Chào các bạn! Truyen4U chính thức đã quay trở lại rồi đây!^^. Mong các bạn tiếp tục ủng hộ truy cập tên miền Truyen4U.Com này nhé! Mãi yêu... ♥

1963

Otworzyła powieki, czując jak resztki snu w popłochu uciekają spod jej oczu. Nie wiedziała która jest godzina, ani dlaczego leży w poprzek nieswojej kanapy; dopiero gdy uniosła głowę i dostrzegła Vincenta przypomniała sobie, że chociaż zupełnie tego nie planowała, zasnęła u niego w sypialni.

Na początku wcale nie zauważył, że się obudziła. Siedział pochylony przy biurku, z łokciem opartym na blacie i tylko czasem wyciągał szyję, żeby przeczytać coś z książki położonej po lewej stronie. Towarzyszył mu ten sam bałagan co wczoraj, te same notatki i te same starożytne runy. Rzuciła spojrzeniem na nietknięte łóżko, a potem przeciągnęła się i wstała.

Skrzypnięcie podłogi musiało odstraszyć jego skupienie, bo odłożył długopis i spoglądał teraz na nią w ciszy. Pod oczami miał sińce, tęczówki wyblakłe ze zwykłego zielonego koloru

— Czy ty kiedyś odpoczywasz? Nieprzespana noc postarza o dwa lata.

— A ile postarza noc na niewygodnej kanapie?

Pokręciła głową, ignorując pytanie i wzrokiem wędrując do okna. Słońce już stało na niebie, upychając swoje promienie w każdy kąt pokoju. Parę z nich trafiło na Vincenta, tworząc na jego papierowej twarzy świetliste prostokąty.

— Masz tu śliczne poranki. W mojej sypialni w Anglii, okna też wychodzą na wschód i czasem brakuje mi tego miłego uczucia. — Dłońmi potarła nagie ramiona, dodając za chwilę rozbawiona: — A ja mam Zarę, która zasuwa wszystkie zasłony bo nienawidzi być budzona wcześniej niż ma w planach.

Za sekundę westchnęła.

— Ach, chyba powinnam uciekać do siebie, żeby zdążyć wrócić przed nią . No i nie chce się później martwić, że ktoś zauważy mnie na korytarzu. Miałabym bardzo dużo tłumaczenia do nadrobienia.

— Tak? Co byś powiedziała? — Popatrzył na nią z ukosa. — W końcu sytuacja może wyglądać dwuznacznie.

Skrzyżowała ramiona na piersi.

— Nie moja wina, że prowadzę podwójne życie. — Odwróciła głowę, odnajdując lustro i przeglądając się w jego odbiciu. — Oglądałeś kiedyś Hannah Montanę?

Palcami od niechcenia przeczesała rozczochrane włosy, podczas gdy strumień jej myśli nagle skręcił i poprzez Disney Channel oraz Hollywood, trafił do Los Angeles, gdzie czekał na nią temat zaginionej Mirindy. Wróciły do niej wczorajsze podejrzenia. Wyraźnie spoważniała, albo po prostu się zmieszała.

— Co teraz ze zniknięciem Mirindy?

Nagła zmiana tematu najwyraźniej mu nie podpadła, bo wyglądał na niezadowolonego i podirytowanego. Żałowała, że nie zdecydowała się zostać przy Hannah.

— A co ma być? — Przechylił głowę. — Bella powinna powiadomić dyrektora.

— Ty tego nie zrobisz? Przecież jesteś przewodniczącym.

Obserwowała jak wzdycha. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że być może jej pytanie miało oskarżycielską naturę. Nie chciała denerwować go bardziej, dlatego odchrząknęła.

— No wiesz, może jest w niebezpieczeństwie.

— Tak ci się wydaje? — zapytał, przechylając głowę. — Bo ja jestem przekonany, że Mirinda jest cała i zdrowa, a za zniknięciem stoi stary, dobry deficyt atencji.

— Skąd ta pewność? A jeśli coś jej się stało? — kontynuowała, starając się brzmieć jak osoba szczerze zmartwiona. — Byłby to już cały dzień od kiedy jej nie ma.

Tak bardzo chciała mu wierzyć gdy mówił, że nie miał z tym nic wspólnego, jednak nie potrafiła. Do tego winiła się za to, że go obwiniała i tak właśnie trwała w niekończącym się cyklu negatywnych emocji.

— Nie mamy się o co martwić — zapewnił z sarkazmem, dodając za chwilę: — Nie byłaś czasem w pośpiechu, żeby wrócić do siebie przed Zarą?

Aurelia wydęła wargi, urażona jego tonem.

— Teraz jesteś na mnie zły?

— Hm?

— Nie, naprawdę, bo jeśli jesteś to możesz mi powiedzieć.

Vincent przetarł twarz dłonią, nachylając się do przodu. W tym świetle i pod tym kątem wyglądał trochę łagodniej niż wcześniej.

— Miałem ciężką noc i nie jestem w najlepszym humorze.

— Może się prześpij?

— Może to zrobię.

Z jego pokoju wyszła za niecałe pięć minut i uważając aby nie wpaść na nikogo po drodze, wróciła do sypialni. Na całe szczęście poranek był wczesny, łóżko Zary puste, więc przywitała się tylko z Fineusem i już miała wślizgnąć się pod kołdrę, gdy na nóżce ptaka dostrzegła złocisty błysk.

— Od kiedy się stroisz, co? — Zdziwiona uniosła brwi, otwierając drzwiczki.

Na początku się opierał, ale w końcu posłusznie wszedł na wyciągnięty palec. Uniosła go na wysokość oczu, przyglądając się obrączce z bliska. Widziała ją pierwszy raz, tego była absolutnie pewna. Przez chwilę wystraszyła się, że Fineus to wcale nie Fineus i teraz miała w pokoju obcego kanarka, a swojego zgubiła. Po dłuższych oględzinach stwierdziła jednak, że to absurd, a powód musiał być inny. Nie mając wielu pomysłów, w końcu uznała, że najprawdopodobniej winna była Ray, a obrączkę założyła w czasie świąt, kiedy miała go pod swoją opieką.

W zgiełku wydarzeń minionych, musiała to po prostu przeoczyć.

† † †

Mirinda pojawiła się z powrotem w poniedziałkowy poranek, czyli prawie dwa dni po rzekomym zaginięciu. Weszła na stołówkę jak gdyby nigdy nic, zupełnie ignorując dziesiątki par oczu, które wybałuszone i zdziwione obserwowały ją spod różnych kątów. Bella zmarszczyła czoło na jej widok i równie zaskoczona co reszta, pociągnęła ją za dłoń i siłą usadziła obok siebie na ławce. Cała sytuacja trwała może pół-minuty i była rozczarowująco nudnym, ponownym zjednoczeniem.

— Jeśli ja kiedyś zniknę, proszę powiadomcie Fontaine'a po pierwszych dwunastu godzinach — mruknęła Zara, kręcąc głową. — Chyba, że cały czas wiedziały gdzie siedzi i było to jedno, wielkie show na potrzeby Belli.

— Czy ja wiem... — Augusto podrapał się po głowie i wychylając konspiracyjnie głowę zza Henninga, obserwował wróżbiarki. — Nie wygląda na zadowoloną. W zasadzie chyba zaczynają się kłócić.

Wszyscy przerwali jedzenie, żeby popatrzeć jak Bella ostentacyjnie wzdycha, po czym wstaje i zdenerwowanym krokiem kieruje się do wyjścia; jeszcze tylko przystanęła w połowie drogi, żeby zobaczyć czy Lana i Sabrina zrobią to samo.

— Wooow — Rozmarzył się, podpierając brodę na dłoni. — Mamy wróżkową schizmę.

Ledwo zdążył dokończyć, a Zara uniosła swój wzrok i wystawiła ramię do przodu.

— O matko, matko, przecież to klątwa Crest!

Augusto podskoczył na siedzeniu, a później wybuchł śmiechem i dopiero gdy Aurelia zapytała czym jest klątwa Crest, Henning uśmiechnął się lekceważąco i zaczął wyjaśniać.

— Augusto z Zarą kiedyś uznali, że nad szkołą wisi klątwa, która uruchamia się pod koniec roku.

— Sama prawda, a wszystko zaczyna się od kłótni w naszej małej społeczności wróżbiarek.

Aurelia nie była przekonana.

— Przecież one się ciągle o coś sprzeczają.

— W zeszłym roku Fiona Verdun, dwa lata temu inba z babcią Everthrone'a o ukradziony sygnet Nikolayevichów, trzy lata temu wyrzucili Andersa za czarną magię ... — Wyliczał, niezniechęcony. — Teraz też coś będzie. Mówię wam.

Zmarszczyła czoło, myślami wędrując do przepowiedzianego powrotu Silverstone'ów. Bojąc się, że powie o kilka słów za dużo, prędko ucięła temat.

— Cokolwiek daje wam rozrywkę, kochani. — Żartobliwie położyła dłoń na wyciągniętej dłoni Zary i zaraz ją również zabrała, bo zauważyła, że Mirinda wstaje od stołu. — O, o, o, muszę ją złapać. Nie przekonamy się jak nie zapytam.

Komentarz Augusto rozmył się wśród szkolnej wrzawy, więc nie zdołała go usłyszeć. Ignorując spojrzenia przyklejone do jej pleców, szybkim krokiem ruszyła do drzwi.

— Hej, Mirinda, poczekaj. — Złapała ją za ramię.

Poczuła jak spod materiału szkolnego mundurka pulsuje elektryzujące ciepło, które specyficzne dla czarnej magii od razu wzniosło ostrzegawczą flagę. Puściła ją, obserwując wątpliwym wzrokiem jak wygina kąciki ust w słodkim uśmiechu i miękko wypowiada jej imię.

— Muszę się o coś zapytać. — Odkaszlnęła zdezorientowana, niepostrzeżenie oglądając się za siebie. — Wiem, że nie powinno mnie to interesować i to twoja sprawa, ale mam dziwną potrzebę upewnienia się, że... — przerwała, bo przecież nie mogła zapytać jej wprost czy za jej zniknięciem stał Vincent, albo któreś z Sterlingów.

— Że? — Mirinda dalej stała w miejscu, ciągle się uśmiechając.

— Że na pewno jesteś bezpieczna.

— Pewnie chcesz wiedzieć gdzie byłam, co? — Zaśmiała się, odrzucając włosy do tyłu. — Wszyscy chcecie się dowiedzieć gdzie byłam.

— Więc... gdzie byłaś? — Aurelia uniosła brew. 

— Nie powiem. To mój sekret.

— Och. Okej. Ale nie było to porwanie, ani nic z tych rzeczy?

— Oczywiście, że nie, głuptasie. Kto miałby mnie porywać?

Zamrugała niewinnie, a Aurelia w odpowiedzi wzruszyła ramionami. To jej wystarczyło, żeby w końcu uwierzyć Vincentowi. Tym razem jej nie okłamał, więc nie czuła nic poza ulgą. Gdy miała pożegnać się i odejść, coś ją powstrzymało. Ta sama energia, którą wyczuła wcześniej. Oczy Mirindy przecięła ciemna łuna, która zdławiła na chwilę wszelkie światło. Z dziewczyną zdawało się coś nie tak, a jej przeszedł dreszcz po plecach. Nie tyle zmartwiona, co zaintrygowana nachyliła się bliżej i cicho zapytała:

— A tak poza tym, wszystko okej?

— Uwierz mi, nigdy nie było lepiej.

Patrzyły jeszcze chwilę na siebie w milczeniu, aż w końcu niezręczność kazała Aurelii rzucić szybkie "świetnie, cieszę się", a potem zawrócić do stolika. Gdy siadała, Zara wykrzywiła usta i od razu zaczęła wypytywać czego się dowiedziała.

— Nic mi nie powiedziała, ale jej aura... jej duch... nie wiem, ma w sobie coś upiornego. Myślę, że praktykowała czarną magię.

Augusto otworzył usta i zaraz je zakrył, szturchając rozemocjonowany Henninga.

— Ha! Słuchaj, słuchaj. — Zwrócił się w jego stronę. — To klątwa Crest, niedowiarku.

— Albo Mirinda będąca skrajnie nieodpowiedzialną osobą — stwierdził.

— Czemu w ogóle ją o cokolwiek pytałaś? Prowadzisz prywatne dochodzenie?

Chociaż wcale tego nie planowała, powiedziała prawdę.

— W pewnym sensie. Chciałam się tylko dowiedzieć czy był to Vincent.

Cała trójka popatrzyła na siebie znacząco.

— Sprawdzałaś moją teorię, ha!

— Tak. I była błędna — przyznała, sprzątając blat z opakowania po chipsach. Od czasu powrotu do Ameryki nie jadła niczego innego. — Everthrone'owie oczyszczeni z zarzutów, szkoła jest czysta, a my możemy spać spokojnie.

— Do czasu aż straszliwa klątwa Crest nie rozpęta się na dobre — żachnął się Henning.

Zara zmrużyła powieki, wskazując na nich palcem.

— I wtedy wasza sceptyczna dwójka wspomni nasze słowa.

— Z całą pewnością. — Mrugnął do niej.

— Czy nie sądzicie, że to podejrzane? — Aurelia ciągle nie mogła otrząsnąć się z wcześniejszego niepokoju. — Znika na parę dni, a później wraca śmierdząc czarną magią na kilometr.

— Może dołączyła do kultu — stwierdził Augusto, chichrając się z Henningiem. — Wyobraźcie to sobie, zwróciliby ją w ciągu paru dni.

— Mamy kult w Boise?

— Nie wiem, nikt się za bardzo nie chwali gdy w jakimś jest.

Aurelia wywróciła oczami, Zara natomiast odchyliła się na krześle i balansując na jego tylnych nogach zaczęła opowiadać:

— Lasy Boise są o g r o m n e, jestem pewna, że gdzieś głęboko na północy zbierają się pustelnicy by razem praktykować czarną magię z dala od wielkiego oka Rady.

— Jak teraz o tym myślę to pamiętam, że w zeszłym roku po szkole hulały plotki o kulcie zza drugiej strony gór — stwierdził Henning, dodając o wiele mniej poważnie. —  Więc może rzeczywiście do nich dołączyła.

Augusto wytrzeszczył oczy i złapał go za ramię.

— Mirinda Zza Drugiej Strony Gór.

Razem zaczęli się śmiać.

— Bardzo śmieszne, chłopcy. Dziewczyna wyraźnie przechodzi przez cięższy okres w życiu — ofuknęła ich Zara, po czym dopiła colę i zerknęła przerażona na telefon. — Kurde, już tak późno. Przez ten Turniej zupełnie wypadłam z rytmu.

Po tych słowach pożegnała się w pośpiechu i opuściła stołówkę. W przeciwieństwie do reszty, uczęszczała na runy dla zaawansowanych, które istniały wyłącznie dla grupki osobiście i dokładnie wyselekcjonowanej przez Frau Elke. Odbywały się one przed zwykłymi zajęciami, głównie w poniedziałki, albo piątki.

Augusto dalej gdybał niewzruszony, gdy Aurelię naszło uczucie, że wisi Vincentowi przeprosiny. Mirinda coś knuła, ale zdawała się to robić w pojedynkę.

— Ja też uciekam. Muszę się trochę pouczyć. — Założyła torbę na ramię. — Do zobaczenia później.

Następnie ścisnęła mocniej pasek i ruszyła na piętro. Korytarze powoli pustoszały, plecy ludzi znikały w progach, ich głosy rozmywały w powietrzu. Idąc obok biblioteki zwolniła, bo przez otwarte drzwi dostrzegła Maddie rozmawiającą z Mirindą. Ich spojrzenia skrzyżowały się w locie.

Przeszła parę kroków dalej, po czym oparła się o ścianę, wyjmując telefon z kieszeni. Napisała do Vincenta.

Masz chwilę?? Chciałam porozmawiać

W momencie, w którym zgasiła ekran wyrósł nad nią cień Maddie.

— Witamy z powrotem w USA.

Dziewczyna stała przed nią z uśmiechem, który na pozór przyjacielski tak naprawdę skrywał za sobą nieszczere intencje. Nie spuszczając z niej wzroku, kontynuowała:

— Wielka szkoda, że nie poszło wam w Turnieju. W końcu byliście bardzo blisko.

— Mogę powiedzieć to samo — odparła Aurelia, próbując rozgryźć rzeczywisty cel tej rozmowy. — Cóż, Enklawa zaskoczyła nas wszystkich.

Maddie pokiwała głową.

— Doprawdy nie mogę uwierzyć, że Vincent już miał maskę w swoim posiadaniu, a później tak po prostu ją stracił. To do niego niepodobne.

— Co sugerujesz?  Że jest strasznym fajtłapą?

— Że prawdopodobnie zajęty był czymś innym.

Aurelia zmarszczyła czoło, czując jak drżą jej powieki. Do tego właśnie zawibrował jej telefon, na pół sekundy wyświetlając wiadomość od kontaktu Vince Prince. Tylko na pół, bo zaraz skrzyżowała ramiona na piersi i zabrała urządzenie z widoku.

— Przyznaj się, po prostu nie umiesz przegrywać. Może za rok pójdzie wam lepiej.

Maddie przygryzła wargi i nie ukrywając rozbawienia, nachyliła się bliżej i poradziła:

— Na twoim miejscu bardzo bym uważała.

Następnie mrugnęła do niej zawadiacko, a potem w końcu odeszła. Aurelia wodziła za nią zmieszanym wzrokiem, dopiero za chwilę czując się na tyle bezpiecznie by sprawdzić telefon.

Tak, jestem w pracowni na piętrze.

Do środka weszła w dziwnym humorze, bo skoro Maddie tak łatwo dokopała się do prawdy to jej przyjaciele wkrótce zrobią to samo. W tym wszystkim była tylko wdzięczna Slawowi, który do tej pory nie puścił pary z ust i tylko nieszkodliwie chełpił się byciem najlepszym magiem w szkole.

Natomiast prawdziwy, najlepszy mag w szkole, przechadzał się właśnie od jednego końca sali do drugiego. Był zamyślony; nawet nie zauważył gdy przystanęła pod ścianą i stamtąd obserwowała go w ciszy. Zmęczenie najlepiej było widać po jego ruchach, roztargnionych i wolnych; krok niósł za sobą poczucie pilności, prawą rękę trzymał na karku, blade usta mamrotały pod nosem niezrozumiałe formułki.

W końcu wydała z siebie dźwięk, przerywając jego trans. Popatrzył na nią, szybko wślizgując się w swój zwyczajny, opanowany charakter. Jedyne czego nie potrafił ukryć to niepokoju, który na ten moment zdawał się już stałym lokatorem jego oczu.

— Chciałam cię przeprosić za wcześniej. Na śniadaniu widziałam Mirindę no i... nic jej nie jest. Niepotrzebnie cię oskarżałam.

— Ależ absolutnie nic się nie dzieje. Mam nadzieję, że gdy tylko na nią wpadłaś, wykorzystałaś okazję i podwójnie upewniłaś się, że nie miałem z tym nic wspólnego. — Spojrzał na nią z ukosa, unosząc przy tym kąciki ust. — Tak dla spokoju ducha.

— Nie wiem o czym mówisz — burknęła, rumieniąc się.

Postanowiła zaraz odwrócić od siebie uwagę, bo uroczystym tonem oświadczyła, że Mirinda nosiła na sobie negatywną energię i praktykowała czarną magię, albo przynajmniej miała z nią dużo styczności. Vincent niespodziewanie przytaknął, rzucając beztrosko, że każdy kiedyś próbuje zakazanego owocu. Zdziwiona tą niecodzienną reakcją, próbowała wyczytać cokolwiek z jego twarzy, ale wyglądał na tak nieprzejętego, że za minutę zdawał się już o wszystkim zapomnieć.

— Skoro już tutaj jesteś, możesz mi pomóc z jedną rzeczą. — Podszedł do biurka i z szuflady wyjął sznur, związany w gruby supeł. — To zaklęcie, które tworzę dla Domny. Chcę sprawdzić czy dwójka da mu radę.

— To nad tym tyle siedzisz? — Uniosła brew z prowątpieniem. — Nad supłem?

— Między innymi.

— W takim razie... chyba mogę ci pomóc. Nie brzmi to jak najtrudniejsze zadanie. — Odłożyła torbę na podłogę i podeszła bliżej. — To nie jest nic podchwytliwego, prawda?

— Oczywiście, że jest. Nie oferowałbym ci nic innego.

Odłożył sznur na blat, po czym odwrócił się i złapał ją za dłoń. Spojrzała na niego od boku, a on popatrzył na nią dokładnie w ten sam sposób. Uśmiechnęła się rozproszona i dopiero  parę uderzeń serca później była w stanie ponownie skupić się na zadaniu. Wyciągnęła drugie ramię. Zaklęcie samo nasunęło się na jej język, a cały proces zajął może półtorej minuty. Sznur opadł rozwiązany na biurko.

Aurelia puściła jego dłoń, marszcząc nos.

— Chyba musisz troszkę bardziej nad tym popracować — oznajmiła łagodnie. — Ale może nie dzisiaj, co? Nie wyglądasz jakbyś był w swojej najlepszej formie.

— A jaka jest moja najlepsza forma? — zagadnął, zainteresowany przyglądając się miernym efektom swojej pracy.

— No nie wiem, zwykle wyglądasz jakbyś miał umrzeć za miesiąc, a teraz jakby zostało ci dosłownie parę minut.

— Dobrze liczyć na twoje ciepłe słowa. — Następnie westchnął, spoglądając na biurko. — A do tego wrócę wkrótce.

Uśmiechnęła się przepraszająco. On natomiast objął ją ramieniem, więc przez chwilę stali tak bez ruchu i we dwójkę, gapiąc się w ciszy na kawałek sznura. W środku poczuła jak rośnie w niej potrzeba powiedzenia czegoś na pocieszenie i zapewne by to zrobiła, gdyby nie dźwięk przychodzącego połączenia.

Vincent wyjął telefon z kieszeni marynarki, zostawiając ją i odchodząc na drugą stronę sali. Mając złe przeczucia, przysiadła na skraju blatu, paznokciami nerwowo skrobiąc drewno. Udawała, że spogląda za okno, chociaż tak naprawdę jej uwaga była w stu procentach poświęcona trwającej rozmowie telefonicznej.

— W tym tygodniu? Boise? — Chociaż zniżył głos do szeptu, nie uchroniło go to przed nieproszonym słuchaczem. — Larissa też?

Gdy usłyszała imię Larissa, po klatce piersiowej przeszło ją duszne uczucie. Do tej pory jego młodsza siostra istniała poza obrazem, ale wszystko wskazywało na to, że wkrótce ulegnie to zmianie. Zastanowiło ją tylko dlaczego.

Vincent rzucił kontrolne spojrzenie Aurelii, po czym kontynuował.

— Nie sądzę, żeby to był najrozsądniejszy pomysł.

Krok w przód. Zatrzymał się, żeby palcem dotknąć boazerii na ścianie.

— Porozmawiajmy o tym później — uciął, przytakując za chwilę: — Tak, dam wam znać. A teraz muszę kończyć.

Po tych słowach rozłączył się i przysiadł na jednym z krzeseł. Wyglądał jakby miał zaraz zamienić się w popiół.

— Dobrze słyszę? Czyżby szykował się nam rodzinny zjazd Everthrone'ów?

Rzucił jej chłodne spojrzenie.

— I to wszystko przez jedną przepowiednie Belli? — ciągnęła dalej.

— Wyobraź sobie, że powrót Silverstone'ów nie jest im zbytnio na rękę i pewnie będą próbowali to jakoś zatrzymać.

— Zapowiada się zatem tydzień prawdziwej burzy mózgów — powiedziała, a następnie zakryła usta dłonią. — To klątwa Crest.

— Klątwa Crest? — powtórzył, chowając telefon z powrotem do kieszeni. — Jak zwykle nie mam absolutnie zielonego pojęcia o czym mówisz.

— Augusto z Zarą wierzą, że nad szkołą czyha przekleństwo.

— Domyślam się, że niejedno.

— Więc skoro przyjeżdża tu komplet Everthrone'ów to ja chyba zaczynam w nie wierzyć — oznajmiła poważnie. — Ach! Coś wisi w powietrzu, ale nie potrafię wskazać palcem co dokładnie. Od rana do wieczora dręczą mnie irracjonalne myśli i jem wyłącznie chipsy o smaku soli i octu, bo jako jedyne przechodzą mi przez gardło. Do tego w nocy śnię o własnej śmierci, a przed przyjaciółmi ukrywam sekretną relację z wrogiem publicznym numer jeden.

Vincent uśmiechnął się.

— Wygląda na to, że nie tylko ja nie jestem w swojej najlepszej formie.

— Jak tak dalej pójdzie to stracę głowę, ale hej! - pośmiejmy się dalej.

— Wierzę, że dasz radę.

Pokręciła głową, wzdychając żartobliwie. Potem sprawdziła godzinę i oznajmiła, że za kwadrans zaczynają się runy. Widząc jednak, że on ani drgnął, zapytała:

— Zamierzasz się jeszcze kiedykolwiek na nich pojawić?

— Nie. Wystarczyło mi parę godzin z tobą w ławce, żeby rzucić to na zawsze.

— Ha, ha. Zabawne.

Podszedł bliżej i zanim wrócił do bycia centralnym elementem lawirującym wśród całej tej wiedzy, musnął wargami jej czoło.

— Baw się dobrze i uważaj na biedne nerwy Frau Elke.





New Order - 1963 (12" Version)




Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com