Chào các bạn! Truyen4U chính thức đã quay trở lại rồi đây!^^. Mong các bạn tiếp tục ủng hộ truy cập tên miền Truyen4U.Com này nhé! Mãi yêu... ♥

kryptyda

Yamada Hizashi wyprowadził się z miasta na prowincję mając dwadzieścia dwa lata i trochę złamane serce po tym jak jego związek gwałtownie się zakończył, a tuż potem także zespół, który tworzyli z kolegami z okolicy gdzieś od gimnazjum, grając w garażu i ciesząc się z małych występów w okolicznych klubach.
Potrzebował odpocząć.
Odciąć się.
To właśnie w ten sposób wylądował w piętrowym, drewnianym domu znajdującym się niedaleko lasu, spory kawałek od wszystkich sąsiadów i okrutnego świata.
Wybrał to miejsce, bo miało klimat i bardzo niską cenę, coś na co mógł sobie pozwolić cholernie młody, ledwo dorosły facet za oszczędności i pieniądze ze sprzedaży większości rodzinnych pamiątek. Miał doła, nienawidził świata, świat jego nienawidził w odpowiedzi, a większość codziennych czynności wydawała się koszmarem... Sprzedanie większości starych zastaw, sztućców, biżuterii, których nikt nie nosił od czasów prababć i tak dalej, i tak dalej nie brzmiało źle. Nie miał żadnych krewnych, ponieważ rodzice zginęli w wypadku samochodowym półtorej roku wcześniej i był jedynakiem. Cały ten ogrom pamiątek bardziej wiązał go w mieście jak betonowe buty albo kula u nogi niż cokolwiek innego.
Musiał się z tego wydostać i odejść. Pamiątki, które naprawdę cenił oraz jego rzeczy zmieściły się w ośmiu kartonach wepchniętych do bagażnika samochodu oraz także dwóch walizkach i trzech torbach wciśniętych w bardzo nieuprzejmy sposób na tylne siedzenia tak, aby zachować widoczność. Na przednim siedzeniu pasażera sterczał z dumą kaktus, którego pielęgnował od dziecka.
A przed nim czekało nowe życie w piętrowym, zadbanym drewnianym domu, który otaczał magicznie zaniedbany ogród rozwijający się swobodnie między ścianami otaczającego dom sporym kwadratem murku. Murek nie był wysoki, sięgał może do wysokości jego klatki piersiowej, ale wyglądał bardzo uroczo.
Hizashi rozpakował się, wstawiając wszystkie swoje bagaże do salonu, włącznie z biedną rośliną, która bez wątpienia miała dosyć podróży i niewygód.
Nie miał wielkich planów na pierwszy dzień. Napisał znajomym, że żyje, dotarł i nic mu się nie stało, upewnił się, że wjechał autem na niewielki podjazd i zamknął furtkę, a potem drzwi ze sobą wewnątrz domu...
Był na swoim.
Całkowicie swoim, bez trudnych wspomnień, bez miasta, hałasu, widoki były malownicze, wskaźnik ludzkiej obecności niewielki.
Mógł to ogarnąć.
Potrzebował małej przerwy, kilku tygodni na znalezienie sensu we wszystkim...

Padł na szeroką kanapę w salonie i z jękiem zwinął się na niej, aby odpocząć. Błogosławił to, że sen szybko go dopadł.
Dość długo nie miał okazji spać spokojnie.

***

Kayama Nemuri zawsze uważała się za dobrą przyjaciółkę. Znała Yamadę Hizashiego od liceum, gdzie niemal zrośli się ze sobą biodro w biodro, dzielili wszystkie sekrety i znali każdy detal życia drugiego. Po naprawdę tragicznym początku roku jaki Hizashi miał, ona oczywiście rozumiała, że potrzebował zmian.

Wyniósł się z miasta do drewnianego domu na odludziu, chociaż nie znosił robaków... Dobra, w porządku. Od dzieciaka miał słabość do ładnych wygwizdowiów, może po prostu nadszedł czas na spełnienie dawnych marzeń.

Dał znać, że jest w swoim nowym domu.

A potem nie odzywał się przez dzień.

Dwa.

Tydzień.

Dała mu dwa czasu, bo wiedziała, że jego ekstrawertyzm nie całkiem był ekstrawertyzmem i czasem potrzebował czasu tylko dla siebie, aby nienawidzić wszechświat, odbywać długie kąpiele, płakać przy żałosnych komediach i tak dalej.

Minęły trzy tygodnie i zaczęła się niepokoić.

Obdzwoniła ich wspólnych znajomych i przyjaciół.

Minął miesiąc.

Zdenerwowana wzięła kilka dni wolnego, chwyciła za kołnierz innego przyjaciela, któremu Hizashi ufał i przekopała ich czat, aby odnaleźć dokładny namiar na ten nowy dom marzeń, który musieli odnaleźć.

Wraz z początkiem piątego tygodnia nieobecności Hizashiego, Nemuri i Shirakumo Oboro wyruszyli w drogę, aby go odnaleźć, sprawdzić, a jeśli żył to rozerwać na kawałki za uciekanie od nich bez nawet słowa wyjaśnienia.

Czy Hizashi nie wiedział, że się martwią? Że tęsknią?

A jeśli ktoś go skrzywdził?

Brama wjazdowa na posesję była otwarta. Rzucające się w oczy, zielono-niebieskie auto nie stało przed domem. Nie było żadnego garażu.

-A jeśli ktoś go napadł? Porwał? - Nemuri nerwowo wbiła paznokcie w ramię Oboro, gdy zaparkowali na poboczu.

-Może oddał auto do naprawy? Albo pojechał po zakupy? - spróbował ją pośpiesznie uspokoić przyjaciel. - Brak auta to jeszcze nie powód do paniki - dodał.

Drzwi frontowe były zamknięte więc przedarli się przez zaniedbany ogród dookoła, szukając okien lub innego wyjścia. Nemuri wypatrzyła uchylone drzwi balkonowe i skorzystała z okazji, ostrożnie wchodząc do środka.
Dom wewnątrz był całkiem ładny. Czysty, raczej zadbany. Na kanapie leżały koc i koszula Hizashiego. Telewizor był wyłączony, ale gdzieś w głębi budynku cicho grało radio. Nemuri rozpoznała głos spikera jako jednego z sympatycznych młodych mężczyzn, z którymi chodziła na studia dziennikarskie, zapowiadającego następny utwór klasyczny. Muzyka instrumentalna rozległa się, fortepian i skrzypce, do tego chyba gitara, może trąbki. Nemuri nie była aż tak zainteresowana muzyką jak Hizashi, który miał stary magnetofon wśród swoich najcenniejszych rzeczy, a do niego cały stos winyli, wszystkich oryginalnie zapakowanych i przechowywanych bezpiecznie poza wszelkimi mogącymi im zaszkodzić okolicznościami.

-Poszukajmy go - Oboro ruszył z wahaniem na przód, rozglądając się. Kuchnia była obok salonu, przez który weszli, niezbyt duża, zupełnie nie w stylu Hizashiego z wszystkimi mocnymi, starymi meblami z dębu, ale unowocześniona o zmywarkę do naczyń, srebrną dużą lodówkę, piekarnik i mikrofalę. W zlewie pewnie miała młynek do mielenia resztek czy coś podobnego.
Na lodówce wisiało kilka zdjęć, głównie pejzaży, pewnie zrobionych w okolicy, bo dom był na większości gdzieś w tle. Dwa zdjęcia z Nemuri i Oboro wisiały u góry w dobrze widocznym miejscu. Hizashi użył magnesów w kształcie serc, aby je przypiąć.

-Zashi? - Oboro wyszedł z kuchni i przez salon przeszedł na mały korytarz. - Zashi, jesteś w domu?

-Hizashi? - Nemuri rozejrzała się, podążając za przyjacielem. Przez chwilę wymieniali się spojrzeniami zanim ona ruszyła sprawdzić dwa pomieszczenia na dole, obok schodów, a on podążył na górę, sprawdzić piętro.

Krzyk Nemuri krótko po rozdzieleniu sprawił, że włosy Oboro stanęły dęba. Odwrócił się gwałtownie i rzucił w drogę powrotną na dół.

-Nemuri?! Nemuri, co się dzieje?! Błagam, niech to nie będzie ciało! Błagam! Nemuri?!

Prawie spadł ze schodów, biegnąc po kilka na raz, a potem chwycił się poręczy, aby skręcić w bok. Wpadł przez otwarte drzwi do drugiego z pomieszczeń, gdy nie zauważył nic w pierwszym podczas mijania go.

-Nemuri?!

Kobieta stała kilka kroków za progiem pokoju, zatykała ręką usta i wpatrywała się w coś przed sobą.
Oboro potrzebował długiej chwili, aby zrozumieć co widzi.
To było wielkie i wyglądało jak sklepiony, mroczny dym. Gęsty, cienisty kształt zalegał na środku małego dywaniu, poniekąd rozlewając się na parkiet wokół, a dwoje lśniących, szkarłatnych oczu wpatrywało się wprost w Oboro i Nemuri złowróżbnie.
Czymkolwiek było to stworzenie, jeśli to było stworzenie, bez wątpienia było zdziwione i co najmniej rozdrażnione ich obecnością w zasięgu wzroku. Nie poruszało się. Oczy też nie. Byli obserwowani, badani i analizowani. Cichy, stukający dźwięk szponów na drewnie parkietu brzmiał złowrogo w towarzystwie wciąż brzęczącej w tle muzyki klasycznej.

-N-nemuri, wycofuj się powoli - wyjąkał Oboro, robiąc najbardziej ostrożny krok do tyłu jaki tylko potrafił.

Nemuri stała skamieniała dłuższą chwilę, póki nie zawołał jej jeszcze kilka razy. Drgnęła i na trzęsących się nogach zaczęła się cofać. Wciąż zatykała ręką usta. Być może inaczej krzyczała by dalej. Nie był pewien i nie chciał tego sprawdzać.

Krok za krokiem.

Stworzenie cały czas patrzyło. Intensywnie i upiornie. Wreszcie Oboro minął próg, a wtedy chwycił Nemuri i szarpnął za sobą. Usłyszał złowrogie warczenie, gdy ciągnął przyjaciółkę na schody i w górę. Minął dwa z pięciu pomieszczeń, a później wpadł do schowka na detergenty i szczotki na końcu. Roztrzęsiony zatrzasnął drzwi, dysząc ciężko. Nemuri zrzuciła coś z półki, gdy rozedrgana oparła się o nią plecami.

-T-to... A jeśli to z-zjdło Hizashiego? - wyjąkała słabo. - O-Oboro, co robimy!

Planem Oboro było przeczekać.
Skoro Nemuri obudziła to coś, była szansa, że jeśli będą cicho nie zostaną znalezieni i to wróci do snu.
Wtedy mogliby wymknąć się używając okna w najbliższym pokoju, wrócić do auta i wezwać policję albo inne służby.

Siedzieli więc skuleni w składziku, licząc minuty z pomocą zegarka w telefonie Oboro. Czas wydawał się płynąć nieznośnie powoli. Ciche dźwięki z zewnątrz, stukanie pazurów, szuranie i powarkiwanie wciąż były całkiem wyraźne gdzieś tuż poza składzikiem. Być może stwór wiedział, że są w środku i czekał aż wyjdą, może się z nimi bawił...
Może gdyby czekali odpowiednio długo, sam odszedłby, zostawiając ich bezpiecznie za sobą?
Albo chociaż odszedłby pewien siebie i swojej ofiary na tyle długo, aby próba ucieczki miała sens?

...albo odsunął by się na tyle, aby sami wpadli w jego paszczę w trakcie rzeczonej próby?

Gdy zaczynali być już naprawdę wyczerpani tym czekaniem, nasłuchiwaniem i ciemnością składziku, nagle drzwi zadrżały, a potem otworzyły się gładko. Oboro padł z jękiem na podłogę, Nemuri krzyknęła z przerażenia, przyciskając się do ściany.

-Oboro? Nemuri?

Hizashi zamrugał skonsternowany, spoglądając na leżącego u jego stóp przyjaciela. Blondyn był w doskonałym zdrowiu, bez wątpienia lepszym niż gdy opuszczał miasto, jego skóra miała miękki, złocisty odcień, na policzkach pojawiły się delikatne piegi, a zielone oczy lśniły jasno. Długie włosy spiął w niechlujny kok pasujący do dresowych żółtych spodni i koszulki z logo jakiegoś starego zespołu. Trzymał w ręce siatkę z detergentami.

- Co robicie w moim składziku? - zapytał zdziwiony Hizashi. - Czemu nie zadzwoniliście, że mnie odwiedzicie?

Hizashi pochylił się, pomagając Oboro wstać.

-W-w twoim domu j-jest potwór - wyjąkała słabo Nemuri. - P-potwór.

-Kto?

-Hizashi, spójrz za siebie - wyjęczał blady z nerwów Oboro, zauważając nadciągający cień ponad ramieniem przyjaciela. Czuł, że zaczyna mu się robić gorąco i słabo z nerwów. Nie miał siły zobaczyć ponownie z bliska tego, co ich przeraziło. - Musimy się schować!

-Hm? - Hizashi odwrócił głowę. Jego twarz pojaśniała.- Shouchan - puścił stojącego w pionie Oboro, wkładając mu w rękę swoją torbę z zakupami. Całkowicie obrócił ciało w stronę szkarłatnookiego niebezpieczeństwa. Wyglądał bardzo miękko i radośnie.

-Hizashi! - przerażony Oboro złapał brzeg rękawa blondyna. - Oszalałeś? T-to, t-to jest-!

-To nic - Hizashi wyrwał rękaw, aby wyciągnąć ramiona do stworzenia. - Shouchan, jesteś zaniepokojony? Wszystko dobrze - gdy kłąb się zbliżył, otoczył go ostrożnie ramionami. - Nemuri i Oboro nie przyszli tu, aby zrobić coś złego - obiecał, gładząc go kojąco palcami.

-Hizashi, t-ty... On-

-Nemuri, Oboro - Hizashi uśmiechnął się w jeden ze swoich skomplikowanych sposobów. - Zejdźcie do salonu, dobrze? Zaraz przyjdę.

Oboro drżał, gdy ciągnął Nemuri za nadgarstek, starając się ją jak najszybciej przeprowadzić obok "Shouchan".

Czekali na Hizashiego mniej więcej dwadzieścia minut. Potem przyszedł, powoli, bez pośpiechu schodząc po schodach. Drewno trochę skrzypiało.
Nemuri poczuła się nagle bardzo niezręcznie na dużej kanapie. Oboro był spięty.
Hizashi zszedł sam

-Zaniepokoiliście Shouchan - poinformował poważnie.

-M-my zaniepokoiliśmy jego? - wyjąkała Nemuri. - On-

-Przyszliście bez zapowiedzi. Dlaczego nie zadzwoniliście? Poczekał bym na was albo pojechał po zakupy później - powiedział, zachowując spokojny ton.

-Hizashi, w twoim domu jest wielki potwór.

-Kryptyda - poprawił Hizashi. - Nie jedna - dodał, lekko marszcząc brwi. - Byli tu pierwsi, pośrednik handlu nieruchomościami nie wspomniał o tym ustalając ze mną warunki.

-I ty... Zostałeś w domu z kryptydami.

-Czemu miałbym nie? - spytał zdziwiony. - To dobry dom, a Shouchan jest bardzo miły

Oboro i Nemuri popatrzyli na siebie powoli, a potem znów na Hizashiego.

-Zamieszkałeś w domu z kryptydami... I nie powiedziałeś ani słowa. A teraz mówisz nam o tym, bo przyjechaliśmy, bo myśleliśmy, że nie żyjesz?

-Czemu miałbym nie żyć? - zapytał zdezorientowany Hizashi.

-Milczysz od miesiąca!

-Moje media społecznościowe działają - podsunął uprzejmie. - Napisałaś któregoś razu gdy się wyprowadzałem, że będziesz miała kilka trudnych tygodni. Dałem ci znać, żebyś odezwała się jakbyś potrzebowała wsparcia, bo będę sam bardzo zajęty domem i powrotem do pracy redakcyjnej... Mówiłem ci to osobiście i wysłałem mailem.

-Oh - wyjąkała Nemuri. - A Oboro?

-Piszemy co jakiś czas - Hizashi potarł skronie. - Głównie, gdy czegoś od siebie nawzajem potrzebujemy. Wcześniej po prostu mieszkaliśmy prawie drzwi w drzwi i przypadkowe spotkania dodawały sztucznego tłoku do ilości naszych wzajemnych kontaktów.

-Oh - Oboro zamrugał. - Nie pomyślałem o tym.

-Skoro teraz wiecie, następnym razem do mnie zadzwońcie. Shouchan naprawdę nie lubi niezapowiedzianych, obcych gości - powiedział poważnie Hizashi.

- Czy Shouchan ci nie zagraża? Wiesz... Był zły na nas i był absolutnie przerażający - wyjaśnił z niepokojem Oboro.

-Nie skrzywdziłby mnie nigdy - zapewnił spokojnie blondyn. - Bardzo się polubiliśmy od kiedy tu zamieszkałem. Jest naprawdę czułym, opiekuńczym facetem i dzięki niemu udało mi się w większości otrząsnąć po tym wszystkim, co się wydarzyło - jego uśmiech stał się trochę delikatniejszy, bardziej kruchy.

Oboro i Nemuri poczuli się winni za przywoływanie złych wspomnień.
Po prostu to nadal była sprawa ich przyjaciela żyjącego w domu z naprawdę przerażającą kryptydą.

-Polubiliście... Um... On jest... Pomocny? - zapytała niespokojnie Nemuri.

Próbowała wyobrazić sobie wielkie, ciemne stworzenie pomocne w jakikolwiek sposób, gdy jedyne co była w stanie wyobrazić sobie z jego udziałem to rzeź lub innego rodzaju udręka.
Wierzyła Hizashiemu, ale..
Ale jego Shouchan miał cholernie pazury. A poza nimi oczy jak szkarłatne latarnie i jeszcze usta pełne kłów!
Nie wzbudzał zaufania.
Bała się go.
Dlaczego Hizashi się go nie bał? Dlaczego tkwił z nim w tym samym domu, nie ruszając się stamtąd chociaż mógłby zatrzymać się u któregoś z nich, znaleźć inne miejsce, dom sprzedać razem z potencjalnymi problemami...!

-Shouchan jest doskonale pomocny~ - zaćwierkał szczęśliwie Hizashi. - Sięga dla mnie do wysokich szafek, pomógł mi naprawić dach, pozbywa się dla mnie wszystkich robaków, żebym nie musiał na nie patrzeć - pokiwał lekko głową. - To cudowne z jego strony. O, a poza tym dzięki Shouchan mam mojego Małego Słuchacza! Mały Słuchacz to najcudowniejsze dziecko na świecie. Pokochacie go!

-Porwa-

Oboro zatkał usta Nemuri dłonią. - O, brzmi niesamowicie! Jaki jest Mały Słuchacz, Hizashi? - zapytał zainteresowany.

Potrzebował informacji i czasu, aby przetworzyć ich sytuację.

-Absolutnie cudowny - Hizashi rozluźnił się w fotelu, który zajął, zapadając się w miękkie obicie. - Taki bystry i drobniutki. I nie sprawia żadnych problemów. Shouchan dobrze go wychowuje - paplał szczęśliwie Hizashi przez jakiś czas, denerwująco skutecznie omijając ważne informacje lub cechy szczególne dziecka. Wreszcie jednak spojrzał na zegarek i pokręcił głową. - Robi się późno, powinniście już jechać. Droga do miasta po ciemku jest nieprzyjemna - wygiął usta w niezadowolonym grymasie. - Strasznie łatwo o wypadek.

Nie byliby w stanie przeforsować zostania w domu Hizashiego, ani zabrania go ze sobą. Nemuri była cała zdenerwowana, gdy wsiadała do swojego samochodu. Spoglądała w stronę domu. Hizashi stał przed furtką, uśmiechnięty ładnie. Machał im na pożegnanie lekko dłonią.

Nie chciała zostawiać go w domu z kryptydami.
Teraz mówił, że jest miło, ale- ale jak mogło być miło w takiej sytuacji? A co z jego życiem? Bezpieczeństwem? To nie było takie łatwe! Nie dla nich! Nie po zobaczeniu bestii ze szponami i kłami!

***

Hizashi westchnął i z ciężkim westchnieniem zamknął furtkę, wycofując się do domu. Zamknął drzwi, obszedł cały parter, aby zablokować jeszcze drzwi balkonowe i wszystkie ewentualne okna. Miło było, gdy w ciepłe dni chłodne powiewy wpadały do domu przez balkon, ale musiał pomyśleć o innej alternatywie. Nemuri i Oboro nie powinni wchodzić do jego domu z zaskoczenia nigdy więcej.

Wszedł do sypialni i z ulgą wspiął się na łóżko King Size zasłane miękką pościelą i poduszkami. Shouchan leżał zwinięty na środku jak w gnieździe. Ich Mały Słuchacz leżał przy nim, drobny i chudy, niemal doskonale ludzki, gdyby nie zielonkawe smużki cienia w jego włosach, oczy lśniące w ciemności i ostre kły ukryte w buzi. Wyglądał jak mały aniołek drzemiąc w łóżku, wciąż w swoim szkolnym mundurku. Shouchan był takim słodkim tatą.
Hizashi ułożył się za plecami dziecka, przysuwając się blisko. Chłopiec mruknął przez sen, ufnie zwijając się między ich ciałami. Szponiasta łapa Shouchan sięgnęła i uczucie bycia otaczanym oraz ochranianym napełniło serce Hizashiego ciepłem. Zanucił cicho, przymykając powieki.

-Mamy dużo czasu do
kolacji, Shouchan - westchnął. - Zdrzemnijmy się razem z Małym Słuchaczem.

Stworzenie wydało z siebie dudniące, gardłowe buczenie na zgodę, zamykając przy tym szkarłatne ślepia.
Hizashi czuł się rozczulony i pełen ciepłego drżenia w sercu z powodu troskliwości kryptydy. Z przyjemnością rozluźnił się, aby zasnąć pod opieką swojego olbrzymiego strażnika.

Nemuri i Oboro mógł zająć się później gdyby którykolwiek z jego przyjaciół sprawiał dalsze problemy.

Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com

Tags: