz się na nim wyżyje, ale Rick tylko fuknął:
– Nieprawda, kurwa, umiem gotować!
– Jasne! – Landon parsknął bezczelnym śmiechem. – Jak zrobiłeś kiedyś to spaghetti, to nawet nie dodałeś sosu pomidorowego, a makaron tak przesoliłeś, że aż mi mordę wykrzywiło! Tak kwaśne i słone, że nie dało się tego w ogóle przełknąć!
– Dobra, wypraszam sobie, to mnie w chuj bolało! – wtrącił Rick, poprawiając koszulę z absolutną powagą i unosząc dumnie podbródek. – Nie moja wina, że jestem kurwa mega przystojnym, zajebistym prawnikiem! Wygrana na sali sądowej nie wiąże się przecież automatycznie z umiejętnością stania przy garach!
– Po prostu jesteś narcyzem, Rick – mruknęłam z rozbawieniem, kręcąc głową.
– Ej, nie nazywaj mnie tak! – obruszył się gwałtownie, choć w jego oczach błysnęła iskra rozbawienia.
Nic już więcej nie mówiłam. Parsknęłam tylko głośnym śmiechem, kręcąc głową nad ich dziecinnymi sprzeczkami, i ruszyłam prosto do kuchni, żeby zacząć przygotowywać kolację.
Znałam ten przepis na pamięć, więc ruchy miałam płynne i automatyczne. Wstawiłam duży garnek z wodą, osoliłam ją i wrzuciłam makaron. Na rozgrzaną patelnię trafiła solidna porcja masła, posiekany czosnek i przyprawy, które natychmiast wypełniły całe pomieszczenie obłędnym aromatem. Dorzuciłam resztę składników, wszystko zalałam śmietanką i posypałam serem, a ugotowany al dente makaron wymieszałam w gęstniejącym sosie.
Cała ta operacja zajęła mi jakieś dwadzieścia, może trzydzieści minut. Czysta rutyna, bez zbędnego chaosu i – co najważniejsze – bez wykrzywiania mordy, jak w przypadku eksperymentów Ricka.
– Czy ty naprawdę musisz mnie katować tym zapachem, kiedy ja tu próbuję przeżyć w Simsach?! – jęknął z salonu Landon, wyciągając szyję w stronę kuchni.
– Zbierajcie dupy do stołu – rzuciłam krótko, nakładając parujące porcje na talerze. – Zanim zjem wszystko sama.
Siedzieliśmy przy stole, a talerze opustoszały w mgnieniu oka. Chłopaki wsuwali makaron, aż im się uszy trzęsły, wygłaszając absurdalne, motywacyjne mowy o tym, że powinnam otworzyć własną knajpę. Śmiałam się z ich żartów, chłonąc tę chwilę zwyczajności.
I wtedy Rick odłożył widelec, a jego twarz nagle spoważniała.
– Wiesz, kogo mi tu, kurwa, brakuje, stary? – rzucił nagle do Landona, a potem spojrzał na mnie. – Chase'a.
W mojej głowie zdetonowała się bomba. Musiałam natychmiast założyć maskę. Zrobiłam najsłodszy, najbardziej niewinny i lekko zaniepokojony wyraz twarzy, jaki miałam w swoim aktorskim repertuarze. Przechyliłam głowę, powoli kiwając głową z udawanym niedowierzaniem.
Trzy lata bez niego... – mruknął Rick, przecierając twarz dłońmi. – To jest jakiś kurwa koszmar. Chciałbym, żeby się po prostu znalazł, chociaż mam niemal pewność, że jego zwłoki już gdzieś leżą głęboko pod ziemią.
Wpatrywałam się w stół, lekko kiwając głową z udawanym niedowierzaniem i zmartwieniem, grając idealną rolę.
– Fajnie było spędzić z nim chociaż parę chwil... – rzuciłam cicho, a mój głos zabrzmiał tak naturalnie, że chłopaki nawet przez ułamek sekundy niczego nie posądzili.
Z zewnątrz wyglądałam jak po prostu współczująca, zamyślona przyjaciółka. Ale w mojej głowie toczyła się zupełnie inna walka. Z jednej strony wspomnienia potrafiły ukłuć, z drugiej – w głębi duszy po prostu nim gardziłam i go nienawidziłam. Rick i Landon nie mieli bladego pojęcia, że to ja byłam odpowiedzialna za jego życie. Że to przeze mnie rozpłynął się w powietrzu i nikt na tym świecie nie wiedział, co się z nim naprawdę stało.
Najgorszy był jednak fakt, że to nie ja podłożyłam ogień pod ten dom. Ktoś inny tam wszedł. Ktoś inny spalił to miejsce do cna. Policja i strażacy przewrócili to pogrzebisko do góry nogami i nie znaleźli w pogrzebielisku żadnego ciała. Nie miałam pojęcia, kto podłożył ogień pod chatę Chase'a, ale ktoś tam był. Ktoś inny wkroczył do tej gry.
– Dobra, chłopaki... – wstałam od stołu, zmuszając się do lekkiego uśmiechu. – Jestem wykończona po podróży. Idę do siebie.
Nie czekałam na ich odpowiedź. Zabrałam swoją walizkę i ruszyłam po schodach na górę, zostawiając za sobą gęstą atmosferę salonu.
Skręciłam w korytarz i pchnęłam drzwi do swojego dawnego pokoju. Weszłam do środka i na moment po prostu zastygłam. Wszystko wyglądało dokładnie tak, jak to zostawiłam – idealny, typowy pokój nastolatki, w którym czas nagle się zatrzymał.
Ściany pomalowane były na stonowany, chłodny odcień szarości, który w półmroku wyglądał niemal kojąco. Na środku stało duże, dwuosobowe łóżko z rozrzuconymi miękkimi poduszkami i szarym narzutem. W kącie prężyło się biurko z lampką, paroma starymi zeszytami i ramkami na zdjęcia, a obok stała pojemna szafa. Pokój pachniał domem, czystością i starymi perfumami – był tak zwyczajny, prosty i bezpieczny, że aż nierealny w zderzeniu z tym, co dźwigałam w sobie.
Rzuciłam walizkę przy drzwiach i natychmiast ją rozpakowałam, układając rzeczy na swoich dawnych miejscach. Następnie wzięłam świeże ubrania i poszłam prosto do łazienki pod gorący prysznic, żeby zmyć z siebie nie tylko trud podróży i zapach spalonego asfaltu, ale też ten lepki, dławiący strach.
Gdy strumień wody spływał po moim ciele, w końcu pozwoliłam sobie na głęboki, długi oddech. Byłam w domu. Ale spokój był tylko iluzją.
Gorąca woda zmywała ze mnie nie tylko zmęczenie po wielogodzinnej trasie, ale też ten ciężki, dławiący strach, który osiadł na moich płucach podczas rozmowy na dole. Stałam pod prysznicem tak długo, aż para całkowicie przesłoniła duże lustro.
Gdy w końcu zakręciłam wodę, w łazience zapadła głęboka, wręcz sterylna cisza. Wytarłam się puszystym ręcznikiem, powoli wysuszyłam włosy suszarką, spinając je w luźny, niedbały koczek na czubku głowy, i wciągnęłam na siebie wygodną, domową koszulkę. Założyłam ulubione, miękkie skarpetki i zebrałam z podłogi swoje rzeczy.
Kiedy wróciłam do pokoju, zapach świeżości zmieszał się z dobrze mi znanym aromatem moich starych perfum i mebli. Podeszłam do rozpakowanej przy drzwiach walizki i sięgnęłam na sam spód, skąd wyjęłam małą paczkę moich ulubionych, żółtych Camelów. Poczułam pod palcami znajomy, lekko chropowaty kartonik.
Rzuciłam telefon na łóżko i podeszłam do ciężkich, przeszklonych drzwi balkonowych. Przekręciłam mosiężną klamkę, a chłodne, nocne powietrze natychmiast wdarło się do środka, przynosząc ze sobą zapach wilgotnej trawy i ziemi.
Wyszłam na balkon.
Oparłam się dłońmi o chłodną, metalowąbalustradę i spojrzałam przed siebie. Mój pokój wychodził prosto na podwórze i rozległy plac za domem. W półmroku nocy wszystko wyglądało dokładnie tak, jak zapamiętałam – stara drewniana altana stojąca w kącie ogrodu, równo przycięty trawnik i wysoki żywopłot odgradzający nas od sąsiadów. W oddali, na samym horyzoncie, rozciągała się ciemna ściana lasu. Wszystko było na swoim miejscu. Idealne, nienaruszone, bezpieczne.
Boże, jak bardzo brakowało mi tego miejsca. Brakowało mi tej pozornej stabilizacji, poczucia, że kiedy tu wracam, świat na chwilę zwalnia. Przez ten cały czas marzyłam, by znowu tu stać i po prostu oddychać.
Wyciągnęłam z paczki jednego papierosa, włożyłam go między usta i odpaliłam. Mały ognik zapałki rozświetlił na sekundę moją twarz, rzucając tańczący cień na ściany. Zaciągnęłam się głęboko, czując, jak dym przyjemnie drapie w gardle, a potem powoli wypuściłam go przed siebie.
Szara smuga dymu uniosła się w chłodnym powietrzu, snując się leniwie nad balustradą, zanim rozmyła się w mroku nocy.
Wpatrywałam się w przestrzeń, rozkoszując się ciszą. I właśnie wtedy, gdy wypuszczałam kolejny obłok dymu, zawiesiłam wzrok na ścianie lasu.
Zaledwie kilkaset metrów za naszym podwórkiem zaczynał się mały, gęsty lasek, a tuż za nim rozciągał się teren starego, opuszczonego tartaku.
Ciemność była tam niemal absolutna, ale nagle... moje oko uchwyciło coś dziwnego.
Tuż przy linii drzew coś mignęło. Błysk był gwałtowny, krótki – jakby ktoś na ułamek sekundy zapalił silne światło latarki i od razu je zgasił. Zamrugałam gwałtownie, wpatrując się w ten sam punkt. Przez chwilę panowała martwa cisza, a potem powtórzyło się to znowu. Czerwono-biały rozbłysk, znikający w gęstwinie gałęzi.
Moja zdroworozsądkowa część duszy podpowiadała, by po prostu zamknąć drzwi balkonowe, położyć się do łóżka i udawać, że niczego nie widziałam. Ale moja wrodzona, czysta głupota miała zupełnie inny plan. Ciekawość natychmiast przejęła nademną kontrolę.
Zgasiłam papierosa w małej popielniczce, zostawiając diamentową zapalniczkę na parapecie. Wróciłam do pokoju, zgarnęłam z krzesła luźną, ciemną bluzę i naciągnęłam ją przez głowę. Chwyciłam leżący na łóżku telefon, zbiegłam po cichu na dół – uważając na każdy trzeszczący stopień schodów – i bezszelestnie wymknęłam się przez tylne drzwi do ogrodu.
Nocne powietrze natychmiast obeszło mnie chłodem. Przejście przez trawnik zajęło mi zaledwie chwilę, ale im bliżej byłam gęstwiny, tym bardziej czułam, jak po plecach przebiega mi dreszcz.
Kliknęłam ekran telefonu i włączyłam latarkę. Snop jasnego, białego światła rozciął mrok, oświetlając plątaninę pni, wystających korzeni i dzikich krzaków. Weszłam w głąb lasu. Ścieżka, którą pamiętałam z dzieciństwa, teraz wydawała się obca i złowroga. Gałęzie zaczepiały o moją bluzę, a chłód osiadał na dłoniach. Igły sosnowe chrupały pod moimi butami z każdym krokiem, budząc we mnie powracającą falę paniki.
Po co ja tu w ogóle idę? – pomyślałam, czując, jak serce zaczyna walić mi w piersi jak szalone.
Błam już naprawdę blisko starego tartaku. Zapach starych, spróchniałych desek i wilgoci stawał się coraz bardziej wyczuwalny w powietrzu, mieszając się z wonią igliwia. Przesunęłam strumień światła w stronę gęstego zagajnika, starając się dostrzec źródło tego dziwnego błysku.
I dokładnie w tym momencie, gdy zrobiłam kolejny krok... latarka w moim telefonie gwałtownie zamrugała.
Ekran rozświetlił się na sekundę czerwoną ikoną baterii, po czym całkowicie zgasł.
Zapadła ciemność tak gęsta, że aż fizycznie gniotła w klatce piersiowej.
– Nie, nie, nie... błagam, nie teraz! – szepnęłam panicznie, wściekle klikając przycisk zasilania, ale telefon był całkowicie martwy.
Ogarnęła mnie czysta, paraliżująca bezsilność. Moja własna głupota właśnie zapędziła mnie w środek ciemnego lasu, parę metrów od opuszczonego tartaku. Zaczęłam się psychicznie załamywać – gardło mi się ścisnęło, a w oczach stanęły gęste łzy wściekłości i strachu. Przycisnęłam zimny telefon do piersi, obróciłam się na pięcie i postanowiłam za wszelką cenę wrócić tą samą drogą pod dom.
Zrobiłam dwa szybsze kroki w stronę podwórka, gdy nagle...
CHRZĘST.
Głośne, wyraźne złamanie grubej gałęzi rozległo się dosłownie parę metrów ode mnie, w gęstych krzakach po mojej prawej stronie.
Zastygłam w bezruchu. Wstrzymałam oddech, a moje serce o mało nie wyrwało się z klatki piersiowej. Słyszałam tylko własne tętno dudniące w uszach i cichy, powolny szelest liści, jakby ktoś lub coś stawiało krok w moim kierunku...
Nie myślałam długo. Oczywiście moja wrodzona głupota natychmiast przejęła ster i stwierdziła, że powinnam po prostu uciekać.
Zrobiłam powolny krok w tył. Potem kolejny, aż zacząłam gorączkowo cofać się krok za krokiem, wpatrzona w mroczną sylwetkę.
A wtedy ten cień po prostu zaczął się materializować.
Z głębokiego mroku lasu wyłonił się mężczyzna – i to jaki. Wyglądał, jakby został wyrzeźbiony przez samych bogów. Był absurdalnie wysoki, nienaturalnie wyżyłowany i potężny, a pod jego ciemnym ubraniem rysowała się potężna sylwetka. Przy moim wzroście przy nim czułam się dosłownie jak maluszek.
W co ja się, kurwa, wpakowałam? – przemknęło mi przez głowę, gdy zdetonowała się we mnie czysta panika.
On robił spokój, pewne kroki do przodu, a ja krok za krokiem cofałam się w głąb cienia. Widząc, że odległość między nami drastycznie topnieje, odwróciłam się na pięcie i po prostu rzuciłam do pędzącego biegu.
Nogi uciekały mi na śliskim igliwiu, a gałęzie chłostały mnie po twarzy. Biegłam z całych sił, czując, jak płuca palą mnie od mroźnego powietrza.
To jednak nie miało najmniejszego znaczenia.
Mężczyzna bez żadnego wysiłku dopadł do mnie w mgnieniu oka. Zanim zdążyłam wziąć kolejny wdech, od tyłu opleciona została moja szyja. Ciasny, żelazny chwyt momentalnie odciął mi dopływ powietrza.
– Nie... błagam, nie zabijaj mnie! Daj mi spokój! – wykrztusiłam panicznie. Z moich oczu ciurkiem potoczyły się gorące łzy strachu, a ja bezradnie szarpałam się w jego uścisku, ale on nawet nie drgnął.
Poczułam chłód jego oddechu tuż przy swoim uchu, gdy nachylił się w moją stronę.
– Witaj, Elizabeth... – jego niski, aksamitny i przerażająco spokojny głos posłał paraliżujące ciarki po całym moim ciele. Nachylił się jeszcze odrobinę bliżej, po czym dokończył z cichym rozbawieniem: – Witaj, Elizabeth Lilian Navarro.
Wiem że byłaś u Ches'a w tą noc trzy lata temu,
Mój misterny plan grania przerażonej, niewinnej dziewczynki szlag trafił w ułamku sekundy. Facet nie kupił ani jednego słowa.
Wtedy gdzieś głęboko we mnie strach zaczął ustępować miejsca czystej, wściekłej frustracji. Skoro maska grzecznej dziewczynki spadła, nie miałam zamiaru dłużej skomleć. Zmusiłam się do głębokiego wdechu, wyprostowałam plecy na ile pozwalał mi jego uścisk i odepchnęłam od siebie tę paraliżującą panikę.
Czas zmienić zasady gry. Udawana pewność siebie zawsze była moją najlepszą bronią.
– Oho, no proszę... – prychnęłam, a w moim głosie nagle pojawiła się jad, pewność siebie i prosta, bezczelna agresja. – Jaki, kurwa, jasnowidz się znalazł.
Poczułam, jak jego uścisk minimalnie tężeje, ale nie dałam po sobie poznać, jak bardzo trzęsą mi się nogi. Zmusiłam się do drwiącego, chłodnego uśmiechu, chociaż serce wciąż waliło mi jak szalone.
– I co jeszcze powiesz, co? – odwarknęłam, unosząc lekko podbródek do góry. – Skąd ty w ogóle, kurwa, jesteś i skąd niby masz wiedzieć, co robiłam, a czego nie? Śledzisz mnie, pojebie? Czy po prostu urwałeś się z choinki i szukasz wrażeń w ciemnym lesie?
Szarpnęłam się ostro, próbując zrzucić jego ramiona, choć wiedziałam, że przy jego posturze mam szanse równe zeru. Nie zamierzałam jednak dać mu tej satysfakcji i pokazać, że trzęsę się ze strachu.
– Puść mnie, bo gwarantuję ci, że trafiłeś pod złe drzwi – wypaliłam prosto w mrok, cedząc każde słowo z maksymalną pogardą. – Nie masz na mnie nic, typie. A jak zaraz nie zabierzesz tych łap z mojej szyi, to pożałujesz, że w ogóle tu przyazłeś.
Mężczyzna ucichł na sekundę, a ja czułam, jak mocno ryzykuję. Ale wolałam zginąć pyskując, niż błagać o litość.
Na sekundę zapadła martwa, dławiąca cisza.
A potem... usłyszałam to.
Głęboko w jego klatce piersiowej narodził się niski, wibrujący dźwięk. Mężczyzna drgnął, a z jego gardła wydobył się cichy, niesamowicie ciemny i rozbawiony śmiech. To nie był śmiech kogoś, kogo moje słowa chociażby drasnęły. To był śmiech drapieżnika, który patrzy na małą, wściekłą mysz machającą do niego pazurkami.
– Urocze... – wyszeptał rozbawionym, aksamitnym tonem tuż przy moim uchu.
Zanim zdążyłam przetrawić jego reakcję, powietrze momentalnie uciekło z moich płuc.
Mężczyzna gwałtownie zmodyfikował chwyt. Jego dłoń zacisnęła się na mojej szyi z bezwzględną, żelazną precyzją, dociskając mnie mocniej do swojego wyżyłowanego torsu. Kciuk opadł tuż pod moją brodę, odcinając mi dopływ tlenu tak drastycznie, że przed oczami natychmiast rozbłysły mi białe, tańczące plamy. Z moich ust wydobył się tylko cichy, zduszony świst.
– Pyskata mała żmija – zamruczał, a w jego głosie rozbawienie zmieszało się z paraliżującym, surowym niebezpieczeństwem. Nie musiałam go widzieć, by wiedzieć, że w tym momencie na jego twarzy maluje się mroczny uśmiech. – Naprawdę myślisz, Elizabeth, że twoje przekleństwa i twarda gęba zrobią na mnie jakiekolwiek wrażenie?
Szarpałam się rozpaczliwie, łapiąc jego przedramię rękami, ale gładka skóra jego ręki była jak zrobiona ze stali. Byłam dla niego bezradna. Czysta siła fizyczna zmiotła moją udawaną pewność siebie w ułamku sekundy.
Gdy byłam już na skraju paniki, a w głowie zaczynało mi wirować od braku tlenu, mężczyzna minimalnie popuścił uścisk. Palce wciąż spoczywały na mojej tętnicy, kontrolując każdy mój ruch, ale powietrze znowu wdarło się do moich płuc. Zachłystując się chłodnym wdechem, kaszlnęłam cicho, przymykając oczy.
– Chcesz wiedzieć, skąd wiem? – zapytał głosem tak spokojnym, jakby rozmawiał o pogodzie, nachylając się jeszcze bliżej. Hiszpański, chłodny oddech omógł moją skórę. – Moglibyśmy porozmawiać o tym, co zostawiłaś po sobie w tamtej chacie. Moglibyśmy porozmawiać o Chase'ie... Ale po co, skoro najciekawsze jest to, co nosisz w kieszeni swojej bluzy?
Zamarłam. Cały świat wokół mnie przestał istnieć.
– Widzisz... – kontynuował z cichym rozbawieniem, a jego wolna dłoń powoli, niemal pieszczotliwie przesunęła się po moim ramieniu, schodząc niżej, prosto do kieszeni mojej ciemnej bluzy. Palce wsunęły się do środka i wyciągnęły z niej mały, chłodny przedmiot. – Bardzo ładna zapalniczka. Ten mały, szlifowany diament w obudowie naprawdę rzuca się w oczy w ciemności. Wiesz, gdzie widziałem go po raz pierwszy?
Wstrzymałam oddech. Mój mózg wszedł w stan całkowitego szoku.
Mężczyzna uniósł moją zapalniczkę na wysokość naszych twarzy. Metaliczny, znajomy grawer błysnął w nikłym światłu księżyca.
– Zostawiłaś ją trzy lata temu w domu Chase'a, prawda? – kontynuował niespiesznie, a każde jego słowo uderzało we mnie jak obuch. – Tamtej nocy, gdy wszystko szlag trafił. Byłaś pewna, że przepadła na zawsze. Aż tu nagle, parę lat temu, „cudownie" odnalazłaś ją na dnie swojej własnej szafy.
Zamarłam. Zmarzłam do samego szpiku kości.
Doskonale pamiętałam ten moment. Gdy znalazłam ten mały diament w szafie, pomyślałam po prostu: „A, pewnie sama ją tam kiedyś wrzuciłam i po prostu o tym zapomniałam". Byłam głupia. Nie przejmowałam się tym, nie analizowałam tego. Olałam to.
– Myślałaś, że to przypadek, Elizabeth? – zapytał, a jego głos stał się przerażająco bliski. – Że sama ją tam położyłaś? To ja wszedłem do tamtego domu przed podpaleniem. To ja ją stamtąd wziąłem, zanim policja zabezpieczyła teren. I to ja wślizgnąłem się do twojego pokoju, żeby zostawić ci ją w szafie jako mały prezent.
W mojej głowie zdetonowała się bomba atomiczna. Odeszła ze mnie cała złość, cała wulgarna pyskówka i cała udawana odwaga.
On nie tylko wiedział o wszystkim. On był w moim domu. Był parę kroków od mojego łóżka trzy lata temu, a ja nawet nie miałam pojęcia, że ktoś mnie obserwuje.
– Więc zanim znowu otworzysz te swoje ładne, pyskate usta, żeby mi zwymyślać... – wyszeptał, a jego palce na mojej szyi pogładziły skórę tuż pod uchem z przerażającą czułością. – ...zastanów się dobrze, czy naprawdę chcesz ze mną walczyć. Bo twoje życie od trzech lat jest w moich rękach, Caramella.
Słowo Caramella rozeszło się w gęstym, nocnym powietrzu niczym jad. Zjechało po moich plecach lodowatym dreszczem.
Brzmiało tak obco, a jednocześnie tak przerażająco swobodnie w jego ustach. Nikt tak do mnie nie mówił. A jednak ten obcy facet, stojący za mną w gęstym mroku obok opuszczonego tartaku, wypowiedział to z taką lekkością, jakby władał moim życiem od zawsze.
Zamarłam. Mój mózg przez dłuższą chwilę pracował na najwyższych obrotach. On był w moim pokoju. Trzy lata temu. Trzymał w rękach dowód, który mógł posłać mnie na dno, i podłożył mi go do biurka jak gdyby nigdy nic.
Uścisk na mojej szyi wciąż nie puszczał. Czułam ciepło jego dłoni i niesamowitą, nienaturalną siłę, która kryła się w jego palcach. Złapałam chwiejny, rwący wdech i zmusiłam się do otwarcia ust. Skoro i tak miałam w ręku najgorsze karty, nie miałam już nic do stracenia.
– Jak ty się, kurwa, wtedy w ogóle tam znalazłeś?! – wypaliłam chrypiącym głosem, wykrzywiając twarz w desperackiej próbie zachowania jakiejkolwiek twarzy. – Włamałeś się do mojego domu?! Przez okno? Czy po prostu przeszedłeś przez ściany jak pieprzony duch?!
W odpowiedzi usłyszałam tylko cichą, niską wibrację w jego klatce piersiowej. Poczułam, jak jego uśmiech dosłownie wcina się w mrok tuż obok mojego ucha.
– A to już jest moja słodka tajemnica... – wyszeptał z aksamitną drwiną, powtarzając z niebezpieczną czułością: – ...Caramella.
Zęby mi zgrzytnęły. Caramella. Znowu to zrobił.
– I znowu to gówno! – odwarknęłam, próbując wbić paznokcie w jego przedramię, chociaż twardość jego mięśni przypominała lity kamień. – Przezywasz mnie jak jakąś cholerną przekąskę! A w ogóle, halo?! Po pierwsze, kurwa, co ja ci do cholery jasnej zrobiłam, że musisz mnie zaraz dusić?! Czy to jest jakiś twój chory rytuał powitalny, psycholu?!
Mężczyzna ucichł na sekundę. Przez ułamek chwili myślałam, że może przesadziłam i zaraz po prostu skręci mi kark, ale zamiast tego... poczułam, jak dłoń na mojej szyi powoli się otwiera.
Palce przesunęły się po mojej skórze wyjątkowo ostrożnie, niemal pieszczotliwie, zanim całkowicie opadły.
Zrobiłam natychmiastowy krok w przód, zataczając się lekko na śliskiej trawie. Chwyciłam się dłońmi za szyję, łapiąc gwałtowne, łczywe hausty mroźnego powietrza. Gardło piekło mnie jak oparzone, a płuca paliły, ale żyłam.
Obróciłam się gwałtownie na pięcie, gotowa spojrzeć mu prosto w twarz i wreszcie zobaczyć, z kim mam do czynienia. Chciałam mu wykrzyczeć prosto w oczy wszystko, co myślę o nim i o tej całej sytuacji.
Ale za mną nie było już nikogo.
Ściana lasu była pusta. Ciemność między pniami drzew wydawała się gęstsza niż kiedykolwiek wcześniej. Nie usłyszałam żadnego kroku, żadnego szelestu gałęzi. Mężczyzna po prostu rozpłynął się w cieniu, pozostawiając po sobie jedynie zapach chłodnego nocnego powietrza, ledwo wyczuwalną nutę dymu i paraliżujące echo słowa Caramella.
Stałam tam całkowicie sama, z martwym telefonem w dłoni, drżącymi kolanami i sercem walczącym o przetrwanie.
Nie myśląc długo, odwróciłam się na pięcie w stronę domu i po prostu rzuciłam się do pędzącego biegu. Biegłam tak szybko, jakby ten psychol wciąż wisiał tuż za moimi plecami. Nogi same niosły mnie po śliskiej nawierzchni, a płuca paliły żywym ogniem, ale nie zwalniałam ani na moment. W ciągu kilkunastu minut pokonałam całą trasę, z pewnością bijąc swój własny życiowy rekord.
Wreszcie dopadłam do drzwi frontowych. Wpadłam do środka, zatrzasnęłam je z impetem i natychmiast przekręciłam klucz w zamku. Raz, drugi.
Zataczając się z wycieńczenia, podeszłam do kuchni. Ręce trzęsły mi się tak bardzo, że ledwo utrzymałam szklankę. Nalałam zimnej wody i wypiłam ją całą jednym duszkiem. Zaraz potem nalałam kolejną szklankę, ujęłam ją mocno w dłoń i skierowałam się w stronę schodów, by jak najszybciej znaleźć się w swoim pokoju.
Gdy przekroczyłam próg sypialni, stanęłam jak wryta.
Woda prawie wylała mi się z dłoni. Na moim biurku leżała ta cholerna, szmaragdowa zapalniczka.
Przecież przed chwilą trzymał ją w ręku w lesie! Zabrał mi ją z kieszeni bluzy!
Ja pierdolę... Ten psychol tu był. On znowu wszedł do mojego domu, kiedy ja biegłam przez las!
Ale to nie było wszystko. Tuż obok błyszczącej, szmaragdowej obudowy leżał świeży, śnieżnobiały kwiat. Lilia.
Zdetonowała się we mnie czysta panika. Odstawiłam szklankę na szafkę i rzuciłam się do chaosu ucieczki i zabezpieczania terenu. Zaczęłam gorączkowo przeszukiwać cały pokój – zajrzałam pod łóżko, do szafy, za zasłony. Zakołatałam roletami, opuszczając je na sam dół. Wyszłam jeszcze na balkon, opierając się na sekundę o barierkę i skanując wzrokiem ciemne podwórko, po czym wróciłam do środka i zamknęłam drzwi balkonowe na głucho.
Przeszukałam każdy kąt. Nic nie znalazłam. Byłam w pokoju absolutnie sama... a jednak czułam na sobie jego obecność.
Opadłam na skraj łóżka, podciągając kolana pod samą brodę. Wpatrywałam się w biurko – w szmaragdową zapalniczkę i leżącą obok lilię.
Tej nocy nie mogłam zmrużyć oka nawet na sekundę. Każdy szelest za oknem, każdy skrzypiący krok drewnianej podłogi sprawiał, że serce podchodziło mi do samego gardła, a dłonie trzęsły się tak mocno, że musiałam wbić paznokcie w wewnętrzną stronę dłoni, by w ogóle poczuć cokolwiek poza paraliżującym strachem.
Bałam się okropnie, wiedząc, że dla niego zamki w drzwiach i zamknięte na głucho okna nie stanowią absolutnie żadnej przeszkody.
Siedząc na skraju łóżka i wpatrując się w białe płatki lilii rzucające chłodny cień na drewniany blat biurka, zaczęłam się gorączkowo zastanawiać, czy nie spakować się natychmiast i po prostu nie wyjechać stąd na nowo. Rzucić to wszystko w cholerę, kupić bilet w jeden koniec i zniknąć tak daleko, żeby żaden pieprzony cień nigdy mnie nie odnalazł.
Ale dokąd mogłabym uciec, skoro on dosłownie bawił się ze mną od trzech lat?
Wiedział o mnie wszystko. Wiedział o Chase'ie. Wchodził do mojego pokoju jak do siebie, kiedy ja słodko spałam, zostawiając mi powiadomienia, że cały czas trzyma rękę na moim gardle.
Caramella.
To jedno słowo wciąż krążyło po moich myślach niczym trujący dym. Ten facet doskonale wiedział, kim jestem. Widział każdą moją słabość i z łatwością czytał ze mnie jak z otwartej księgi. Dusił mnie w tym lesie bez mrugnięcia okiem, a chwilę później podrzucił mi do pokoju świeży kwiat i moją własną zapalniczkę.
On chciał mnie, kurwa, zabić. Tylko, kurwa, dlaczego?
Dlaczego nie zrobił tego od razu? Po co ta cała szopka, po co podrzucanie dowodów z przeszłości i po co to bezczelne przezywanie mnie Caramellą?
Przełknęłam z trudem ślinę, czując pod palcami bolesne ślady po jego uścisku. Odpowiedzi nie było, a ciemność za oknem z każdą minutą wydawała się coraz bardziej gęsta. I po raz pierwszy od trzech lat wiedziałam jedno: nie byłam już uciekinierką. Byłam jego zwierzyną.
Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com