Chào các bạn! Truyen4U chính thức đã quay trở lại rồi đây!^^. Mong các bạn tiếp tục ủng hộ truy cập tên miền Truyen4U.Com này nhé! Mãi yêu... ♥

9

      Dym, który zajął już prawie całe pomieszczenie, był dławiący i powodował łzawienie moich oczu. Nie byłam w stanie przez to racjonalnie myśleć. Widziałam, jak obecne strażniczki otaczały moją matkę. Byłam zdezorientowana – miejsce to było raczej ściśle tajne i jedyne osoby, które wiedziały o jego istnieniu, znajdowały się w podziemiach kilkadziesiąt mil stąd.

Wtedy też zaświecił we mnie promyk nadziei. Być może był to Dylan. Strach i dezorientacja zaczęła się mieszać z nadzieją i szczęściem.

Strażniczki zaczęły wykrzykiwać komendy i ślepo strzelać w gęsty dym.

Wtedy też nastąpił kontratak. Z dymu zaczęły wystrzeliwać pociski. Momentalnie rzuciłam się na podłogę, próbując ukryć się za ladą, przy której wcześniej siedziała moja matka. W momencie, gdy to uczyniłam, na podłogę obok mnie padła jedna ze strażniczek. Kula trafiła w sam środek jej czoła i przeszła na wylot. Pod jej głową zaczęła tworzyć się kałuża gęstej krwi. Patrzyła prosto na mnie szeroko rozwartymi oczyma, które wydawały się obrazować zaskoczenie. Może strach. Nie potrafiłam oderwać od niej wzroku, czułam się jak zahipnotyzowana, serce waliło mi niemiłosiernie szybko. To nie był pierwszy raz, gdy oglądałam śmierć człowieka i to tak z bliskiej odległości, ale do tego nigdy nie można było nawyknąć i uznać za porządek świata codziennego. Choć w gruncie rzeczy właśnie tak było. Śmierć, egzekucje i zabijanie siebie nawzajem, było chlebem powszednim. Właśnie w takim świecie żyłam od samego początku. Nie znałam innego życia, ale nadal czułam wewnętrzną tęsknotę za dawnym światem, o którym w gruncie rzeczy nie wiedziałam aż tak dużo.

W końcu udało mi się oderwać wzrok od pustych oczu strażniczki i zdobyć się na to, by sięgnąć po jej broń. Wybrałam zwykły mały pistolet, ponieważ karabin, na którym zresztą zaciskała dłoń, był nieporęczny, szczególnie, gdy znajdowałam się w skulonej pozycji, ukryta za ladą.

Zastanawiałam się nad opcją, aby zmienić położenie i oddalić się od matki oraz dwóch pozostałych strażniczek. Niestety nie potrafiłam tego zrealizować ze względu na wyłaniające się z dymu pociski, które mogłyby mnie dosięgnąć.

Pozostałe dwie strażniczki upadły w tym samym czasie, na szczęście już nie w moim pobliżu, myślę że byłoby to już za dużo jak dla mnie.

Nagle strzały ucichły, moja matka stała nadzwyczaj spokojnie wśród obłoków dymu. Tylko jej oczy świdrowały otoczenie i wyrażały jej prawdziwe uczucia, czyli panikę – została sama, otoczona wrogami, których nawet nie mogła zobaczyć. Patrząc tak na nią pomyślałam, że w końcu poczuje się jak ci wszyscy, których prześladowała.

Niespodziewanie szybko podeszła do mnie i szarpnęła mnie za rękę podnosząc do pionu. Zaskoczona jej ruchem upuściłam pistolet, po który wyciągnęła dłoń szybciej, niż ja zdążyłam się zorientować, co w ogóle się wydarzyło.

Przyciągnęła mnie plecami do siebie, a na mojej skroni poczułam chłodną lufę pistoletu. Znajdowałam się w sytuacji, której ani trochę się nie spodziewałam. Nie przypuszczałam, że była w stanie sama, bez żadnych pośredników, przystawić mi broń do głowy. Pomimo tych wszystkich sytuacji, nadal miałam nadzieję, że jeśli stanie ze mną twarzą w twarz, wewnętrzna siła, która potocznie zwie się instynktem macierzyńskim, jednak przemówi i nie będzie w stanie wyrządzić mi krzywdy. Ale wszystko wskazywało na to, że Christina Bencard nie posiadała owego instynktu, a jedynym, co miała na uwadze, było Państwo i czubek własnego nosa.

— Rzućcie broń! Albo ją zastrzelę! — wykrzyczała w ich kierunku Christina.

Przybysze nie poczynili żadnego kroku w tym kierunku. Nadal trzymali broń skierowaną w naszym kierunku. Nie wiedziałam, co zamierzali, ale na pewno musieli mieć jakiś plan. Prawda?

W jednej z postaci rozpoznałam Dayo. Stał najbardziej wysunięty w przód.

Nikt się nie ruszał. Czekali w bezruchu. Tylko na co? Możliwe, że znaleźli się w sytuacji, która ich zaskoczyła w równym stopniu, co moją matkę. Prawdopodobnie tak właśnie było, bo kto mógłby choć przez chwilę pomyśleć, że matka będzie mi grozić śmiercią?

— Słyszeliście? Chyba właśnie po nią tu przyszliście. — Przyciągnęła mnie mocniej do siebie, wciskając lufę w moją skroń.

Mogłam wyczuć bicie jej serca na plecach. Było szybkie i nerwowe, całkiem odwrotne, niż jej postawa. Widać było, że całkowicie opanowała sztukę maskowania uczuć.

Ja natomiast ciągle przyglądałam się postaciom przede mną. Było ich troje, już wiedziałam, że najwyższy z nich to Dayo. Za nim najprawdopodobniej stała Kaya – wyraźnie można było zauważyć kobiecą sylwetkę i długi blond warkocz. Obok niej najprawdopodobniej znajdował się Seth, ale nie miałam do końca pewności. Nie było z nimi Dylana. Nie przyszedł. Nie obchodzi go już moja osoba. Teraz pewnie uwalniają mnie, aby się upewnić, czy powiedziałam coś mojej matce. Albo mieli też inny powód, który nie wiązał się z sympatią do mojej osoby.

— Czyli chcecie, żeby cała wasza robota poszła na marne? — odezwała się ponownie.

Znów odpowiedziała jej cisza. Trzy postacie stały jak posągi. Nie wiedziałam, co miało to na celu. Ja nie zamierzałam jednak stać bezczynnie, ta sytuacja nie była w żaden sposób komfortowa. Musiałam szybko wpaść na jakiś pomysł. Tylko szkoda, że w przeciwieństwie do sterczących przede mną słupów soli, ja nie mogłam zrobić za dużo! Zmrużyłam oczy spoglądając na Dayo, by wyrazić moje poirytowanie tą sytuacją. Miałam broń przyłożoną do skroni i mogłam zaraz zginąć z ręki własnej matki, a oni nie robili nic. Zaczynałam myśleć, że nie mają żadnego planu, co było bardzo nietypowe, a nawet dziwne.

Postanowiłam zrobić jedyną rzecz, jaka wpadła mi do głowy. Uniosłam nogę i z całej siły nadepnęłam jej na stopę. Łokieć wbiłam w jej bok. Zawyła z bólu i zaskoczona poluzowała uścisk, więc miałam szansę, aby ją odepchnąć.

W tym samym czasie padł strzał. Spojrzałam na Dayo, który właśnie opuszczał broń. Potem przez ramię, gdzie znajdowała się przed chwilą Christina. Zszokowana patrzyłam na ciało, które z otwartymi szeroko oczami i pojawiającą się na piersi czerwoną plamą upada na ziemię. Byłam tak zaskoczona tym widokiem, że nie potrafiłam ruszyć się z miejsca. Patrzyłam, jak najpotężniejsza kobieta w tym kraju, a zarazem moja matka, umiera i to jako ktoś, o kogo los nie martwi się nikt. Gdzieś w podziemiach, z ręki osoby, której się brzydzi i nienawidzi.

Nie odrywałam wzroku od jej nienaturalnie ułożonego ciała, którego krew kontrastowała z białą podłoga laboratorium. Było dla mnie dziwne, że i ona mogła zniknąć z tego świata jak każdy zwykły człowiek.

Nie mogłam się ruszyć nawet wtedy, gdy w moich uszach rozbrzmiał dźwięk syreny alarmowej.

Ktoś pociągnął mnie za ramię, abym się ruszyła.

— No dalej Melanie, musimy wiać!

Do moich uszu dobiegł głos Setha.

Otrząsnęłam się z transu. Spojrzałam w ich stronę – nie mieli już na sobie masek. Wszyscy nerwowo czekali, aż w końcu coś zrobię.

Seth wręczył mi pistolet, podobny do tego, który miałam wcześniej i pociągnął w przód, aby zachęcić mnie w końcu do ucieczki.

Kiedy byłam już w połowie pomieszczenia, zauważyłam na stojaku pojemniki, prawdopodobnie z substancją, którą mi podali. Podbiegłam do niego i chwyciłam na ślepo trzy probówki.

Usłyszałam krzyk Dayo, który nakazywał mi się pospieszyć. Cała nasza trójka wbiegła na ten sam korytarz, który odkryliśmy z Dylanem. Bieg był długi i naprawdę szybki. Po wydostaniu się z budynku czekał na nas samochód, za którego kierownicą siedział Jared. Wszyscy z biegu zaczęli wskakiwać do samochodu, a kiedy byłam już blisko drzwi, poczułam ostry ból w łydce, który aż ściął mnie z nóg. Upadłam na ziemię całym swoim ciałem, zaskoczona nie zdążyłam chociażby wyciągnąć rąk. Dayo wysiadł z samochodu i podniósł mnie jednym zwinnym ruchem, by usadzić mnie na tyle wozu. Sam wpakował się zaraz za mną, ledwo zatrzaskując drzwi. Jared ruszył z impetem w przód.

Nie wiedziałam już, która to moja z kolei ucieczka w pościgu.

Oddychałam bardzo szybko. Z racji tego, iż z tyłu nie było żadnych siedzeń, siedziałam na podłodze, opierając się o bok samochodu. Obok mnie znajdował się Dayo i Kaya. Seth zajmował miejsce z przodu przy Jaredzie.

Wyciągnęłam nogę na tyle, na ile pozwalała mi przestrzeń.

Dostałam kulkę, w to samo miejsce, w które oberwałam uciekając z Dylanem na początku naszej znajomości.

— Kurwa, udało się! — krzyknął Seth.

— Jeszcze nie wyjechaliśmy z ich terenu, więc ja bym się tak nie cieszył — odpowiedział mu Jared. — Melanie? Wszystko gra? — Tym razem zwrócił się do niej.

— Tak, kulka mnie drasnęła, ale to nic poważnego.

— Daj, opatrzę ci to, bo zaraz zakrwawisz siebie i mnie przy okazji — mruknął Dayo, sięgając do jakiegoś schowka za sobą, z którego wyciągnął niewielkie pudełeczko.

Polał ranę płynem odkażającym i przytrzymał na niej kawałek gazy. Gdy ją zabrał, obrzucił materiał zdziwionym wzrokiem, który potem przeniósł na mnie. Jego mina była co najmniej dziwna – nie powiedział jednak nic.

Przyjrzałam się draśnięciu i dopiero wtedy zrozumiałam, o co mu chodziło. Rana wyglądała, jakby już zaczęła się zrastać. Pokręciłam tylko głową. Sama nie wiedziałam, o co chodziło, ale wydawało mi się, że mogło mieć to związek z serum, które spoczywało w mojej kieszeni.

Odkąd obudziłam się w tamtym pokoju, czułam że coś jest nie tak.

Dayo dokończył bandażowanie, choć wcale nie było to potrzebne.

Przez resztę drogi nie odezwał się do mnie nawet słowem. 

Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com