Chào các bạn! Truyen4U chính thức đã quay trở lại rồi đây!^^. Mong các bạn tiếp tục ủng hộ truy cập tên miền Truyen4U.Com này nhé! Mãi yêu... ♥

8. Jabłka.

Jednak zanim pogrzebał swoją godność we łzach czarnej rozpaczy, Hunk wzruszył ramionami.

- I tak zaniżyłeś średnią - mruknął tajemniczo, nie patrząc na niego, upewnił się że Grace nie zamierza wejść na obszar zasypany szkłem i wręczył mu zmiotkę i szufelkę. - Proszę bardzo. 

Nie odpowiedział nic, tylko przełknął gulę w gardle, przyjął podarek i starając się unikać wzroku wszystkich, przykucnął przed resztkami nieszczęsnych szklanek. Hunk tymczasem zwrócił się do Keitha:

- Kiedy jedziesz? 

Mimo że sytuacja wydawała mu się nieciekawa, nadstawił uszu. Jechać? Gdzie? Przecież nie było tu sklepów, doskonale pamiętał peron pośrodku pustkowia. Na inną farmę?

- Miałem jechać wieczorem, ale chyba jednak pojedziemy za godzinę - podniósł małą na ręce, żeby mieć pewność, że nie przyjdzie jej do głowy tak fantastyczny i całkowicie bezpieczny pomysł jak chociażby konsumpcja szkła. - Moglibyśmy przy okazji zjeść tam obiad.

- Mam powiedzieć Charlotte?

- Spoko. I tak nie lubię jej kuchni.

- To też jej przekażę.

Spojrzał na niego ciężko.

- Nie zabieraj Gołębiowi jej posady.

Z cichym stuknięciem wyrzucił szkło do kosza i w wielkim poświęceniu odwiesił zmiotkę i szufelkę na miejsce. Umył jeszcze ręce, wytarł w spodnie i zerknął na chłopaków, próbując wyczytać coś z ich twarzy. 

- Jedziesz ze mną.

- Co? - zdezorientowany spojrzał za siebie, jednak nie znalazł tam innych istot żywych. - Czekaj, ty do mnie mówisz? - zmarszczył brwi, gdy Keith pokiwał głową. - No dobra, ale gdzie? Po co? I dlaczego? Nie będę zawadzał?

- Będziesz, ale lepiej żebyś wkurwiał tylko mnie, a nie innych, zajętych pracowników na farmie - podkreślił słowo "zajętych", jakby od dojenia krów czy plewienia ogródka zależały losy całej kuli ziemskiej; Hunk czym prędzej zakrył uszy na szczęście nie zwracającej na rozmowę Grace.

Zanim zdążył zaprotestować, ten wyszedł już z kuchni. Dupek, cisnęło mu się na usta, jednak powstrzymał się ze względu na małą. Użyłby innego, niecenzuralnego określenia, ale jak inaczej nazwać kogoś, kto nawet z drobnostek robi tajemnicę?

~

A jednak, mimo jego sprzeciwu, tajemnicę zrobili z tego wszyscy. Nawet Hunk nie powiedział mu, gdzie jadą ani tym bardziej po co. Wiedział tylko tyle, że ma iść do stajni i przygotować konia. Świetnie. Dupek w bezrękawniku szlaja się gdzieś na wolności, a on musi grzebać się w łajnie i zmuszać jakieś dzikie zwierzę, żeby jednym kopnięciem nie roztrzaskało mu czaszki. 

Zmarszczył nos i wszedł do oświetlonego najtańszą żarówką wnętrza. Było tu znacznie czyściej niż się spodziewał, jedynie z boku był usypany ogromny stóg siana. Czy może słomy? Właściwie, co za różnica. I to żółte, i to żółte. Rozejrzał się w poszukiwaniu ssaków kopytnych, które przecież powinny tu być. Były. Stały w zacienionym kącie, wszystkie trzy, i wbrew oczekiwaniom wyglądały całkiem majestatycznie. Nawet teoretycznie niereprezentacyjna Straciatella, która, widząc go, dumnie uniosła łeb i spojrzała na niego z góry jak na jakiś prymitywny byt. Niemrawo obszedł ją łukiem, nie chcąc prowokować wierzgnięcia. Klacz tymczasem stała nieruchomo, z ciemną grzywą spływającą po boku szyi, białobrązową sierścią odbijającą złote światło i czarnymi oczami, wodzącymi za nim znudzonym wzrokiem spod długich, dziwnie ludzkich rzęs. Poczuł się, jakby wcześniej zbyt pobłażliwie myślał o zwierzęciu, dlatego wolał wycofać się w stronę drugiego, znacznie przyjaźniejszego konika, jeszcze mniejszego niż Straciatella, chociaż krótkie nogi były krzepkie, z kępami dłuższej sierści przy kopytach. Spojrzał na niego krytycznie. Nie znał się na koniach, jedynie czasami, gdy wchodził do pokoju młodszej siostry, zawołać ją na obiad, zauważał na ekranie komputera jakąś badziewną grę przeglądarkową o kucykach. Zmarszczył brwi, próbując zebrać całą swoją wiedzę w jednym miejscu. Jabłka. Konie jadły jabłka. I jakieś zboże. Można je czesać i siodłać. Niektóre rasy są bardziej wytrzymałe, inne szybsze czy silniejsze. Ten chyba należał do tej trzeciej, tak? Jasne że tak, tak wyglądał. W naturze wszystko jest po coś, więc czemu akurat te umięśnione nogi miałyby być elementem dekoracyjnym? 

Przysunął się krok bliżej zwierzęcia i ocenił je wzrokiem. Rdzawa sierść, jasna grzywa, biała plama na pysku, orzechowe oczy, patrzące na niego wyczekująco. Właśnie, Hunk kazał przygotować mu konia do drogi. Na pewno chodziło mu o tego konia? Czy to w ogóle był koń, a nie jakiś kucyk? I co niby miałby z nim zrobić? Osiodłać? Nie miał pojęcia, jak zakłada się siodło, nigdy nie widział go nawet na żywo. Westchnął ciężko. Ten jeden jedyny raz w jego życiu, kiedy brakowało mu jego siostry, nie było jej w pobliżu...

Ciche rżenie wyrwało go z zamyślenia. Szybko zwrócił się w stronę, skąd dobiegł dźwięk, i oniemiał. Tak, teraz już nie miał wątpliwości. TO był koń - prawie trzy głowy wyższy od niego, czarny jak noc, z kopytami niby srebro, o dziko splątanej grzywie i wysportowanym ciele, napiętym jak cięciwa łuku gotowego do wystrzału. Wyglądał jak wierzchowiec, którego dosiadali rycerze, idący na wojnę. Był przepiękny. I zdecydowanie był koniem, którego mógłby dosiadać ktoś taki jak Shiro. 

Widział, że to boskie stworzenie na niego patrzy, jednak nie był pewien, gdzie ani po co w ogóle jadą, a nie chciał karać pupila Hadesa ciągnięciem wózka czy czymś równie niedostojnym, dlatego ostatecznie wrócił wzrokiem do rudego malucha. Trzeba go było jakoś oporządzić, ale gdy tylko zaczął o tym myśleć, wrócił do punktu wyjścia. Przecież jabłko nie odwali za niego całej roboty. Zboże tym bardziej. Była tu gdzieś szczotka?

- Co tu robić?

- Jest tu gdzieś szczotka? - wypalił i natychmiast tego pożałował. Dlaczego każdy na farmie musi poznać go od najgorszej strony? W mieście mu się to nie zdarzało. 

- Schowana - William. Ze wszystkich ludzi tutaj najbardziej nie chciał spotkać jego. Chociaż, wnioskując z jego przyjaznego wyrazu twarzy, raczej nie wszystkie mosty zostały wcześniej spalone. - Co tu robić? - powtórzył pytanie i podszedł do niego, a Lance prawie nie mógł uwierzyć, że od jego kroków nie trzęsie się ziemia.  

- Hunk powiedział, że mam przygotować konia - wydukał, starając się nie patrzeć mu w oczy. - Nie wiem po co ani dlaczego, ani tym bardziej jak, więc... - celowo nie skończył wypowiedzi i czekał chwilę, aż mężczyzna zabierze się za siodłanie. Czekanie jednak przedłużało się, a ten wciąż nie ruszył się z miejsca. Zmarszczył brwi i spojrzał na rozmówcę z pretensją, a ten, o dziwo, odwdzięczył się tym samym. To nieco zbiło go z tropu, na szczęście nie całkowicie. - No, nie wiem jak to zrobić. Potrzebuję pomocy.

Przez kolejne zbyt długie pół sekundy się nie ruszał, ale w końcu raczył się odezwać:

- Jedzie z paniczem Keithem?

Paniczem Keithem? O cholera.

Niepewnie pokiwał głową, a ten wszedł do jakiegoś pomieszczenia, wyjął z niego siodło i parę rzeczy, narzucił to wszystko na biedne zwierzę, pociągnął je lekko za uzdę, by wyszło na zewnątrz, po czym w kilka sekund przypiął je do wózka.

- Łatwe - powiedział tylko, poklepał konia po chrapach i odszedł. 

- Łatwe - burknął, zirytowany, bo nie zapamiętał dosłownie nic z krótkiego spektaklu. - W chuj łatwe. - podkreślił, patrząc rudzielcowi w oczy. Odpowiedzią było milczenie.

Westchnął, i, nie chcąc siadać na brudnej ziemi, oparł się zadkiem o krawędź wózka. Po raz kolejny zadał sobie pytanie, gdzie też i w jakim celu może go ten czerwony dupek zabierać, ale nagle coś napadło go z boku i sprawiło, że serce niemal wyskoczyło mu z piersi. Krzyknął, aż koń postawił czujnie uszy, na szczęście poprzestając tylko na tym, i odwrócił się w stronę agresora.

- Jezu, Kosmo, zostaw mnie... - chciał odepchnąć psa, ale ten tylko bardziej przywarł do niego całym ciałem, merdając i śliniąc się niemiłosiernie. - Fuj... - zmarszczył nos i odsunął jego pysk. Co prawda jego dłoń natychmiast zrobiła się mokra, ale kran i mydło umiał obsługiwać, w przeciwieństwie do pralki. - Szanujmy się, dobra?

Psisko szczeknęło tylko (chociaż przy jego rozmiarach brzmiało to bardziej jak donośny huk) i opadło na cztery łapy, z powrotem przyjmując postać akceptowalną. Lance wykorzystał to i wytarł dłoń w sierść na jego głowie. Jego spodnie nie zasługiwały na taki żywot.

- Wybrałeś Biankę?

Nie po raz pierwszy i na pewno nie po raz ostatni tego dnia, odwrócił się w stronę przybysza, zaskoczony, jednak jego przyjazne nastawienie skończyło się zaraz z zauważeniem czerwonego bezrękawnika. No przecież, skoro miał z nim jechać, to czemu miałby nie przyjść? 

- Co wybrałem?

- Biankę - podszedł do konia i tak jak William poklepał ją po chrapach. To przypomniało Lance'owi, jak mężczyzna go nazwał, ale coś powstrzymało go od poruszania tego tematu. Najprawdopodobniej był to tylko zwrot grzecznościowy, bo jak to, ktoś noszący wyświechtane ubrania, mieszkający na farmie, przemieszczający się za pomocą konia, jak w średniowieczu, w dodatku noszący tak degradującą fryzurę jak pieprzony mullet, paniczem? Nie, na pewno nie. - Tak się nazywa.

Pokiwał ze zrozumieniem głową, bo nie wiedział, jak mógłby na to odpowiedzieć. Trochę nieobecny obserwował, jak Kosmo wdrapuje się na wózek, a Keith na siodło, gładko wsuwając stopy w strzemiona.

- Co tak sterczysz? Właź.

Zaczerwienił się i czym prędzej wykonał polecenie, kucając obok szaleńczo merdającego psa. Ledwo zdążył się przewrócić i nadziać tyłkiem na drzazgę, strzeliły cugle, a koń ruszył z kopyta, na szczęście zwalniając, zanim Lance wypadł na ziemię.

- Właściwie to gdzie jedziemy? - mocno trzymając się krawędzi wózka, drugą ręką masował obolałe miejsce na biodrze.

Odpowiedziała mu cisza.

Westchnął cierpiętniczo, aby Kosmo na pewno zrozumiał, jak bardzo życie człowieka różni się od szczęśliwego, pozbawionego zmartwień życia psa.

To będzie długa podróż. 




~~~~

Mmmmmmmmmordeczka ( ͡° ͜ʖ ͡° )

A więc, przybywam do was z krótkim bo krótkim, ale jednak rozdziałem. Większość napisałam dzisiaj, więc tego, ALE, UWAGA UWAGA rozdział jest *fanfary* sprawdzony! Tak kuźwa, przeczytałam ten rozdział i poprawiłam w miarę możliwości. lol

W każdym razie.

(Szczerze mówiąc, nie wiem o co chodzi z tytułem, po prostu chciałam jakiś bekowy, a jak czytam jabłka takim poważnym głosem to brzmi to właśnie tak bekowo, jestem z generacji Z, dajcie mi spokój, śmieszą mnie takie rzeczy)

Jak mam nadzieję doskonale wiecie, zaczęła się szkoła. W sumie trochę tego już przeleciało, no ale. I teraz coś, co chciałabym z bólem ogłosić: zajęcia zdalne nie tak bardzo wpływają na to, ile piszę. No niestety. Chodzi głównie o to, że z teamsów czy innych zoomów korzystam na tablecie, który mam zawsze przy sobie, i fajnie, jak sobie porysuję to porysuję, jak się pouczę to się pouczę. ALE. Z komputera korzysta teraz również mój ojciec, przez co ten znajduje się na dole, a nie w moim pokoju, przez co mam znacznie mniejszą ochotę złazić do gabinetu, włączać kompa, czekać aż internet się załaduje i tak dalej. A na telefonie jednak nie pisze się tak dobrze, bo czy tego chcę czy nie, jest to sprzęt już nieco stary, do tego stopnia, że gdy piszę zbyt szybko, potrafi mi pozamieniać literki miejscami. Iiii teraz w sumie jedyną nadzieją jest fakt, że 27 listopada będzie czarny piątek, i wtedy mam szansę na kupno własnego laptopa, i przewiduję, że wtedy wezmę dupsko w garść i zacznę pisać po prostu częściej, bo dla mnie to przyjemność, a jak już będę mieć łatwiejszy dostęp do tej przyjemności to czemu by nie skorzystać. Dlatego do tego grudnia musimy jakoś dojechać, ale spokojnie, jedna aktualizacja na miesiąc będzie na pewno, więc, zakładając że następny rozdział mam już prawie cały w głowie, to przy dobrych wiatrach do szczęśliwego ostatniego miesiąca pojawią się trzy rozdziały. Dlatego pamiętajcie o dystansie społecznym, nawadnianiu się, nie przesadzajcie z lewoskrętną witaminą C i pamiętajcie że Sasin przejebał 70 milionów na wybory które się nie odbyły

<3



Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com