#18 2 litry
Obudziłam się w gigantycznym salonie, przywiązana do krzesła. Podpięto mi wenflon, który powoli sączył krew do zbiornika. Wystraszona chciałam go odczepić, niestety byłam zbyt słaba, żeby się nawet ruszyć. Powodem mojej bezsilności okazała się już pełna butelka krwi z podpisem ,,1 litr". Zaniepokoiło mnie to cholernie. Ile ja musiałam spać?!
Zauważyłam też leżącego na kanapie chłopaka. Przyglądał mi się z widocznym uśmiechem.
- Niklaus, chyba się obudziła! - krzyknął szatyn - Klaus! - krzyknął jeszcze raz
- Dziękuję Kol, możesz już iść. - oznajmił chłopakowi, a ten posłusznie wstał i wyszedł z pomieszczenia - Jak się czujesz? - zapytała hybryda - Niestety, jeżeli będzie 2 litry będę cię musiał odpiąć. Musisz zjeść, odzyskać siły i krew.
- Myślałam, że to będą jednodniowe katusze... - wyszeptałam, a moja głowa opadła na oparcie krzesła. Mój oddech stał się płytki, a obraz lekko rozmyty.
Modliłam się o kolejną dawkę chloroformu. Przynajmniej nie wiedziałam, co się dzieje, nie czułam bólu, słabości i bezsilności. A teraz? Jestem w pełni świadoma, co się dzieje i naprawdę chcę uciec. To nie jest niestety takie łatwe.
- Poznałaś Kola? - nie czekając na odpowiedź, opowiadał dalej - To był mój brat. Jeden z wielu. Mam dużą rodzinę. Brakuje w niej niestety kobiet. Jedyną siostrą, jaką posiadam, jest Rebekah. Bekah to moje, jak i braci małe słońce. Trudno jej znaleźć miłość, no bo, hmmm, jakby to ująć - jej miłość jest dla nas smaczna. Zawsze upatruje sobie śmiertelnika. Eh. Nie to co ja. Ja zawsze wybierałem najlepsze kobiety ze świata nadprzyrodzonego. W nich była Caroline. Caroline onieśmielała mnie od początku - jej uroda, pewność siebie i tajemniczość każdemu mężczyźnie imponowała. Wiem co mówię. Niestety, jednak Caroline nie widziała nas razem w przyszłości. A szkoda. Może, gdybyśmy byli razem, nie doszlibyśmy do tego? - wskazał na mnie i na krew - Nie musiałbym w końcu tworzyć nowej rodziny. Miałbym ją i naprawdę by mi to wystarczyło. - wstał z kanapy - No ale cóż, nie każdy ma szczęście w miłości. Ty w ogóle nie masz szczęścia. Zmarła ci babcia, nie masz rodziców, dziadka nie znałaś; gubisz się w miłości, nie wiesz co czujesz, jesteś człowiekiem, masz niską samoocenę, boisz się tak naprawdę powiewu liści, uwielbiasz być chroniona... Żadna z tych cech nie pomoże ci się stąd wydostać. A wiesz, co jest w tym wszystkim najgorsze? - uniosłam głowę ostatnimi siłami, patrząc na jego ręce, nalewające na szmatę chloroform - Że prześpisz 3/4 swojego życia... - zamknęłam oczy, czekając na zbawienie w postaci substancji, gdy nagle usłyszałam wybijanie szyb, otwieranie drzwi, krzyki już mi znane, śmiech bliźniaczek i pewne dłonie, unoszące mój podbródek.
- Wszystko dobrze? - zapytał Kai. Nie otworzyłam jednak oczu, nie uchyliłam ust. Po policzkach spłynęły mi łzy. Czułam ulgę, kiedy moje nadgarstki i kostki nie były mocno ściśnięte. - Zabieram cię stąd. - usłyszałam jego szept, a następnie poczułam, jak chłopak mnie podnosi. Czując bezpieczeństwo, stwierdziłam, że pozwolę organizmowi odpocząć.
No i zemdlałam.
- - -
- Budzi się! - usłyszałam pisk bliźniaczek. Niby dorosłe, a jak dzieci.
Otworzyłam oczy i - oprócz nagłego błysku światła - zauważyłam wszystkich, na których mi zależy. Począwszy od blondynek, kończąc na Kai'u. Brakowało do szczęścia jedynie Kim.
- Jak się czujesz? - zapytał podekscytowany Kai, łapiąc mnie za rękę. Uśmiechnęłam się, chcąc my odpowiedzieć od razu, jednak poczułam niesamowity ucisk w gardle - A no tak, zapomniałem. - zaśmiał się, chwycił butelkę z wodą, włożył w nią słomkę i przybliżył do moich ust - Napij się, jesteś odwodniona. - wzięłam kilka solidnych łyków płynu i nareszcie mogłam się odezwać.
- Czuję się dobrze. Naprawdę. - powiedziałam na tyle głośno, aby wszyscy mogli usłyszeć. - Co z Klausem?
- Siedzi u nas w lochach. - podsumował Damon
- W lochach? - powtórzyłam zdziwiona
- Nie ważne. - machnął ręką - Mów im jak się czujesz, bo przecież nie przeżyją twojego omdlenia. - Damon przewrócił oczami, na co ja się zaśmiałam - Ciastko? - wyciągnął w moją stronę opakowanie pysznych herbatników z nadzieniem. Wzięłam jednego. Głęboko westchnęłam, kiedy waniliowy krem rozpuścił się na moim języku. Herbatniki z nadzieniem to przecież nic specjalnego. Mimo wszystko byłam tak głodna, że nawet to robiło na mnie niesamowite wrażenie.
- Głodna? - zapytał Kai, na co przytaknęłam - Niestety nie możesz jeść teraz na potęgę. Małe kęsy, małe posiłki.
- Dlaczego?
- Jesteś strasznie osłabiona, nadmierne jedzenie wywołałoby u ciebie jedynie wymioty.
- Jaki lekarz z ciebie. - puściłam mu oczko
- Czasem, gdy się tak długo żyje, nie ma się co robić. Dlatego skończyłem m.in. medycynę.
- Ciekawie, nie powiem. - zaśmiałam się. Zostawicie nas samych? - spojrzałam na wszystkich. Wyszli bez słowa. - Cieszę się, że jesteś. - powiedziałam do chłopaka. Ten jedynie się uśmiechnął.
- Ja też jestem z tego faktu zadowolony. Nawet nie wiesz jak byłem zdenerwowany na tego skurwiela. Kiedy zobaczyłem twoje łzy, jakaś bariera uczuć się złamała. Otworzyłem w sobie empatię i za to ci dziękuję.
- Będziesz dziękował jeszcze nie raz w całej naszej znajomości.
- Znajomości? Tylko znajomości? - wydął wargę
- To zależy jedynie od ciebie. - puściłam mu oczko
- A więc... - podszedł do krzesła przy toaletce i zdjął z niego swoją kurtkę. Wyjął z jej kieszeni małe czarne pudełeczko. - Miałem dać ci później, ale to chyba najwyższy czas. - podał pudełeczko, które od razu otworzyłam. Znalazł się tam srebrny naszyjnik z zawieszką w postaci krzyża. Na odwrocie, na jego ramionach było napisane Kai x Ann. Po moich polikach mimowolnie spłynęły łzy. - Wiem, że nie zaczęliśmy za dobrze.... Ty płaczesz? - starł kciukiem słony płyn - Nie płaczemy, to tylko biżuteria.
- Ale jaka piękna... - powiedziałam nadal podziwiając piękną ozdobę - Mógłbyś? - zapytałam, podając chłopakowi naszyjnik. Odwróciłam się ledwo co. Kai delikatnie zapiął biżuterię.
- No - stanął dumny - Teraz każdy chuj na tej dzielnicy będzie wiedział, z kim się nosisz.
- Napis jest na odwrocie. - zaśmiałam się, przez co Kai spoważniał - Spokojnie, żartuje!
- No ja myślę. - uśmiechnął się - To co, z dwa dni miną i pójdziemy na kolację?
- Dwa dni? - jęknęłam - Mam tu leżeć dwa dni?
- Yep. - przytaknął - To idealny czas, abyś przynajmniej wstawać będziesz mogła bez niczyjej pomocy.
- Teraz też mogę. - zmarszczyłam brwi
- Naprawdę? Pokaż.
Lekko oparłam ręce o materac. Następnie podniosłam lekko swój tyłek. Nogi dotknęły ziemi. Mogłam się podnieść. Podniosłam się, jednak po sekundzie upadłam z wielkim hukiem.
- Mówiłem?
- Nóg nie czuje normalnie.
- Są zbyt słabe po prostu. - wsunął rękę pod kolana, a drugą położył na plecach - Pomogę ci. - podniósł mnie i położył znów na łóżku
- Dziękuję. - uśmiechnęłam się
- Nie ma za co. A teraz nie przeszkadzam, odpoczywaj kochanie. - pocałował mnie w czoło i wyszedł.
Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com