Rozdział 4
31.10.2018r.
- Jak się czujesz, Wasza Wysokość? - zapytał ostrożnie, odgarniając miękkie, ciemne włosy z bladej twarzy. - Przespałeś ponad dwa dni - dodał, jednocześnie chcąc, aby brat go zauważył i pragnąc uniknąć zostania zlokalizowanym przez zmęczone, szmaragdowe spojrzenie.
Nie dlatego, że bał się kary za swoje zachowanie, opuszczanie komnat, aby przynieść posiłek i rozmowę z Heimdallem, który na szczęście napatoczył się sam niemal pod samą komnatę.
Chodziło o to, że był wściekły. Czuł się wściekły. Gniew jakby krążył pod jego skórą wraz z krwią.
Dwa długie dni. Ponad czterdzieści godzin. Odstąpił od boku brata tylko kilka razy, a jednak zdążył usłyszeć tyle złych rzeczy na jego temat... Najchętniej zrobiłby coś, aby oni wszyscy w Asgardzie się odwalili!
Ale nie mógł.
To było chyba najgorsze.
Bo co miałby uczynić?
Miał związane ręce. W przenośni i dosłownie. Gdyby zwrócił na siebie za dużo uwagi, brata mogłoby spotkać coś złego.
Nie sądził, że kiedykolwiek będzie się bał o jego dobro w Asgardzie.
- Muszę wziąć się do pracy - westchnął ciężko, zaczynając się podnosić.
- A co... Co z tym listem? - wyrzucił z siebie.
- W tej chwili nie mogę ryzykować kłopotów z Jotunheimem - powiedział, zaciskając blade ręce tak mocno, że zaczęły drżeć. - Będę musiał się pojawić.
- Ale co wtedy, Wasza Wysokość?
Nie chciał go nigdzie wypuszczać, a już na pewno nie do Jotunheimu.
Były wśród dziewięciu światów setki rzeczy złych i gorszych, ale... Ale jego braciszek samotny przeciwko mogącym zrobić mu krzywdę, wyszkolonym w magii, wszak była jedną z ich bitewnych dziedzin, olbrzymom? Miał się na to zgodzić? Miał go puścić?
I co dalej?
Czekać grzecznie, bojąc się, że nie wróci żywy?
Absolutnie nie!
- W-wasza wysokość, ja...
- Zostaniesz - oznajmił z miażdżącą powagą Loki. - Jeśli cię zabiorę i zrobi się niebezpieczenie będziemy mieć poważne kłopoty. To umowa z Jotunem zesłała cię na stanowisko niewolnika, pamiętasz? Jeśli w razie zagrożenia zrobić coś, czego nie możesz to będziemy ugotowani. Dosłownie!
Przełknął ciężko ślinę.
- A jeśli... Jeśli nastanie zagrożenie?
- Będę musiał zająć się nim sam - stwierdził cicho. - Tak.. jak umiem najlepiej.
Nie wyjaśnił.
Wstał wreszcie, obejrzał bałagan panujący wokół, a później poszedł do łazienki, zamykając ją za sobą. Thor długo stał, czekając aż stamtąd wyjdzie. Słyszał tylko cichy szum wody, a później dodatkowo jej pluskanie. Ale nic ponadto, zatem poza oszczędnymi odgłosami kąpieli w komnatach panowała martwa, niepokojąca cisza.
Gdy już wszedł do wanny, odetchnął cicho, zanurzając się niemal całkowicie w przyjemnie ciepłej wodzie. Wiele minut leżał w bezruchu, próbując ułożyć sobie w głowie cały ten chaos.
Dlaczego w takim momencie?
Istniały tysiące wydarzeń, podczas których Laufey mógł dopomnieć się go jako syna. Jotuni wcale nie rzadziej niż mieszkańcy Asgardu wyprawiali uczty i wielkie święta. Dlaczego więc teraz?
Czy to mogło być związane z magią? Nie... Absurd! Wiedziałby, gdyby istniała jakaś zależność między magią, porami roku w Jotunheimie i ewentualnym pokrewieństwem pomiędzy uczestnikami uczt między sezonami. Przeczytał przecież niemal wszystkie księgi o magii w Asgardzie! Studiował ją nawet poza ich instrukcjami, wykradając sekrety zdolnym czarownikom i czarownicom w dziewięciu światach, gdy się akurat nudził... Nie rozumiał.
Chyba najbardziej w całej sytuacji, w której się znalazł, przerażało go to, że nie mógł jej pojąć. Coś się musiało czaić za wolą Laufeya, a jednak było to dla niego nieosiągalne!
Cholerny olbrzym.
Doskonale wiedział, że jest królem swych pobratymców wyróżniającym się pieprzonym nadmiarem sprytu.
A jeśli knuł przeciwko Asgardowi?
Zanurzył się całkowicie na krótką chwilę, próbując znaleźć w sobie więcej kocentracji, a później z pluskiem wynurzył się gwałtownie, gdy zabrakło mu tchu.
Musiał zabezpieczyć Asgard zanim wyruszy do Jotunheimu!
Opuścił łazienkę ubrany w luźną granatową szatę, ozdobioną złotymi i zielonymi wstawkami, a później minął Thora i wyszedł z komnat tak szybko, że blondyn niemal go zgubił wśród labiryntu korytarzy.
Płaszcz Lokiego wyginał się i falował, niknąc mu ciągle z oczu na kolejnych zakrętach. Wreszcie mężczyzna zatrzymał się przed drzwiami, które z trudem zdołał rozpoznać.
- To... Komnaty Fandrala... Wasza wysokość? - zamrugał intensywnie.
- Zgadza się.
- Czy mógłbym wiedzieć...?
- Przygotowujemy Asgard. Zostało niewiele czasu do dnia wyznaczonego w liście.
Zapukał energicznie, nerwowo dosyć, w twarde, zdobione drewno. Dopiero po kilku minutach Fandral, potargany, zaspany i ubrany jedynie w bieliznę, otworzył, próbując skupić na nich osnuty resztkami snu wzrok.
- Wasza Wysokość?
- Wpuścisz nas?
Blondyn pospiesznie odstąpił, aby mogli wkroczyć do zabałaganionej komnaty i zamknął za nimi drzwi.
- Czy coś się stało, Loki? Mogę w czymś pomóc? - zapytał, wkraczając jednocześnie za drewniany parawan, aby przywdziać bardziej stosowny strój.
Thor poczuł się poważnie zagniewany tym, że mężczyzna nazwał jego brata tak po prostu po imieniu.
On sam nie mógł tego zrobić, a Fandral...! Skąd oni w ogóle znali się dosyć, aby o takich wczesnych porach nawiedzać swoje komnaty? Przecież wcześniej Fandral, jego przyjaciel wszak, tylko mimochodem czasem pytał o braciszka albo życzył mu uprzejmie dobrego dnia, gdy akurat Loki pojawiał się gdzieś niedaleko ich grupy, dźwigając kolejne książki.
Coś się stało po jego wpadnięciu w kłopoty?
Coś ich... Połączyło w jakiś sposób?
Brunet siedział na kanapie, czekając z rozpoczęciem wyjaśnień póki mężczyzna nie usiadł obok, wystrojony już jak należy, a nawet... Przyczesany?
- Za kilka dni będę musiał opuścić Asgard - zaczął brunet, opierając dłonie na kolanach. - Jeśli wszystko potoczy się dobrze, nie będzie to konieczne, ale nie mam zwyczaju ufać ludziom... Sam rozumiesz - Fandral kiwnął głową, bardzo wyrozumiale i subtelnie jak na niego. - Gdyby coś się stało, kiedy mnie nie będzie, zostawię Królestwo pod opieką Thora - natychmiast się wyprostował, posyłając zerkającemu w jego stronę przyjacielowi zwycięską minę. - Ale z pewnych przyczyn nie może otwarcie dowodzić. Będziecie z Heimeallem go słuchać. I zachowywać się jakbyście mieli wszystko pod kontrolą. Dobrze?
- Oczywiście, jeśli dzięki temu będziesz spokojniejszy - mężczyzna wyciągnął rękę, kładąc ją na smukłych, jasnych dłoniach i ściskając delikatnie. - Dopilnujemy każdej możliwej rzeczy.
Blondynem zatrzęsło ze złości. Jak przyjaciel mógł robić coś takiego?! Loki jako jego brat powinien być dla Fandrala nietykalny!
- Dziękuję - zielonooki westchnął cicho. - Będę dużo spokojniejszy, jeśli zostawię matce możliwie jak najmniej problemów. Nie powinna zamartwiać się całym Asgardem.
- Oczywiście.
Gdyby brunet nie podniósł się po chwili i nie ruszył do drzwi, Thor prawdopodobnie by nie wytrzymał. Wychodząc za młodszym, posłał podejrzliwe, nieufne spojrzenie gospodarzowi.
Niech no tylko skończy się jego niewola - porozmawiają sobie bardzo poważnie.
Loki udał się do Heimdalla. Długo stali na moście, rozmawiając poważnie, w niektórych chwilach najwyraźniej zatrzymując dialog na pograniczu kłótni. Znając ich obu - poglądowej. Jego braciszek był dużo mniej niż Strażnik pobłażliwy wobec niektórych rzeczy. Ah, Thorowi było szkoda, że Loki poprosił o poczekanie w pewnej większej odległości. Chętnie posłuchał by jego dźwięcznego, balansującego na granicy krzyku, głosu.
- Co dalej, Wasza Wysokość? - zapytał, rozglądając się na boki, gdy wracali przez miasto.
- Zjemy coś i wrócimy do obowiązków. Nim wyruszę miną jeszcze dwa dni. Zdążysz przyswoić kilka rozdziałów księgi.
Kilka?
Prawie się zatrzymał.
To oznaczało, dwa, trzy albo nawet więcej?
Przecież ten tom był koszmarnie nudny!
W dwa dni to on z pewnością nie przeczyta nawet pięciu kartek!
- Masz coś przeciwko? - zapytał ostrzegawczo brunet, posyłając mu podejrzliwe spojrzenie. Wrażenie przypalania, nagle drażniące jego łydkę, prawie doprowadziło do upadku. Twarzą w twarde podłoże.
Ah, już prawie zapomniał jakie to uczucie.
- Nie - zapewnił szybko. - Wasza wysokość - dodał.
Loki kiwnął głową, uśmiechając się! Ah, naprawdę, bardzo delikatnie, wyginając śliczne usta!
Chciałby widzieć go takim częściej.
Musiał wymyślić coś, aby być lepszym ochroniarzem.
Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com