#37
Jak zostałem dziełem sztuki
Byłem zwykłym nastolatkiem. Przysięgam. Miałem marzenia trochę wykraczające poza moje możliwości. Miałem przyjaciół, znajomych. Chodziłem do liceum na matfiza. Lubiłem matematykę, fizykę trochę mniej. Kochałem po szkole grać w piłkę z chłopakami. Uwielbiałem podrywać dziewczyny. A moje problemy? Miałem ich kilka, ale one nigdy nie były... Nie wiem, jak to powiedzieć. Bo wiecie, moje problemy dotyczyły bardzo przyziemnych rzeczy. Zastanawiałem się, co będzie na obiad. Czy podobam się jakiejś dziewczynie. Czy wygram kolejny mecz. Czy uda mi się przejść do następnej klasy. Nie wiedziałem jeszcze, kim jestem. Powoli odkryłem siebie, jak reszta moich znajomych. A moje kompleksy nie były wcale takie wielkie, jak mi się wydawało. Moje życie naprawdę było zwyczajne. Nie różniło się od reszty życia innych i to właśnie mi przeszkadzało. Zawsze chciałem czegoś więcej. Pragnąłem przeżyć swoje życie, inaczej niż reszta. Nie chciałem żyć, tak jak oni. Chciałem żyć po swojemu. Na własnych zasadach. Nie miałem jednak pojęcia jak to osiągnąć, więc powoli zaczynałem odstawać od reszty. Wybierałem zajęcia, które nie były lubiane. Na których prawie nie było ludzi. I tak trafiłem na rzeźbę, która była w naszej szkole dodatkowym przedmiotem. Uczniowie omijali ją jednak szerokim łukiem, a to przez faceta, który uczył tego przedmiotu. To on przyczynił się potem do mojego... Do mojej przemiany.
Pan Grabowski był specyficznym człowiekiem. Zawsze nosił swój brudny fartuch. Jeśli wychodził ze swojej ciasnej, małej sali, chodził w kapciach. Nigdy nie widziałem go w szkole w butach. Dopiero po szkole je ubierał. Pachniał fajkami i gliną rzeźbiarską. Miał zarost oraz łysą głowę... Wyglądał po prostu jak menel, co sprawiało, że większość uczniów uciekało na jego widok.
Kiedy przyszedłem na pierwsze zajęcia, spytałem się go o jego prace. Pokazał mi zdjęcie kopii warszawskiej syrenki, którą zrobił na zamówienie dla innego miasta. Była naprawdę niezwykła i realistyczna. Piersi, włosy, a nawet oczy – to wszystko poraziło mnie swoim naturalnym wyglądem. Pomyślałem, że też chcę nauczyć się robić takie rzeźby. Niedługo miałem poznać bliżej pana Andrzeja oraz sekret jego rzeźb. Jednak póki co dałem się mu omamić.
Zajęcia z rzeźby miałem w poniedziałki. Przychodziłem zawsze na pięć minut przed czasem. Rzeźbiarz otwierał mi drzwi punktualnie i wchodziłem szczerze podekscytowany do środka. Zgłębiałem jego nauki, choć czasami nawet nic nie mówił. Kilka razy dał mi glinę i kazał coś z niej zrobić. Mówił, że może dać mi dodatkową ocenę za to. Gdy ja rzeźbiłem, on wyciągał stare gazety i czytał. Zazwyczaj czytał tylko sekcje z kawałami, które prawdopodobnie znał już na pamięć, bo rzadko się przy nich śmiał. Czasami pozwalał mi patrzeć, jak rzeźbi. Kilka razy pokazywał mi zdjęcia swoich rzeźb. Raz czy dwa przeglądaliśmy Internet w poszukiwaniu rzeźb, które odzwierciedlałyby to, co czuję lub to, co bym chciał w przyszłości wyrzeźbić. Te zajęcia wcale nie były tak złe, jak malowała je reszta uczniów. Chodziłem na nie sam, bo reszta się bała albo nie miała czasu. Pan Andrzej to docenił. Po jakichś trzech miesiącach powiedział, że zabierze mnie do swojej pracowni za miastem. Trochę się przeraziłem, ale zgodziłem się. Wygrała ciekawość i ekscytacja. Chciałem zobaczyć którąś z jego prac na żywo. Wziąć ją do ręki. Dotknąć tych wszystkich detali, które mnie fascynowały.
W czasie następnych zajęć w poniedziałek poszliśmy do jego rozpadającego się samochodu. Nie martwiłem się o swój motocykl, który zostawiłem, bo pan Andrzej powiedział, że odwiezie mnie potem pod szkołę, gdybym tak chciał. Wsiadłem do jego samochodu. Bałem się, ale ciekawość była większa. Czułem też podekscytowanie. Interesowały mnie jego rzeźby na tyle, by zignorować nietypowe plotki o nim krążące po szkole, własny rozsądek czy też przerażenie. Racja, mógł okazać się pedofilem. Nie znałem go na tyle, by to wiedzieć. Ale lubiłem ryzyko, więc je podjąłem. Poza tym wziąłem ze sobą na wszelki wypadek nóż. Ostrożności nigdy za wiele. Raczej nic nie zapowiadało tego, co miało się później stać.
Zauważyłem, że po moim wejściu do jego warsztatu zamknął drzwi, ale zignorowałem to. Założyłem, że to nic takiego. Jedna z jego małych, nieszkodliwych dziwactw. Choć muszę przyznać, że w mojej głowie pojawiły się znane mi kryminały. Zlekceważyłem je. Potem wyjął wyrzeźbionego psa i przestałem się bać. Powiedział, że to jego ulubiona rzeźba. Pozwolił mi ją dotknąć. Zachwycałem się szczegółami, które mnie intrygowały. Zapytałem go, jak udaje mu się je odwzorować tak realnie. Spojrzał na mnie nieokreślonym wzrokiem.
– Chyba jesteś gotowy, chłopcze. Widzisz. Kiedyś umrę. Może jutro. Może za miesiąc. Potrzebuję naśladowcy. Kogoś, kto będzie kontynuował moje dzieło. Odłóż ten nóż, który ze sobą wziąłeś. Nie będzie ci potrzebny. I chodź za mną. Chcę pokazać ci to, nad czym teraz pracuję.
Nie miałem powodów do obaw. Przynajmniej tak myślałem. Odłożyłem nóż, bo faktycznie nie był mi potrzebny. Zdziwiłem się, że wiedział o tym, że go mam, ale nie skomentowałem tego.
Poszedłem za nim w głąb pracowni. Zaprowadził mnie do stołu, na którym leżało to, nad czym pracował. Było przykryte płachtą, więc nie widziałem, co tam było. Nie mogłem się doczekać, żeby to zobaczyć. Spojrzał na mnie pytającym wzrokiem, a ja skinąłem głową. Wydawało mi się, że byłem gotowy poznać jego tajemnice. Zdjął płachtę i nie ukrywam, przeraziłem się. Na stole leżała rozebrana dziewczyna. Chyba w moim wieku. Od pasa w dół jej ciało pokryte było zaprawą murarską. Jednak to, co mnie uderzyło, to fakt, że była martwa. Dopiero po chwili skojarzyłem twarz. Przypomniały mi się ogłoszenia o jej zaginięciu, które widziałem od jakiś kilku dni. Miała na imię Agnieszka.
– Wybacz. Jeszcze nie skończyłem – zakłopotał się nieco.
Nie odpowiedziałem, więc zaczął mi wyjaśniać.
– Teraz się boisz. Nie rozumiesz, ale wkrótce zrozumiesz. Długo zastanawiałem się, co zrobić, żeby moje rzeźby były doskonałe. Wiesz, kiedyś nie potrafiłem robić realistycznych rzeźb. Nic mi nie wychodziło. Wpadłem w jakiś parszywy nastrój z tego powodu. Nie potrafiłem odwzorować niczego i to mnie irytowało. Przyglądałem się ludziom, zwierzętom i roślinom. Próbowałem wyrzeźbić detale. Nie udało się. W przypływie wściekłości zabiłem swojego psa. I to naprawdę było niechcący. Nie chciałem jednak zakopywać jego ciała, więc zamieniłem go w rzeźbę. Przed chwilą ją oglądaliśmy. Piękna była, prawda? Wtedy odkryłem przepis na sukces. Na początku miałem opory przed wypróbowaniem tego sposobu na człowieku, ale bieda, która mnie dotknęła, sprawiła, że musiałem coś sprzedać. Poprzednie rzeźby się nie sprzedawały. Musiałem wypróbować... Musiałem kogoś zabić, bym mógł żyć. Testowałem kilka metod konserwacji ciała na zwierzętach. Nie chciałem, żeby rzeźba po jakimś czasie zaczęła gnić. Znalazłem i zaraz potem zacząłem szukać odpowiedniej kandydatki. Zawsze chciałem stworzyć kopię warszawskiej syrenki. Udało mi się. Dzięki niej zarobiłem, by kupić dom za miastem. Ludzie lubią moje rzeźby. Doceniają je. Ich pochwały sprawiają, że nie żałuję żadnego ze swoich morderstw. Każda z moich modelek wniosła coś do świata sztuki. Mogą być z siebie dumne. Mówię ci to, bo wierzę, że zrozumiesz. Że pójdziesz tą samą drogą, co ja. Że tak jak ja będziesz zabijał w imię sztuki. Widzisz. Ty jako jedyny z tej parszywej młodzieży masz w sobie to coś, co budzi we mnie moje dziecięce wspomnienia. Byłem do ciebie podobny w twoim wieku. Ja także odstawałem od reszty. Fascynowała mnie rzeźba. Jesteśmy tacy sami i widzę w tobie mojego następcę, co ty na to?
Zatkało mnie. Nigdy nie słyszałem tyłu słów z jego ust. Poza tym tajemnica, jaką mnie obarczył, przeraziła mnie. Tego było za wiele. Musiałem uciekać, jeśli chciałem przeżyć. Bo właśnie zamierzałem odrzucić jego ofertę. Po chwili jednak przypomniało mi się, że zamknął drzwi. Musiałem coś zrobić. Coś wymyślić, by się uratować. Postanowiłem grać na czas.
– Myślę, że to świetny pomysł, ale chciałbym zobaczyć na własne oczy, jak pan to robi. Proces konserwacji ciała wydaje się bardzo interesujący.
Moja odpowiedź bardzo go ucieszyła.
– Naturalnie, ale nie wszystko naraz. Teraz będziesz mógł dokończyć ze mną ją – wskazał na Agnieszkę. – Ma być leżąca. Ktoś chce leżącą rzeźbę nagiej dziewczyny, więc zróbmy ją.
Wpadłem na pewien pomysł.
– Dobrze, ale czy mógłbym poprosić o kawę?
– Jasne. Poczekaj tutaj, a ja za chwilę wrócę. Chciałbyś rozpuszczalną czy sypaną?
– Sypaną, poproszę.
Pan Andrzej poszedł do kuchni, a ja zacząłem się zastanawiać, co zrobić. Nie miałem za wielu możliwości, ale postanowiłem spróbować uciec. Grabowski okazał się być psychopatą. Musiałem stamtąd uciec. Gdybym dalej udawał, że interesuję się jego metodami, może puściłby mnie potem wolno. Ale ja postanowiłem działać. Nie chciałem zostawać z tym człowiekiem pod jednym dachem ani chwili dłużej. Przekląłem w myślach swoją sklerozę. Że też tego dnia zapomniałem wziąć telefonu z domu. Wszystko wydawało się skazywać mnie na porażkę, ale nie zniechęciłem się. Zamiast tego rozejrzałem się po pomieszczeniu, szukając jakiś narzędzi, które mogłyby mi pomóc. Miałem trochę czasu, co postanowiłem wykorzystać. Udało mi się znaleźć nóż rzeźbiarski. Był mniejszy niż nóż, który ze sobą przyniosłem, ale był ostry. Tyle mi wystarczało, a przynajmniej taką miałem nadzieję. Postanowiłem schować się za drzwiami do tego cholernego miejsca i poczekać na rzeźbiarza. Nie chciałem go zabijać. Chciałem go go zranić tak, żeby nie mógł za mną gonić. Myślałem, że jeden cios w nogę wystarczy. Myliłem się.
– Uwaga idę z gorącą kawą!
Miłe z jego strony, że postanowił mnie ostrzec, ale popełnił błąd. Czekałem aż wejdzie do środka. Kiedy wreszcie wszedł, nie zauważył mnie. Zaczął się rozglądać, ale ja byłem szybszy. Rzuciłem się na niego. Nie udało mi się go przewrócić, ale kubki z kawą spadły na podłogę i rozbiły się u jego stóp. Przez to że nosił kapcie, poparzył się. Wkrótce jednak stracił równowagę i upadł, pociągając mnie za sobą. Zaczęliśmy się szamotać. Miałem nad nim przewagę, którą wykorzystałem. Wbiłem mu nóż rzeźbiarski w udo, zerwałem się z podłogi i pobiegłem do drzwi. Zacząłem się z nimi szarpać, przeklinając w myślach swój plan, który nie był przemyślany. Zapomniałem uwzględnić w nim, że drzwi mogą być zatrzaśnięte albo nawet zamknięte. Szarpiąc klamkę, uświadomiłem sobie swój błąd. Wiedziałem już, że to on wygrał.
– Głupcze! Przegapiłeś swoją wielką szansę. Nie mogę puścić cię wolno. Za dużo wiesz. Popełniłeś błąd, próbując uciec. W dodatku okłamałeś mnie i teraz mi za to zapłacisz!
Grabowski dogonił mnie. Odwróciłem się na moment w jego kierunku i przeraziłem się. Wyglądał jak potwór. Z uda wystawał mu nóż, a w rękach dzierżył starą zardzewiałą włócznię. Na twarzy miał wymalowaną złość i ból. Szedł, utykając w moją stronę, a ja nadal desperacko walczyłem z tymi przeklętymi drzwiami. Nie widziałem innej drogi ucieczki, a w głowie miałem pustkę. Nie musiałem długo czekać na śmierć. Rzeźbiarz dokuśtykał do mnie i zamachnął się, a ja poczułem, jak uchodzi ze mnie życie. Umierałem jak tchórz zupełnie niepogodzony ze swoim losem. Ale nie zrozumcie mnie źle, ja kochałem życie. Nie chciałem umierać. Choć moja próba ucieczki była żałosna, przynajmniej coś zrobiłem. Nie miałem realnych szans na wydostanie się, chociaż może gdybym dalej udawał, że interesuję się jego metodami... Gdybym czekał, zamiast działał. Gdyby nie zależało mi na szybkim wydostaniu się, może udałoby mi się uciec.
Analizując moment swojej śmierci, muszę przyznać, że popełniłem naprawdę głupie błędy. Wiedziałem, że coś jest nie tak z Grabowskim, ale i tak mu zaufałem. Czułem, że ryzykuję, wsiadając z nim do samochodu, ale nie wycofałem się. Podjąłem ryzyko i tak straciłem życie. A on zamienił mnie w jedną ze swoich rzeźb. Nie mogłem się poruszać ani nie czułem nic. Ja już nie żyłem, ale mimo to pamiętam cały proces. Wiem, że sprzedał mnie później do muzeum. W tym właśnie muzeum teraz jestem. Jestem rzeźbą. Kopią Dawida Michała Anioła. Jest piątek trzynastego, bo zawsze tego dnia w nocy muzealne eksponaty ożywiają. Dzięki temu mogę opowiedzieć Wam moją historię. Nadal nie mam pojęcia, jak to się dzieje, że akurat tego dnia ożywamy. Czuję, że dostałem drugą szansę, żeby przeszkodzić Grabowskiemu w jego chorym rzeźbiarstwie. Niestety będąc rzeźbą, jestem bardzo ograniczony. Nie potrafię myśleć tak jak dawniej. Nie czuję już emocji, a poprzednie życie powoli wymyka mi się z pamięci. Mimo to wciąż jestem w trakcie obmyślania planu. Nigdy nie byłem dobry w planowanie, dlatego słabo mi to idzie. W dodatku trudno mi się połapać we własnych wspomnieniach. Mój starszy kolega z muzeum twierdzi, że mało mi zostało. Że wkrótce nie będę już ożywał i zostanę prawdziwą rzeźbą. Nie mam żadnej nadziei. Nie czuję, ale wiem, że moją powinnością jest zemsta na człowieku nazwiskiem Grabowski.
Byłem kiedyś tacy jak Wy, moi drodzy słuchacze, ale byłem zbyt naiwny, zbyt ufny, przez co zostałem dziełem sztuki. Uważajcie na siebie. Nie popełniajcie moich błędów.
One-shot powstał z myślą o Amelii, którą serdecznie pozdrawiam!
Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com