deux
Jej pytanie rozkojarzyło mężczyznę. Buru siedział i patrzył w jej oczy, chcąc dowiedzieć się czemu o to pyta. Zastanawiał się nad odpowiedzią dla dziewczyny. Wielokrotnie wpatrywał się w kwiat postawiony na podłodze koło szarej kanapy, jakby w nim miała być podpowiedź. Wiedział, że ona na niego patrzy i czeka na słowa, które zaraz miały wylecieć z jego ust.
- No wiesz... Pomyślałem, że jesteś bezdomna i nie mogłem pozwolić na to, byś została na noc w kontenerze. W końcu zapowiadali, że tamta noc będzie okropnie zimna.
Po jego wypowiedzi dziewczyna kichnęła. I dopiero wtedy Buru zauważył, że ma podkrążone oczy, prawdopodobnie, od nieprzespanych nocy. Nadal wyglądała jak zwłoki, a nie jak człowiek. Postanowił coś z tym zrobić.
- Dobra, a teraz pomogę ci zjeść te płatki, żebyś odzyskała siły.
Mężczyzna wiedział, że dziewczyna musi być bardzo głodna, skoro nie usłyszał żadnego sprzeciwu. Wziął wcześniej postawioną na małym stoliku miskę z płatkami i mlekiem w środku oraz podszedł z nią do dziewczyny. Usiadł po jej prawej stronie i zaczął ją karmić. Widział, że na początku walczyła z głodem i nie chciała tego jeść, ale po jakimś czasie udało jej się opróżnić całą miskę. Mężczyzna lekko z ojcowską troską spojrzał na nią i pogłaskał ją po główce. Wziął miski i poszedł do kuchni, oznajmując że za chwilę wróci. Nie miał nigdy dzieci ani żony. Co prawda, raz miał narzeczoną, ale zostawiła go dla jego brata. Od tamtego czasu przestał bawić się w miłość. Jednak od kilku tygodni zapragnął mieć dziecko, którym mógłby się zajmować. Może przygarnie tą dziewczynę? Uśmiechnął się do siebie i włożył miski do zlewu. Przed wyjściem na zakupy postanowił wreszcie dowiedzieć się jak jego nowa znajoma ma na imię. W tym celu pojawił się jeszcze raz w salonie.
- Wybacz, że dopiero o to pytam, ale jak masz na imię?
- Léa... - odpowiedziała po chwili.
- Ładne imię. Idę na zakupy. Chcesz coś? Albo może chcesz się w tym czasie zdrzemnąć? W końcu całego dnia nie możesz spędzić, siedząc i wpatrując się w puste krzesło.
- Mogłabym poleżeć?
- Jasne.
Buru podszedł do niej. Pomógł jej się położyć. Przykrył od nowa ją kocami i nie wiadomo czemu zapragnął pocałować ją w czoło, ale powstrzymał się przed tym i wyszedł, rzucając jeszcze słowo:
- Cześć.
Po drodze do sklepu natknął się na swojego kolegę, Remy'ego. Zatrzymał się, by z nim porozmawiać.
- Strzałka Gambit.*
- Siemanko, James**. Co tam u ciebie, stary byku?***
- E, jakoś leci. Dawno nie widziałem cię na mojej dzielni. Co porabiasz?
- Wiesz odkąd Patricia, urodziła nie mam czasu dla kumpli. W końcu to bliźnięta, ale jutro wyrywam ją do knajpy.
- A no tak. To w końcu jak je nazwaliście?
- Dziewczynka ma na imię Nathalie, a chłopczyk Remy Junior Buru.
- O, po mnie ma to Buru?
- No pewnie. Nigdy nie zapomnę tego, co dla mnie zrobiłeś. Tak mniej więcej się odwdzięczyłem.
- Na drugie Buru? - było dziś niezwykle zimno, więc okrył się bardziej swą kurtką.
- Tak. Wiesz muszę jakoś dbać o moje dobre imię, żeby nie wymarło.
- Haha. Jasne.
Rozdzielili się, dopiero, idąc do różnych sklepów. James najpierw poszedł do mięsnego. Po kupieniu drobiu i wołowiny udał się w kierunku dobrze znanym każdemu bezrobotnemu, któremu skończyły się pieniądze. Jednak skoro chciał, by tajemnicza Léa została u niego na dłużej - musiał znaleźć jakąś dobrze płatną pracę. Westchnął. Zapowiadał się długi, ciężki i nudny dzień.
*- pseudo Remy'ego
** - drugie imię Buru
*** - Buru w tłumaczeniu znaczy byk
Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com