Chào các bạn! Truyen4U chính thức đã quay trở lại rồi đây!^^. Mong các bạn tiếp tục ủng hộ truy cập tên miền Truyen4U.Com này nhé! Mãi yêu... ♥

Rozdział 2

28.04.2018r.

Czujność

Zanim Loki skończył pracować nad dokumentami minęło kilka godzin. Thor zdążył w tym czasie przebrnąć przez pół pierwszego rozdziału książki, z której miał się nauczyć zachowywać poprawnie. Czuł się tak jakby mu w głowie wyło i szumiało, wrzeszczało, tupało i jeszcze dzwoniło licznymi dzwonami (rozmiarów wszelkich) - innymi słowy, niewiele właściwie zrozumiał z wszystkiego, co z bólem zdołał rozczytać.
Właściwie tyle tylko, że dobrze urodzony chłopiec, młodzieniec, mężczyzna (itp.) powinien zachowywać się w szczególny sposób. Dla dam być uprzejmy, o rodzinę się troszczyć, obowiązków pilnować jeśli zostają mu takie przydzielone… takie powierzchowne rzeczy, żałośnie, beznadziejnie wręcz oczywiste, o których wszyscy wiedzieli i które w swojej własnej opinii robił dobrze. Nawet bardzo dobrze.
Wszak zabawiał dziewczęta i damy opowieściami, chętnie je chronił, pomagał jeśli o to prosiły nawet gdy trzeba było kwiatków narwać, drwa narąbać, dziecko chwilę zabawić (aby matka jego mogła chłopa swego z jakiejś speluny wyciągnąć, obficie przy tym krzycząc na niego tak, że wokół wszyscy głuchli i rozdając gdzie popadnie ciosy łokciami czy rękoma, a w ostateczności kopniaki); o Lokiego zawsze bardzo dbał i wszystko by dał, aby zapewnić mu bezpieczeństwo(!) - gdyby mógł ubrałby mu własną zbroję dla ochrony, straż wokół ustawił nie mającą żadnych przerw, a bycie dla niego niemiłym obciążył karami. Cielesnymi, aby wszyscy szybko się nauczyli zachowywać jak trzeba; Dodatkowo jeszcze, jakby wszystkiego wcześniejszego mało było, nikt nie dorównywał mu w pilnowaniu i wykonywaniu obowiązków! Jeśli ojciec chciał, aby coś zostało zrobione, robił to posłusznie. Tak samo jeśli matka sobie czegoś życzyła, a była cudowną kobietą, która miewała w pełni uzasadnione w każdej sytuacji życzenia, wymagania i zwyczaje... Co sprowadzało się do tego, że jak coś zaplanowała, czegoś zapragnęła, albo potrzebowała żeby komuś włosy rozczochrać, o warzywach przy obiedzie pomarudzić lub strój niechlujny skrytykować to zawsze było jak chciała, choćby i cały wszechświat miał inne plany.
- Wasza Wysokość? - odezwał się powoli, patrząc jak Loki przeciąga się po wstaniu od biurka. Gdy się wyginał i pochylał nieprzyjemnie trzeszczały mu kości. Najwyraźniej nie był to pierwszy raz, gdy spędził mnóstwo czasu sztywno i niewygodnie, wypełniając obowiązki króla. Nigdy wcześniej nic tak bowiem nie brzmiało kiedy Loki się przeciągał albo rozciągał, albo cokolwiek. Thor bywał przy nim zawsze często (częstooo!) i wiedziałby o tym. Usłyszałby.
Słuch miał wszak doskonały.
- Tak?
- Mógłbyś... Rozwinąć to co tu pisze? - zaryzykował. - Nie bardzo widzę... Nie bardzo widzę jakieś luki w swoim postępowaniu jak to czytam. Wydaje mi się raczej, że robiłem wszystko jak trzeba i...
Brunet westchnął, ale najwyraźniej (zbyt znużony dokumentami) nie miał już ochoty na inne utrudnienia w swym żyziu, podszedł i nachylił się nad księgą.
- Nadal fatalnie idzie ci czytanie - powiedział, zerkając na numer strony, który nie był numerem odleglejszym niż czterdziesty. - Ale wprawisz się w tym szybko w najbliższym czasie. Co do twoich zachowań... - Thor wiedział, że Loki potrafi być perfekcjonistą. Nie raz już musiał uciekać z jego komnaty po tym jak tylko dotknął czegoś i o mniej niż milimetr przesunął w jedną czy drugą stronę. Nie sądził jednak, że brat może mu wypomnieć nieodpowiednie zachowanie z przyjęcia sprzed... Na najbardziej skąpą ze skąpych zbroi Sif, ponad pięciuset lat!
- Byłem dosyć młody, Wasza Wysokość - zauważył niespokojnie.
- Ale teraz już nie jesteś dzieckiem i musisz wiedzieć, że tak nie należy - uciął brunet. Potem dokończył swoje zadanie, wytykając mu inne, czasem znów tak bardzo przedawnione, uczynki.
Gdy powiedział, że mogą iść na obiad, Thor był naprawdę szczęśliwy...
Miał już dosyć.
Dosyć nauki.
Dosyć ciężkiej księgi zapisanej maleńkim drukiem.
Dosyć błędów, których nikt tak naprawdę nie zauważa, ale nie wolno ich popełniać.
Dosyć ojcowskiego gabinetu, gdzie ze wszystkich zakamarków niemal patrzyły na niego uporządkowane dokumenty. W głębi duszy czuł się przerażony na myśl o tym, że pewnego dnia być może odzyska tron i to on, a nie Loki, będzie musiał ogarniać te papiery, papierki, papieruszki... Cały ten syf.
A poza tymi wszystkimi dosyć - był już głodny.
Naprawdę głodny.
Od ostatniego posiłku minęło zdecydowanie za wiele czasu, a zachęcony nim żołądek z nadzieją oczekiwał kolejnej porcji ciepłego, wyposażonego w te wszystkie ważne składniki, o których Loki, kucharki i kucharze oraz matka wiedzieli mnóstwo, a Thor nic, jedzenia.
- Prawdopodobnie wszyscy będą bardzo ukontentowani tym, że moja osoba nie pojawiła się na śniadaniu - stwierdził brunet, krzywiąc się niechętnie i odrzucając lekkim ruchem materiał zielonego płaszcza, który przytrzymywał ręką od chwili nachylenia się nad księgą. W akompaniamencie szelestu opadającego do zwyczajowego położenia materiału, wyszedł z gabinetu. Thor pognał za nim jak pies, niespecjalnie zmartwiony jednakże tym, że w taki właśnie sposób przyszło mu się zachowywać.
Dla braciszka wszystko by oddał, a nawet i więcej, byle tylko zapewnić mu ochronę, a być może nawet pewnego dnia uśmiech jakims cudem wywołać na ślicznej twarzy, tak bardzo zmęczonej, tak bardzo bladej, tak bardzo niezasłużenie, a przy tym wyraźnie postarzonej przez powagę i stałą czujność, narzucone z nową rolą przed kilkoma laty.
- Uważaj co i do kogo będziesz mówił - ostrzegł go brunet, kiedy nareszcie ich krok prawie się zrównał w jednym z rozległych korytarzy.
Obiad tego dnia był bardziej wyjątkowy niż ktokolwiek się mógł tego spodziewać.
Przy stole zasiadła Frigg we własnej osobie, co nie często jej się zdarzało od zaśnięcia Odyna. Odziana w granatową suknię prezentowała się przecudnie. Włosy zaplotła w miękki złoty warkocz, który upięła następnie złotymi ozdobami otrzymanymi z jakiejś  okazji od ukochanego męża. Uśmiechała się nieznacznie, co odmładzało jej zmęczoną twarz.
Wyglądała tak pięknie i jednocześnie boleśnie.
Thor nie wiedział jak patrzeć na te cienie pod jej oczami, na wyraźnie chudszą i kruchszą bardziej postać, na jakiś cień żalu i smutku w głębi oczu.
Powinna odpocząć i samemu trochę się przespać zamiast przychodzić na posiłek do wielkiej sali w takim stanie... Ale jednak w jej obecności  nikt nie ośmielił się nawet kątem oka spojrzeć ku Lokiemu, co pozwoliło brunetowi czuć się spokojniej niż zazwyczaj.
-

Matko, pozwól, że dziś będziemy czuwać nad ojcem, a ty wypoczniesz - Thor patrzył na te chude jasne dłonie obejmujące delikatnie jej drżącą rękę.
- Loki - zaczęła, ale uciszył ją tym synowskim uśmiechem, który zawsze sprawiał jej radość i dodawał otuchy.
Thor chciałby móc siedzieć obok i też trzymać jej rękę, mocno. Unieść ją, przytulić do twarzy, do piersi... Patrzeć w jasne oczy i też się uśmiechnąć, i też powiedzieć jej setki kochanych, ciepłych rzeczy, które mogłyby pomóc przynajmniej zebrać otuchę.
Ale nie mógł.
To nie pasowało do zachowania niewolnika, którym był. Gdyby podszedł sam, szybko, impulsywnie byłoby to niezgodne z zasadami i Loki musiałby go ukarać. A udzielanie ku zgody w słowach czy geście z pewnością zwróciłoby na bruneta zbyt wielką uwagę. A co za tym idzie, na jego samego, Thora, siedzącego przy stole i nie potrafiącego nie cieszyć się z drugiego już posiłku, także.
- Matko - powtórzył Loki miękko. - To mój ojciec. Będę nad nim czuwał, a ty wypocznij. Na pewno Odyn nie będzie szczęśliwy jeśli obudzi się i zastanie cię wykończoną. Wiesz przecież jak bardzo zależy mu na tobie i twoim zdrowiu.
Frigg westchnęła.
- Dobrze - zgodziła się w końcu. - Ale jutrzejszego ranka przyjdę was zastąpić.
Była tak bardzo strapiona.
- Poradzimy sobie, prawda?
Thor zamrugał, gdy zrozumiał, że to pytanie bezpośrednio do niego. Przełknął pospiesznie kęs pieczywa z ziarnami.
- Oczywiście, Wasza Wysokość - zapewnił, uśmiechając się najpiękniej jak potrafił gdy ktoś wolał go tak z zaskoczenia.
Loki wyglądał na rozbawionego, ale jednocześnie zadowolonego.

Krypta, w której Odyn spał nie wyglądała bardzo zachęcająco. Loki wyglądał bardzo nieswojo, gdy już się w niej znaleźli. Thor na początku tego nie zauważył. Podszedł do ojca i usiadł na zimnym kamieniu, nie śmiejąc zająć matczynego miejsca. Patrzył długo na spokojne oblicze pogrążone we śnie. Na zamknięte oczy, potargane siwe włosy... Wiedział, że odziedziczył po rodzicu prawie całą swoją uwagę, a jednak nie widział tego podobieństwa gdy wyciągał dłoń, aby dotknąć złotej powłoki, pod którą spoczywało ciało najsilniejszego z bogów. A przynajmniej tak wierzył od kiedy był małym chłopcem...
Gdy on chłonął widok twarzy Wszechojca, którego nie miał okazji ujrzeć już od lat, Loki był gdzieś z tyłu. Poruszał się cicho w cieniu, przesuwając palcami po lodowatych kamieniach ścian i myśląc. A kiedy Loki myślał te jego myśli były jak wielkie ptaki, których lot był szybki i daleki. I nawet najbieglejsze z najbardziej biegłych umysłów wszelkich swiatów nie mogłyby tych ptaków doścignąć ani pochwycić. Ani nawet odgadnąć dokąd sięgają.
- Los jest okrutny - odezwał się niespodziewanie cichym, smutnym głosem, który echem odbił się od ścian. - Bardzo okrutny...
- Co działo się tutaj gdy mnie nie było, Wasza Wysokość? - zapytał, wyrywając się z odrętwienia, w którym tkwił najwyraźniej dosyć długo, bo zdrętwiały mu solidnie ręce i sztywno wyprostowane plecy.
- Powiedziałem ci.
- Niewiele - ośmielił się zauważyć.
- Powiem ci - zgodził się niechętnie młodszy. - Ale nie odwrócisz się i nie spojrzysz na mnie ani razu.
Znał tę "grę".
"Grali" w nią przecież setki razy gdy byli małymi chłopcami.
"Opowiedz mi" - zabrzmiał mu w uszach głos jego samego z przed wielu lat.
"Opowiem, ale nie wolno ci na mnie patrzeć!" - odpowiedziało echo głosu braciszka. Później on naprawdę mówił. Długo. Czasem w trakcie opowiadania zaczynał płakać gdy ponosiły go emocje albo rozwalał coś. Niechcący. Jemu nigdy nie wolno było się odwracać, bo wtedy młodszy przerywał i uciekał. Czasem jednak się zagadywał. Wtedy mówił inaczej, tracił poczucie rzeczywistości... I Thor miał okazję wykazać się jako starszy brat. Na krótko, ale jednak.
- Nie odwrócę się, Wasza Wysokość. - Obiecał cicho.
- Zanim odszedłeś byłem bezpieczny... Poniekąd. Zdarzało się, że ktoś rzucał się nagle na mnie z ciemności i próbował poderżnąć mi gardło, ale tylko czasami - w Thorze zawrzał gniew, ale nie poruszył się z miejsca, zaciskając tylko mocno ręce w pięści. Jak ktokolwiek mógł próbować czegoś tak podłego na jego bracie? - Dla bezpieczeństwa zawsze było mnie przynajmniej trzech, ale nikt poza Heimdallem nie zauważył tego nigdy. Gdy ruszyłeś do Jotunheimu straciłem twoją ochronę. Wiedziałem to. Nawet jeśli niechęć do mnie była tak silna przede wszystkim przez moje magiczne umiejętności, myślałem, że mogę wciąż poradzić coś... Postarać się bardziej. Pokazać, że mogę moją magią leczyć i naprawiać tak jak matka. Ale gdy ojciec oddał mi koronę i zapadł w sen, moje szanse zostały pogrzebane. Wiesz, Thor... Nikt w tym królestwie nigdy nie chciał Lokiego, ojca potworów i siewcy chaosu, na Króla... - to było nie fair. Oczywiście, że byli tacy, którzy widzieli w Lokim władcę stokroć bardziej niż w nim, Thorze! Matka na przykład. Ona doskonale wiedziała, że Thor to materiał na wojownika, ale nie na kogoś zdolnego zrozumieć dokumenty, papiery i obyczaje. I on sam. On sam też doskonale to wiedział i wolałby być tylko cieniem u boku tronu. - Ataki zaczęły się nasilać.  Dla własnego dobra przestałem poruszać się korytarzami osobiście. Zacząłem posyłać swoje kopie, a potem przenosiłem się z miejsca, w którym byłem, bezpośrednio do mojego celu. Ale wtedy czułem się jak tchórz i nie mogłem tego znieść! Dlatego to nie trwało długo.
Głos Lokiego zamilkł, ale jego ciche kroki brzmiały w ciszy krypty gdzieś za plecami Thora. Chodził wzdłuż ściany.
Jasną dłonią głaskał jej chropowatą powierzchnię.
Gdyby ktoś mógł mu się przyjrzeć, zobaczyłby zamknięte oczy i słone krople ściekające po bladych policzkach.
Jego oddech był niespokojny.
- Dni były takie same. Zlewają mi się w pamięci, mam wrażenie, że wszystkie były takie same. Szare, puste i przepełnione czujnością podczas wykonywania wszystkich czynności, bo najbardziej zależało mi na zachowaniu życia i utrzymaniu królestwa w dobrym stanie do powrotu ojca. Może gdybym temu podołał, on zabrałby to brzemię z powrotem z moich ramion i powiedział coś do słuchu tym wszystkim ludziom - zamilkł. Jego oddech stał się jeszcze mniej spokojny.
Thor wiedział, że Loki płacze. A Loki czuł, że starszy go przejrzał.
Ale "grali" dalej.
I Loki przerwał mówienie na pewien czas, ale wciąż chodził, wciąż oddychał niespokojnie, wciąż płakał.
A blondyn siedział na kamieniu i nie śmiał się odwrócić chociaż marzył o tym, aby zrobić to i dopaść brata, chwycić w ramiona... Słuchał tylko tych cichych kroków i szmeru oddechu.
- Czy ktoś... Ktoś cię skrzywdził, Wasza Wysokość? - odważył się w końcu zadać to pytanie. - Gdy mnie nie było.
Zatrzymał się.
Gdzieś tam z tyłu Loki przestał chodzić wzdłuż ściany. I oddychać też.
- Nie - odpowiedział w końcu. - Próbowali. Kilka razy. Jeden nawet dotknął mnie, próbował gwałtowniej i śmielej niż pozostali... To miała być kara za to, że "jestem zdrajcą" i "podstępem cię zabiłem" - głos mu zadrżał, a Thor czuł jak coś wewnątrz niego przekręca się i ściska. Jak coś zaczyna go palić od środka. Kilka błękitnych wyładowań prześlizgnęło się wzdłuż jego rąk, czego nie zauważył wbijając bolesny, pełen winy, wzrok w mrok osnuwający sklepienie krypty. - Moje ręce są całe we krwi, Thor. Całe. Od koniuszków palców po łokcie... a nawet bardziej. Jestem mordercą.
Coś w nim pękło.
- Broniłeś się - powiedział, zaciskając ręce tak bardzo, że zbielały mu knykcie, gdy poczuł palące bolesne ukłucie. Znów ta gorąca jak ogień igła z poprzedniego dnia. - Broniłeś się tylko przed nimi - dodał, zaciskając powieki. - W-wasza wysokość - wydyszał ciężko.
Ból zniknął.
Tym razem Loki nie uciekł. Ale już więcej się nie poruszył.
Aż do przyjścia matki stał w jednym miejscu pod ścianą, ze zwieszoną głową i zaciśniętymi powiekami. Frigg powitał z troską, maską uśmiechu i ciepłym blaskiem w oczach.
Jeśli był głodny lub zmęczony to nie dał tego po sobie poznać. Zawsze taki był. Robił tak nawet gdy był małym chłopcem.
Potrafił obić się, odrapać lub zrobić sobie krzywdę i usiąść do stołu z uśmiechem, choćby pół piersi miał zabandażowane grubymi kawałami białego płótna, albo do szklanki wody otrzymał kilkanaście leczniczych  tabletek z ziół o paskudnym smaku.
- Przyjdę na kolację - obiecała matka, patrząc na nich obu z czułością. Przez chwilę trzymała ich dłonie i z czułością patrzyła w oczy. A potem zasiadła przy Odynie. I koniec. Zamarła jak rzeźba z marmuru lub złota.
- Chodź - powiedział Loki, chwytając go za rękę i odciągając. - Czas zostawić ich samych.

Był ranek trzeciego dnia od kiedy Thor wrócił do Asgardu. Udali się na śniadanie i zjedli je w głębokiej ciszy jadalni, siedząc przy stole z ludźmi patrzącymi nieufnie i podejrzliwie.
Później brunet nie pracował w gabinecie ojca jak poprzedniego dnia. Zamiast tego opuścili pałac.
- Dokąd idziemy, Wasza Wysokość? - zapytał skonsternowany.
- Do Heimdalla.
- Po co, Wasza Wysokość?
- Musimy z nim porozmawiać. Jest oczami tego królestwa i pilnuje bifrostu. Jeśli ktoś może nas ostrzec przed wizytą kolejnego lub tego samego Jotuna, który cię tu przywlókł  to tylko on.
Więcej się nie odezwali.
Gdy szli do mostu, niektórzy Asowie oglądali się na nich. Byli tacy, których oczy wypełniały radość i nadzieja na widok Thora. I tacy, którzy tylko łypali złowrogo i podejrzliwie.
Heimdalla nikt nie musiał uprzedzać o wizycie.
Czekał już przy sali na końcu bifrostu.
Rozmowa z nim była dużo bardziej krępująca niż rozmowa z matką czy cioteczką, ale otrzymali kilka rad. Pożytecznych w maskaradzie, którą mieli za zadanie ciągnąć.
- Wasza Wysokość - strażnik spojrzał na Lokiego swoimi lśniącymi oczami. - Chciałbym pomówić z twoim bratem.
Brunet westchnął.
- Spodziewałem się tego - oznajmił poważnie, odgarniając z czoła zabłąkane ciemne pasma włosów. - Będę czekał w połowie mostu - dodał poważnie.
Zostali więc sami w pomieszczeniu, z którego Heimdall miał oko na wszystko, co tylko należało mieć pod pewną kontrolą.
- Wielokrotnie przydałbyś się tutaj w ciągu ostatnich lat - oznajmił mężczyzna, patrząc w kosmiczną przestrzeń.
- Mówił mi.
- Pytanie czy wszystko - westchnął starszy. - Z nim nigdy nie wiadomo, czy cała prawda jest całą prawda, czy tylko jej ćwiercią. Czyż nie tak?
Westchnął ciężko.
Strażnik miał rację.
- Nie mów mi nawet jeśli wiem za mało - poprosił, mnąc palcami rękaw koszuli. - Przejdź po prostu do tego, co chciałeś mi wyjawić.
- Przychodził tu wielokrotnie i pytał mnie, czy mogę cię zobaczyć. Próbował zrobić to używając magii. Zużył wiele sił. Posunął się także do przelewania krwi.
- Przelewania krwi? - powtórzył cicho. - Dla mnie?
- Weź się w garść i zajmij bratem - rzucił Heimdall, przymykając powieki. - W ciągu tych lat zrobił tu wiele dobrego nawet jeśli za każdym razem odpłacano mu ciosem, a nie wdzięcznością.
- Dlaczego mu to robią? - zapytał. - Jest wyjątkowy, nigdy nie zrobiłby nic złego.
- Jest Królem Kłamstwa, Thor - przypomniał mu Heimdall. - I ma niebywałą magiczną moc. Nie rozumieją tego, nienawidzą tego, zazdroszczą, lękają się... Bez ciebie nie było tu żadnego dostatecznie bezpiecznego miejsca dla Lokiego,  Thor.
- A co z matką?
- Loki nie chce wciągać jej w konflikt - wyjaśnił Heimdall. - Weź się w garść - powtórzył. - I zaopiekuj nim.
- Zrobię to - powiedział, a potem spojrzał jeszcze raz w twarz mężczyzny. - Muszę iść do niego.
Brunet stał na środku mostu, wpatrując się w przestrzeń rozciągającą się przed nim. Bezmiar kosmosu. Miliony lśniących gwiazd wśród mroku.
Podszedł i młodszy ruszył niespodziewanie przodem.
W ciszy wrócili do pałacu w sam raz na obiad, tak samo cichy i przepełniony milczeniem jak śniadanie.
Thor trzaskał na początku sztućcami jak tylko mógł nieokrzesany dzikus, któremu je nagle dano, ale nieprzyjemnie palące kłucie w boku sprowadziło go do porządku.
Nie wiedział co będą robić przed kolacją, ale nie miałby nic przeciwko przespaniu się.
Kilku minut bodaj.

Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com