Chào các bạn! Truyen4U chính thức đã quay trở lại rồi đây!^^. Mong các bạn tiếp tục ủng hộ truy cập tên miền Truyen4U.Com này nhé! Mãi yêu... ♥

4

      Zastanawiało mnie, czy wydanie oświadczenia o grasującym w bazie mordercy było rzeczywiście słusznym posunięciem. Wśród ludności narastała nieufność i konflikty. Oskarżono siebie nawzajem, dochodziło do bójek. Konflikt wewnętrzny był ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebowaliśmy.

Założyłem nogę na stolik, który stał się moim biurkiem. Nie było sensu przewozić mebli z poprzedniej bazy i tak by się tu nie pomieściły. Samo biuro było obskurne, ciasne i śmierdziało pleśnią. Robiło także za moją sypialnię, w przeciwległym rogu stała stara prycza z wysłużonym materacem. Nie miałem nawet poduszki, jedynie koc, który nie był wystarczającym okryciem na tak zimne warunki. Byłem zmuszony więc do radzenia sobie w inny sposób, czyli zakładania kilku warstw odzieży. Warunki były kilkukrotnie gorsze niż w poprzednim lokum, ale liczyło się to, że mieliśmy bezpieczne schronienie. Niestety wygoda schodziła na dalszy plan.

Odłożyłem plik kartek, na których widziały kolejne, prowadzące do nikąd, zeznania. Ludzie wyrazili chęć na znalezienie mordercy, szczególnie ci, którzy byli blisko z ofiarami, niestety na wierzch wychodziły głównie osobiste zatargi, nie było natomiast niczego, co doprowadziłoby nas do prawdziwego mordercy.

Sam zabójca nie wykazał chęci ujawnienia się nawet za ugodą, którą było zamienienie kary śmierci na uwięzienie i pracę na rzecz rebelii. Możliwym było też, że zabójca skorzystał z chwilowego zamieszania, jakie trwało w poprzedniej bazie i zbiegł, więc poszukiwanie go było stratą czasu. Nie obyło się także oskarżeń skierowanych w stronę Melanie, dla tej mniej ufnej części była główną podejrzaną, ponieważ zbiegła. Mało kto miał świadomość, co tak naprawdę się wydarzyło. Wiedzieli jedynie, że zniknęła.

Samego mnie nieustannie gryzło sumienie, ponieważ powinienem się domyślić, że będzie chciała postąpić honorowo i zrobić coś, czego nie była w stanie udźwignąć. Najgorsze było uczucie, że nie wiedziałem, co się z nią działo. Czy traktowali ją dobrze? Czy może była torturowana, ponieważ chcieli wyciągnąć z niej informacje? Nie mogłem o tym myśleć. Zaraz narastała we mnie wściekłość, która spowodowana była moją bezradnością. Nie tak to wszystko planowałem, nie przypuszczałem, że odnajdą naszą bazę.

Liczyłem, że Maria zdradzi mi, choć część ich planu działania lub cokolwiek innego, ale wyglądało na to, że całkowicie zwariowała. Miała dni, gdy nie odzywała się ani słowem, innym razem dzień i noc powtarzała ten sam bełkot o cudzie, Melanie i pani prezydent. Nie chciała już nawet jeść, jakby przebywanie z dala od stolicy sprawiło jej ból. Zachowywała się jak dziecko zabrane matce.

Miałem tylko jedno koło ratunkowe, które mogło zmusić ją do mówienia, niestety nie chciało współpracować w tej sprawie. A ja nie zamierzałem odpuścić.

Wychodząc z biura zwanego czasem też sypialnią, ale tylko wtedy, gdy postanawiałem się jednak położyć, trafiłem na Rose, która pędziła korytarzem.

— Co się dzieje? — Zatrzymałem ją.

— Doszło do bójki w sektorze C, jeden chłopak jest ciężko ranny.

— Który to już taki przypadek? — westchnąłem, przecierając zmęczone oczy.

— W tym tygodniu? Piąty może szósty, straciłam rachubę — poinformowała, oddalając się.

Nie zatrzymywałem jej dłużej, byłem świadom, że Rosie była jedną z najlepszych sanitariuszek, pomimo jej młodego wieku. Gdyby nie ona, zapewne śmiertelność w bazie wzrosłaby o znaczny procent. Byłem jej wdzięczny, że tyle poświęcała dla tych ludzi, choć czasem okazywali się niewdzięczni.

Pracownia Jareda znajdowała się na najniższym poziomie i również nie zachwycała. Była o połowę mniejsza, w związku z czym nie mógł pomieścić w niej wszystkich sprzętów, nad czym ubolewał, ponieważ spowalniało to tempo pracy. Uważałem go za typowego świra naukowego, Luke był podobny, ale jednak cenił również życie towarzyskie. Pomimo tego, że czasami uważałem Jareda za wariata, ponieważ potrafił gadać głównie o swoim zajęciu i odkryciach, to ceniłem go ponad wszystko, bez niego bylibyśmy tysiąc lat do tyłu. Dlatego też, choć może to samolubne, staramy się go nie wypuszczać na akcje. Był zbyt cennym człowiekiem w ekipie.

Już od mojego przekroczenia progu zaczął nieustannie i niezrozumiale bełkotać. Prawdopodobnie mówił coś do mnie i nawet nie był świadom, że nie jestem w stanie niczego dosłyszeć. Działo się tak przeważnie, gdy wymyślił coś nowego, co mogło spowodować duży postęp dla bazy.

— To niesamowite! — Odwrócił się w moim kierunku.

— Co? — Zmarszczyłem brwi.

— Znowu. Tak ciężko mnie czasem wysłuchać? — wymamrotał pod nosem. — Ostatni wywiad znalazł kilkadziesiąt mil stąd wrak samolotu. Chcę go mieć u siebie! Może uda mi się go uruchomić? To byłoby coś, co pozwoliłoby uczynić nam krok naprzód. Myślałem nad tym, aby spróbować przestawić znajdujący się w nim nadajnik i spróbować nawiązać połączenie z ziemiami zza Atlantyku.

— Jared. — Musiałem przerwać jego niedorzeczny wywód. — Twoje plany są nierealne, głównie dlatego, że nie zmieścimy tu nigdzie samolotu, którym dysponuje Waszyngton, bo domyślam się, że to wrak jednego z nich. Na dodatek nawiązanie kontaktu z innymi kontynentami jest niemożliwe, bo nikogo już tam nie ma. Mało tego, wszystkie linie są strzeżone, zlokalizują nas i poznają nasze zamiary. To nie jest warte ryzyka, załatwmy sprawę wojny sami.

— Kiedy przełączę fale, nie wyłapią nas. Poza tym potrzebny mi tylko nadajnik, jeśli z samolotu nici, a jest on niewielki — wytłumaczył.

— To nadal ryzykowne. Poza tym masz ważniejsze sprawy, którymi musisz się teraz zająć.

Odwrócił się do mnie plecami i zaczął bez słowa pracować przy jakimś dziwnym sprzęcie.

— Nie pójdę tam — stwierdził kategorycznie.

— Skąd wiesz, po co przyszedłem?

— Wiem, że próbujesz coś zrobić, wiedziałem, że to tylko kwestia czasu, zanim się pojawisz. Skończyły ci się opcje.

Założyłem ręce na klatce piersiowej i podszedłem bliżej.

— Mógłbyś nie tylko wyciągnąć z niej informacje, ale także pomóc im obu.

Nagle rzucił jednym z kluczów francuskich o ścianę z taką mocą, że kawałek powierzchni się odłupał i spadł razem z narzędziem na podłogę, tworząc dźwięk, który głucho rozszedł się po pomieszczeniu.

Drgnąłem w tył zaskoczony jego wybuchem złości. Jared był z reguły spokojnym i zawsze opanowanym typem człowieka, nie dawał się ponosić emocjom, ponieważ zawsze wszystko na początku kalkulował. Chciałem się od niego tego nauczyć, ale z marnym skutkiem. Zapewne zawsze będę porywczy, nerwowy i zbyt agresywny.

— Nie chcę jej widzieć. — Jego głos w przeciwieństwie do czynów, był spokojny jak tafla jeziora.

Ręce mężczyzny drżały, gdy podszedł do starego telewizora i zaczął wciskać na nim przyciski.

Odchrząknął, zanim zaczął mówić.

— Udało mi się złapać w końcu zasięg lokalnej telewizji. — Całkowicie porzucił nasz poprzedni temat.

Ekran telewizora zaczął się powoli rozjaśniać, na początku pojawiły się przesuwające od góry do dołu poziome czarno–białe pasy, ale po naciśnięciu kilku przycisków ukazał się niewyraźny obraz, który bardzo powoli się wyostrzał, a głos przestawał szumieć.

Wpatrywałem się zaciekawiony w prostokątny przedmiot, sukcesywnie przyswajając, to co rozgrywało się przed moimi oczami.

Przełknąłem ślinę, gdy obraz przestał drgać i mogłem dokładnie przyjrzeć się postaci przedstawionej na ekranie.

Pomimo dobrej jakości obrazu ciężko mi było od razu stwierdzić, kto jest ukazywany właśnie w telewizji. Wbrew głębokich nadziei, że może jednak się mylę, nie mogłem zaprzeczyć prawdzie.

Spojrzałem na Jareda, który pobladły wspierał rękami o stół i nie spoglądał na ekran.

Doskonale wiedziałem, co czuł, bo chciałem uczynić to samo.

Na placu przed Białym Domem znajdował się wysoki, betonowy słup. Do niego przywiązana z rękami w górze, była postać, cała w zaschniętej, ale też w świeżej krwi. Ubrania były potargane, włosy brudne i skołtunione. Ciało dziewczyny znajdowało się na ziemi w pozycji półleżącej, a jej głowa zwisała bezwiednie w dół. Nad nią widniała tabliczka z napisem: "Nie ważne kim jesteś, ważne, że zdradziłeś."

Chciałem rzucić tym przeklętym telewizorem o ścianę, tak jak Jared zrobił to przedtem z narzędziem.

— Musisz się przełamać i porozmawiać z Marią, bo tak właśnie kończą twoje córki. — Wyszeptałem, spoglądając na skulone ciało ojca rozpaczającego nad niedolą swoich dzieci.  

Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com