12
Po całym wydarzeniu przenieśliśmy się w inne miejsce. Oboje zgodnie stwierdziliśmy, że przebywanie z trupem w jednym budynku nie jest pozytywnym doświadczeniem.
Gdy zrobiło się ciemno, znów ruszyliśmy w drogę. Broń ciążyła mi za pasem. Dylan był zdania, że po wydarzeniu w szkole powinnam mieć ją przy sobie. Nie chciałam tego. Nie chciałam zabijać ludzi. Gdybym robiła wszystko, co do mnie należy, nie byłoby mnie tu. Nie musiałabym odbierać ludziom życia, ani nikt nie chciałby zabrać go mnie. Teraz już było za późno. Mogłam tylko gdybać, ale to na nic się nie zda.
Między nami panowała cisza. Dylan najwidoczniej wykorzystał swój limit rozmów ze mną, gdy chciał mnie uspokoić i wyjaśnić, że działałam we własnej obronie. Rozumiałam to. Gdybym nic nie zrobiła, teraz byłabym martwa. Poczułam nagłe szarpnięcie za ramię, przez co zmuszona byłam cofnąć się o krok.
— Nie chodź z głową w chmurach. Nie będę cię ciągle pilnował. — warknął brunet.
Spojrzałam przed siebie i zauważyłam duży słup, znajdujący się kilkadziesiąt centymetrów od mojej twarzy. Głupia. Pokiwałam głową i omijając przeszkodę, ruszyłam w dalszą drogę. Dylan szedł obok mnie z kamienną twarzą. Nie miałam pojęcia, dlaczego nagle stał się taki zły. Niespodziewanie zatrzymał się w miejscu, jakby coś usłyszał. Rozglądał się powoli, lecz panująca ciemność ograniczała mu pole widzenia.
— O co chodzi? — zapytałam.
Gestem nakazał mi się nie odzywać. Sięgnął dłonią do paska po broń. Przestraszyłam się, nie chciałam powtórki z ranka. Teraz i ja usłyszałam szmer, dochodzący z ceglanego budynku obok nas. Moja ręka automatycznie powędrowała do pistoletu, lecz go nie wyciągnęła. Serce zaczęło walić dwa razy szybciej, gdy chłopak dał mi znak głową, żebym szła za nim. Wykonałam polecenie i wolnym krokiem zbliżyliśmy się do budynku.
Cały czas trzymałam się blisko Dylana. Przekroczyliśmy próg. Drzwi były wyważone, więc nie mieliśmy problemu z dostaniem się do środka. Dylan wyciągnął z plecaka latarkę. Na pierwszy rzut oka nie było tutaj nic oprócz gruzu, brudu i kurzu. Przeszliśmy do pomieszczenia obok. W suficie była wielka dziura, przez którą wpadało światło księżyca, lekko rozświetlając to miejsce. Chłopak stanął w miejscu, a ja zza jego pleców nie widziałam zbyt wiele. Ominęłam go i stanęłam obok. Początkowo oślepiło mnie światło latarki. Później, gdy mój wzrok już się wyostrzył, pragnęłam jak najszybciej stamtąd uciec. Na podłodze leżała kobieta w jaskrawo różowym, poszarpanym stroju, przypominającym sukienkę. Wiedziałam na pewno, że była jedną z nas. Ten widok nie byłby może aż tak przerażający, gdyby nie fakt, że kobieta poprzebijana była metalowymi prętami. Zakryłam dłońmi usta, by powstrzymać odruch wymiotny. Nagle jej oczy poruszyły się, spoglądając prosto na mnie, a jej usta zaczęły się poruszać, ale nie mogłam nic z nich odczytać. Wydawała z siebie zduszony charkot i jęki w nieludzkiej tonacji.
— Zmywamy się stąd. — zadecydował chłopak, pchając mnie gwałtownie do wyjścia.
Jego głos był zdecydowany i zimny, nie wyrażał nic prócz obojętności na obraz konającej kobiety.
— Nie możemy jej tutaj tak zostawić, ona jeszcze żyje! — stanęłam i odwróciłam się twarzą do bruneta.
Był dużo wyższy, więc stojąc tak blisko niego, musiałam wysoko zadzierać głowę.
— „Jeszcze" jest tu słowem kluczowym. A jeśli zaraz się nie ruszysz, to oboje skończymy jak ona. — znów mnie pchnął.
Potknęłam się, ale nie upadłam.
— Ktoś tu jest?
— Brawo. Mam ci wręczyć jakąś nagrodę za spostrzegawczość? Sama sobie raczej tego nie zrobiła. — przerażona otworzyłam usta.
Dylan chwycił mnie za ramię, jakbym dała mu jakiś sygnał do wyprowadzenia niestawiającej oporów, drżącej ze strachu dziewczyny, jaką wtedy byłam.
Ciężko oddychałam i rozglądałam się wszędzie dookoła. Bardzo szybkim krokiem ruszyliśmy przed siebie. Ciągle oglądałam się do tyłu, aby sprawdzić, czy ktoś przypadkiem za nami nie podąża. Dylan gwałtownie się zatrzymał, przez co wpadłam na jego plecy. Aby się przewrócić, objęłam w go rękami w pasie.
— Wiem, że jestem gorący, ale to nie najlepszy moment na sesje obściskiwania. — wyszeptał, a ja go puściłam.
Przed nami stała kobieta. Miała ciemne, długie, brudne i splątane włosy. Jej wychudzone ciało opatulone było w bure, zaniedbane ubranie, a szczupła twarz była cała w brudzie. W dwóch rękach trzymała metalowe pręty. Takie same, jakie wbite były w ciało tamtej dziewczyny.
Cofnęłam się o krok. Ciemnowłosa nie mogła mieć więcej, niż dwadzieścia pięć lat. Stała spokojnie, nie poruszała się, ale jej oczy ukazywały obłęd. Przekrzywiła głowę jak ptak. Brudny, wygłodzony ptak.
— Gdzie zgubiłaś koleżanki? Już je zjadłaś, czy może czekają w lodówce na swoją kolej? — zadrwił Dylan.
Nie wiedziałam, co z nim jest nie tak, ale humor dopisywał mu zawsze w najmniej odpowiednim momencie. Dziewczyna zmrużyła oczy, a później wszystko działo się za szybko.
Rzuciła się do przodu z uniesionymi prętami. Dylan popchnął mnie tak mocno, że wylądowałam dwa metry dalej na ziemi, zdzierając sobie przy tym ręce. Wyciągnął broń zza paska. Rozległy się dwa wystrzały, a okrzyk napastniczki ustał. Ciało uderzyło o ziemię. Metalowe pręty zabrzęczały, wypuszczone z małych piąstek. Brunet schował broń i podszedł do mnie. Pomógł mi wstać, ale nie patrzyłam na niego, tylko na ciało leżące na ziemi.
— Co to, do cholery, było? — zapytałam.
Nie wiedziałam, co zrobić z dłońmi, które niemiłosiernie się trzęsły.
— Wszystko dobrze? — zapytał, przystając tak, by zasłonić mi widok na trupa.
— Tak. — chwycił moje dłonie, przyglądając się im.
— Tylko lekkie zadrapanie. — stwierdził, puszczając je.
— Więc? — dopytywałam.
— Powiem ci, ale lepiej stąd chodźmy. Nie wiadomo, czy nie kręci się tu ich więcej. — poprawiłam plecak i ruszyłam za nim.
Miałam już wszystkiego dość. Za dużo trupów, jak na tak krótki okres. Jeszcze kilka takich sytuacji, a moja psychika siądzie doszczętnie. Nie byłam przygotowana na to, aby kiedykolwiek widzieć, jak ktoś kogoś zabija. I to w tak okrutny sposób. Nie byłam przygotowana na to, że to ja kogoś zabiję. Nie byłam przygotowana na nic, co zdarzyło się przez ostatnie dni. To czyste szaleństwo. Inaczej wyglądało to na ekranie, a inaczej w prawdziwym życiu.
— To były kobiety, które zostały wyrzucone ze społeczeństwa za nieprzestrzeganie prawa Państwa Wyzwolonego — ciągnął, zwalniając kroku, przez co szliśmy ramię w ramię. — Pozostały z niczym. Bez dachu nad głową, bez pożywienia, którego nie można tutaj zdobyć. To zmusiło je do skrajności. Zaczęły polować na ludzi i ich zabijać. To była jedyna możliwość, aby jakoś przetrwać. Przeważnie polują w kilkuosobowych grupach. Nie wiem, dlaczego ta była sama, i szczerze? Nie wiem, czy chcę wiedzieć.
To, co powiedział, było straszne. Współczuję tym kobietom. Nie powinny być karane w ten sposób, to szaleństwo.
— Nie wiedziałam.
— Nie wiedziałaś, co twoja matka robi ludziom? Coraz mniej się dziwię. Zastanawia mnie, dlaczego tak mało ci ufała. Przecież to ty miałaś przejąć po niej władzę. Chyba że ... — urwał i pokręcił głową.
— Chyba że co? — zrobiłam się podejrzliwa.
— Twoja matka nie ma jakiejś bardzo zaufanej osoby? No wiesz, do której zwraca się ze wszystkim? — zastanowiłam się.
— Jest Tracy. Odpowiada za bardzo wiele rzeczy. Prawie mieszka w Białym Domu.
Pamiętam Tracy od zawsze. Była starsza od mojej mamy. Nie wzruszała pozytywnych emocji, pod samym jej wzrokiem chciałoby się uciec w najciemniejszy zakamarek domu. Taki typ człowieka, ale znała się na rzeczy i nie próbowała rządzić moją matką tak, jak niektórzy.
— Sugerujesz, że to jej mogłaby być przekazana władza, nie mnie?
— Przypuszczam, że skoro jesteś tak bardzo odsunięta od wszelkich spraw, to może zdarzyć się taka sytuacja. Choć teraz już na pewno nie przejmiesz władzy. Chyba że postanowisz mnie wykiwać i wrócić. Chociaż mogłoby to mieć katastrofalne skutki dla ciebie. — spojrzał na mnie jednoznacznym wzrokiem.
Na razie nie zamierzałam tam wracać. To byłoby zbyt niebezpieczne. Na dodatek okazuje się, że byłam cały czas okłamywana. Teraz chciałam dowiedzieć się wszystkiego i może spróbować to naprawić. Choć szanse na to są marne.
W oddali usłyszałam jakiś dźwięk. Zatrzymałam się, by rozejrzeć się dookoła. Dźwięk był coraz głośniejszy. Dylan też to usłyszał.
— Oni naprawdę za nami tęsknią. — burknął Dylan, patrząc w niebo.
Helikoptery.
Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com