Chào các bạn! Truyen4U chính thức đã quay trở lại rồi đây!^^. Mong các bạn tiếp tục ủng hộ truy cập tên miền Truyen4U.Com này nhé! Mãi yêu... ♥

Pech

Keith miał pecha od kiedy tylko pamiętał, ale dzisiejszy dzień to była już czysta przesada.

Zaspał przez budzik, który jakimś dziwnym trafem nie zadzwonił. Gdyby nie Kosmo, – jego psina – w ogóle nie zdążyłby na zajęcia. Chociaż nie wiedział czy to dobrze, czy wręcz przeciwnie. Przez szybkie szykowanie się na uczelnię, chłopak ubrał dwie różne skarpetki, nie potrafił znaleźć soczewek, a włosy totalnie z nim nie współpracowały. Dlatego skończył we wczorajszej bluzie, okularami na nosie i fioletową frotką, której pochodzenia nie kojarzył. 

Na dodatek jego ukochany motor nie chciał się ruszyć, więc był zmuszony jechać transportem publicznym.

O tak, tym czymś czego szczerze nienawidził.

Autobusem.

O zgrozo, sama nazwa aż wywoływała u niego ciarki.

Cóż, nie dość, że pojazd był mały i nie było w nim wolnych siedzeń, to jeszcze był cały zawalony ludźmi. Nie byłoby to może aż tak straszne, gdyby nie to, że chłopak prawie nie mógł oddychać. Ludzie wręcz go zgniatali.

Pech chciał, że obok niego stała grubsza, starsza kobieta. Uśmiechała się pogodnie, co już same w sobie było dziwne. W końcu kto lubił być w takiej sytuacji jak ci wszyscy pasażerowie? Keith od razu zauważył, że z kobietą jest coś nie tak. Ten uśmiech był jedynie maską, ta kobieta była prawdziwym demonem! Chłopak mógł z łatwością potwierdzić swoją tezę kilka chwil później.

Nikt nie byłby w stanie podbić jego argumentów, gdyż miał już trzy. Trzy "przypadkowe" klepnięcia w tyłek przez kobietę. Oczywiście za każdym razem uśmiechała się niewinnie, dodatkowo przepraszając i zwalając w pełni winę na kierowcę, który według niej za mocno skręcał. Kogane jakoś nie chciał jej uwierzyć, koniec końców jechali po prostej drodze, ale i tak ręka starszej pani lądowała na jego pośladkach.

Mimo, że był niewierzący, to aż podziękował wszystkim bogom, których kojarzył, kiedy mógł wyjść z tego przeklętego pojazdu. Poczuł dreszcze, gdy zobaczył jak kobieta puściła mu oczko, zanim zdążyła odjechać.

Na zajęciach wcale nie było lepiej.

Jakiś chłopak z innej klasy wpadł na niego, wylewając na czarną bluzę Keitha gorącą czekoladę. Brunet zacisnął pięści ze zdenerwowania i ominął niezdarnego chłopaka, który zaczął już go przepraszać. Akurat przechodziła szkolna pielęgniarka i widząc zmarnowanego Keitha zabrała go do siebie. Co było w tamtej chwili jedyną dobrą rzeczą, jaka przydarzyła się chłopakowi.

Kobieta chciała posmarować tors Koreańczyka maścią na oparzenia, ale Kogane zdecydował się sam to zrobić i niedługo po tym posłał jej nieco wymuszony uśmiech i dziękując wyszedł z gabinetu. Miał już kompletnie dość tego dnia, ktoś zesłał na niego cholernego pecha. Teraz, dodatkowo z brudną bluzą, musiał spędzić kilka godzin na zajęciach. Szlag go trafiał.

Odetchnął z ulgą, kiedy mógł w końcu wyjść z budynku. Chciał znaleźć się w domu, zakopać się pod pierzyną i najlepiej w ogóle nie wychodzić do końca swojego życia.

Gorzej już nie będzie, pomyślał i właśnie w tamtym momencie przeklnął pod nosem, gdy poczuł pierwsze krople deszczu, które po kilku sekundach szybko zmieniły się w niesamowitą ulewę.

— Kurwa mać.

 Do przystanku miał pięć minut drogi na nogach, tyle samo zostało mu do szkoły. Ruszył więc przed siebie, nie mając innego wyjścia. Jak jeszcze niedawno po prostu chciał znaleźć się w domu, tak teraz było to jego marzeniem. Miał dość. Pragnął ciepła, jedzenia, ciepłej herbaty i swojego przyjemnego łóżka.

—  Hej ty, zmarnowany chłopcze! — usłyszał czyiś krzyk i nie mógł uwierzyć, że ktoś zawołał go w taki sposób.

Odwrócił się w stronę głosu i spostrzegł jak jakiś mężczyzna biegnie w jego stronę. Gdy ten był już przy nim, Keith westchnął cicho. No tak, oczywiście musiał go zaczepić jakiś typowy pan wątpliwej elegancji, którego ulubionym zajęciem jest opróżnianie puszek oraz butelek pod sklepem monopolowym.

—  Przepraszam, ale nie mam pieniędzy — mruknął zrezygnowany, domyślając się czego chce facet.

—  No właśnie wiem, ale panie... Pan się nie przejmuje! Patrz, co ja żem znalazł — powiedział sympatycznie, szczerząc się do Koreańczyka i wyciągnął rękę w jego stronę.

Kogane nie mógł dać wiary co mężczyzna trzymał w dłoni. Nawet nie wiedział, kiedy zgubił portfel zniknął z jego kieszeni. Kiedy ostatnio sprawdzał, był on bezpiecznie schowany w spodniach. To myśląc włożył rękę do tylnej kieszeni i zaklął, czując w niej gigantyczną dziurę.

— Zły dzień co, panie kierowniku?

— Zdecydowanie — przytaknął chłopak i odebrał portfel od mężczyzny.

— Jak kierownik skręci, to kierownik ma jeden z tych czerwonych kurczaków, z twarzą tego świętego Mikołaja — podpowiedział chłopakowi i życząc miłego dnia pobiegł w swoją stronę, uciekając przed deszczem.

Że co, że z czym?

Keith lekko zdezorientowany poszedł gdzie zaproponował mężczyzna, przynajmniej będzie mógł przeczekać deszcz, w jakimś ciepłym pomieszczeniu, który znajdował się o wiele bliżej niż przystanek. Jak się okazało minutę później, facetowi chodziło o znany fast food, KFC. Chłopak wszedł do lokalu cały przemoczony zwracając przez to uwagę niektórych ludzi.

Dopiero po tym jak poczuł te wszystkie zapachy, uświadomił sobie jak głodny był.

Podszedł wyczerpany do kasy, chcąc zamówić coś do jedzenia. O tyle dobrze, że nie było tak długiej kolejki.

— Dzień dobry, jakie będzie pana zamówienie? — spytał go chłopak, który tą regułkę miał wyćwiczoną, tak samo jak swój uśmiech.

— Annyeonghaseyo — mruknął i w końcu spojrzał na chłopaka, wcześniej patrząc na listę ofert.

Spotkał się ze zdziwionym spojrzeniem chłopaka. Bardzo przystojnego chłopaka, tak nawiasem mówiąc.

— Totalnie nie mam pojęcia, co powiedziałeś, koleś — mruknął zdezorientowany chłopak.

Etykietka z imieniem mówiła, że nazywał się Lance. Keith dopiero po chwili zrozumiał, że przywitał się w ojczystym języku.

— Wybacz, powiedziałem "dzień dobry".

Czasem nie panował nad tym, kiedy przechodził na swój ojczysty język. Robił to przeważnie gdy był pijany, tak jak na ostatnich urodzinach Shiro, swojego brata. Zdawało się też, iż mówił w ten sposób właśnie, gdy był już skrajnie wyczerpany. A taki właśnie był w tym momencie; zmęczony, wyczerpany, głodny i cały zmarznięty.

Lance odetchnął z ulgą i uśmiechnął się szczerze do chłopaka. Co prawda, Keith wyglądał jak samo nieszczęście, ale Latynos nie chciał dołować go jeszcze bardziej. Przyjął zamówienie chłopaka na qurrito i wydał mu resztę razem z rachunkiem.

Keith nawet nie liczył czasu, jaki spędził w tym ciepłym pomieszczeniu. Patrzył się w okno, zastanawiając się, kiedy w końcu przestanie padać. Nie chciał bardziej marznąć, skoro teraz doświadczył czegoś tak cudownego, jak ciepłe kaloryfery.

W pewnym momencie ktoś wyrwał go z rozmyślań lekkim szturchnięciem w ramię, Kogane odwrócił się, mogąc dostrzec przed sobą chłopaka, który przyjmował jego zamówienie.

Właśnie ten chłopak. Z cudownymi, niebieskimi oczami przypominające mu spokojny ocean, ciągle wydawały się być takie radosne. Lekko zdarty nos, urocze dołeczki w policzkach i, cholera jasna, te usta.

Dawaj Keith, uspokój swoją gejozę.

Kogane odchrząknął mając nadzieję, że Lance nie zobaczy jego rumieńców. Sam Latynos pozwolił sobie przysiąść się do chłopaka.

— Zauważyłem, że zdążyłeś zjeść już trzy godziny temu — zaczął, a Keith zdziwił się, że tyle już tutaj siedzi.Przeglądając różne portale społecznościowe nawet nie zwrócił uwagę na godzinę w prawym górnym rogu swojego telefonu.

— Czekam aż deszcz przestanie padać — odpowiedział zgodnie z prawdą. Nie chciał wracać na tą koszmarną ulewę, której nie było końca. A już tym bardziej iść w niej kilka minut na autobus, na który będzie musiał czekać kolejne minuty i zamarznie na przystanku.

— Więc... właśnie skończyłem zmianę i pomyślałem sobie "hej, mógłbym podwieźć tego kpopowca do domu". Co ty na to?

— W ogóle mnie nie znasz. Ani ja ciebie — odparł Keith, nie zwracając uwagi na idiotyczną ksywkę, nadaną mu przez chłopaka.

— Lance McClain — przedstawił się Latynos, posyłając mu szeroki uśmiech. Keith właśnie wtedy głośno parsknął, po raz pierwszy w dzisiejszym dniu.

Patrzył z niedowierzaniem na zdezorientowanego szatyna.

— Prze... przepraszam — mruknął przez śmiech, w końcu jednak się uspokoił i spojrzał na Latynosa z rozbawieniem.

— Nazywasz się McClain?

— Tak? — Lance odpowiedział mu, niezbyt wiedząc co jest nie tak z jego nazwiskiem.

— Nazywasz się tak i pomimo tego, wciąż pracujesz w KFC?

— No tak. Doskonale o tym wiesz, przecież cię obsługiwałem.

— Nie powinieneś pracować w McDonald's? —  zapytał i ponownie parsknął śmiechem, kiedy Latynos wreszcie pojął, o co mu chodzi i pokręcił głową z politowaniem.

Nie wytrzymał jednak i sam cicho się roześmiał z absurdu pytania i tej sytuacji.

Cały ten dzień był pełen takich bezsensownych smaczków. I może dla Kogane początek dnia nie był wspaniałym - tak samo jak jego środek - to mimo tego, właśnie w tym momencie cieszył się z niego. Kto wie, może w innym wypadku nie poznał by tego chłopaka?

Keith był zadowolony, kiedy Lance odwiózł go pod sam dom, swoim autem ze wspaniałym ogrzewaniem. Cieszył się, kiedy ten zgodził się do niego wpaść i obejrzeć z nim serial. Śmiał się, kiedy podczas przerwy pomiędzy odcinkami, nucił sobie Shakire. Uśmiechał się, kiedy razem usnęli na łóżku oglądając kolejny odcinek Archiwum X.

A potem?

Brunet był naprawdę zadowolony z faktu, iż zanim Lance wyszedł z jego mieszkania, dał mu swój numer telefonu. To mógł być naprawdę dobry początek przyjaźni, a może nawet i czegoś więcej.

Cokolwiek by to miało nie być, miał wrażenie, że jego pech zaczął powoli znikać, a zastępowało go wspaniałe szczęście.

____________________
Dzień dobry wieczór! O tak, nadal żyję. Wiem, dziwne...sama też byłam nieco zdziwiona, kiedy robiąc herbatę dla mojej rodzicielki pomyślałam, że mogłabym coś napisać. W dodatku opublikować. Na początku myślałam w ogóle o jakimś super hiper shocie z dzieciaczkami tej dwójki. Jednak jak to dziewczyna, zmieniłam zdanie. Wow.
No oczywiście pragnę podziękować mojej wspaniałej żonce, która jest moim promyczkiem i oczywiście dedykuję jej tego jednostrzałowca. Dziękuję, że sprawdziłaś mi moje błędy, a na dodatek stworzyłaś taką wspaniałą okładkę. Jejku, jest cudna.

14.01.2019
Stwierdziłam, że poprawię tego shota i w sumie i tak zrobiłam to jak na razie na odwal się, jednak według mnie jest lepiej niż wcześniej. Może jeszcze później do tego wrócę i zajmę się poprawianiem w stu procentach. But not now.
Zostawiam starą notkę, bo w sumie why not, cieszcie się dniem!

Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com