Rozdział 17
Kilka dni na łonie natury upłynęły im na treningach, szlifowaniu umiejętności przetrwania w głuszy, o zgrozo, bez internetu czy zasięgu, wspominaniu starych napadów autyzmu i poddawaniu się nowym oraz wspólnych wypadach na drugi koniec lasu, by w środku nocy nie zawsze chcący straszyć mieszkańców tamtejszej wsi. Jednak mimo braku nudy teraz wszyscy myśleli już tylko o powrocie i pakowali się, tym razem uważając, by nie wymieszać swoich rzeczy z tymi kolegi.
No, niekoniecznie wszyscy.
- Te, Pikachu! - Wołał Bakugou. - Gdzieś jest?!
- Tutaj! - Dobiegł ich słaby krzyk.
- Czemu on się zawsze gubi jak idzie do kibla? - Kirishima wzniósł oczy ku wierzchołkom drzew. Rzecz jasna, żadne nie udzieliło mu odpowiedzi.
- Idę po niego - Westchnął z irytacją i skierował się w stronę, gdzie najprawdopodobniej była ich zguba.
- Lord Kacchan znowu działa - mruknął Midoriya, tak, żeby Bakugou nie usłyszał. Najwyraźniej wciąż był na niego obrażony po wczorajszej dezynfekcji ran, gdy ten nie przyjmował rozpaczliwych tłumaczeń, że woda utleniona a gazowana to nie całkiem to samo.
Ledwie zdążył to powiedzieć, a po ich obozie rozległ się dziki wrzask.
- Kiedy on się nauczy... - jęknął Kirishima i schował twarz w dłoniach, nawet nie spojrzawszy na Kaminariego, który z rykiem mamuta gwałconego drugim mamutem wystrzelił spomiędzy drzew, trzymając się za dolną część pleców.
- Wracaj tu, jeszcze nie skończyłem! - Wydarł się Bakugou, jednak widząc, że ofiara zdążyła schować się już za Todorokim, zrezygnował z kolejnego solidnego kopniaka i złapał swoją torbę.
W milczeniu poszli w jego ślady i skierowali się w stronę wyjścia z lasu. Co prawda, Midoriya mruczał coś pod nosem, Kaminari stękał przez zęby, rozmasowywując bolące miejsce, a Rou dyszał, wystawiając język, by choć minimalnie się ochłodzić, ale można było nazwać to jako takim milczeniem.
- To naprawdę kwiecień? - Jęknął Kirishima, wachlując się dłonią, gdy już czekali na peronie.
- Jutro ma być burza - uspokoił go Todoroki, który jako jedyny nie wyglądał na zmaltretowanego piekarnikiem na zewnątrz.
Mężczyzna jęknął i bezwiednie przysunął się bliżej jego prawej strony, nie przestając się wachlować.
- Todoroki - dla odmiany odezwał że Kaminari - jesteś taką chodzącą wielką kostką lodu, co nie?
- W połowie - potwierdził zapytany.
- To weź mi zrób zimny okład na tyłek, bo usiąść nie mogę - złote oczy spiorunowały sprawcę, który tylko wzruszył ramionami.
- Jedzie - oznajmił Midoriya, zanim Todoroki zdążył otworzyć usta.
Nie zważając na cierpiętnicze jęki Kaminariego, wsiedli do pociągu i zajęli miejsca, tym razem również zwracając na siebie uwagę z powodu psa, który z entuzjazmem przyglądał się kłótni bohatera numer jeden i jego przyjaciela z dzieciństwa, co prawda cichej, by nie przeszkadzać innym pasażerom, ale i tak większość osób, gdy dobrze się wsłuchała, mogła mieć całkiem niezły ubaw.
Gdy wreszcie dotarli do stacji przesiadkowej, gdzie każdy rozjeżdżał się w swoją stronę, stwierdzili, że skoro mają jeszcze chwilę, to pójdą - jak to poetycko określił ciągle rozcierający sobie tyły Kaminari - "na kebsa albo fajne dupy".
- To gdzie idziemy? - Midoriya rozejrzał się po ulicy, gdy wyszli na zewnątrz.
- Gdzieś. Gdziekolwiek - Bakugou przetarł oczy, wciąż jeszcze nierozbudzony po drzemce na miękkim fotelu.
- Ja chcę na pizzę - zaznaczył Kirishima, a Kaminari z podejrzanie wielkim entuzjazmem pokiwał głową.
- Popraw okulary - mruknął Todoroki i ruszył przed siebie w poszukiwaniu odpowiedniej miejscówki.
- Ach, racja - szybko przesunął ciemne szkła z czoła na nos, w duchu zastanawiając się, kiedy się tam znalazły.
- Maid cafe - zauważył Bakugou po kilku minutach marszu.
- Włazimy? - Złote oczy z ekscytacją śledziły każdy ruch kelnerek widocznych przez przyciemniane szyby.
- Mieliśmy iść na pizzę - zauważył Kirishima, za co w odpowiedzi został spiorunowany lekko zaskoczonym wzrokiem.
- Myślisz o pizzie w takiej chwili?! - Nie mógł uwierzyć Kaminari.
- Chcę coś zjeść, a nie zaglądać dziewczynom pod spódniczki - powiedział z przekąsem, już szukając wzrokiem jakiejś pizzerii, baru czy czegoś podobnego.
- Jesteś pełnoletnim, dojrzałym mężczyzną, nie masz dziewczyny, właściwie to dalej jesteś prawiczkiem, i nawet nie chcesz skorzystać z okazji? - W głosie mężczyzny dało się słyszeć już nie tyle co niedowierzanie, a czyste zdumienie.
- Jesteś prawiczkiem? - Wtrącił mimochodem Bakugou.
- Tak - przytaknął z lekkim zażenowaniem, samemu nie wiedząc, czego konkretnie się wstydzi. Aby to zamaskować choć w najmniejszym stopniu, ruszył w bliżej nieokreślonym kierunku, gdzie powinni znaleźć jakiś normalny lokal, bez niebezpiecznie krótkich spódniczek i wyjątkowo głębokich dekoltów.
- Jest bar - oznajmił Todoroki, ku uldze wszystkich kończąc rozmowy zmierzające w niekoniecznie właściwym kierunku.
- Mamy jakąś godzinę z hakiem - Midoriya dla pewności spojrzał na ekran telefonu.
- Czyli luz - Kaminari zatarł ręce i pchnął ciężkie drzwi, jakby już zapomniał o nieszczęsnej kawiarence.
Zajęli stolik na uboczu, częściowo skryty w cieniu, dzięki czemu nie musieli się obawiać, że ktoś rozpozna któregoś z nich w ułamku sekundy. Zamówili jedzenie, ulokowali Rou pod stołem, aby kelner nie mógł go zobaczyć (zakaz wprowadzania zwierząt), zdjęli czapki, okulary i maseczki, i rozluźnili się zupełnie. Chcieli przeżyć te ostatnie chwile razem w przyjaznej atmosferze, czemu sprzyjało zaskakująco dobre jedzenie.
Kiedy już mieli wychodzić, Bakugou uciszył wszystkich dyskretnym gestem dłoni. Mężczyźni niby umilkli, jednak wciąż gestykulowali i robili do siebie miny, chichocząc bezdźwięcznie, by nie zwrócić na siebie uwagi potencjalnego obserwatora nagłą ciszą.
Czerwone oczy studiowały paragon, jednak uszy wsłuchiwały się w rozmowę dwóch mężczyzn przy stoliku obok. Było to dość trudne ze względu na panujący w barze szum, ale nie niemożliwe.
- ...że zaatakowali agencję bohaterów w dzielnicy...shi...a?
- Odważni są.
- Tak, i do tego nieprzewidywa...
- Ale pracujecie nad lekarstwem?
- Recepturę znamy od czterech lat, ale kiedy już mieliśmy cały zapas, wszystko nagle znik...ło.
- Po co ktoś miałby to robić?
- ...wiadomo. Może to jeden z nich, a może ktoś inny, potrz...ący.
- Cztery lata temu nie było ataków He...
- I w tym problem.
- Jak zamierzacie go ...wiązać?
- A po co? Co nam to da albo co stracimy, jeśli się za to ...bierzemy?
- W sumie ...cja... Ale zawsze lepiej wiedzieć.
- Łatwo powiedzieć.
- Wiesz co, chodźmy stąd. Czuję się, jakby ktoś pod...chiwał.
- Ja też.
Wyszli. Bakugou odłożył papier na stół i spojrzał na wszystkich poważnie. Skończyły się żarty, skończyły się wygłupy.
- Słyszałeś wszystko, co mówili ci w garniakach? - Upewnił się Kirishima, a zapytany ni to pokręcił, ni to pokiwał głową.
- Nie wszystko, ale nie było tak trudno tego zrozumieć - przyznał.
- O czym gadali? - Midoriya bezwiednie pochylił się lekko nad stołem, z zaciekawieniem i strachem w oczach.
- Znowu oni - powiedział Bakugou ponuro.
- Dawno się nie widzieliśmy - stwierdził Todoroki, od razu domyślając się, o kogo chodzi.
- Czyli nie wracamy do domu - Kaminari jęknął z rezygnacją.
- Kacchan... - Zaczął nieśmiało bohater numer jeden, nie mogąc uwierzyć, że naprawdę zostało to powiedziane. - To... Ty... Poważnie to oni?
Zapytany potwierdził skinieniem głowy.
- Węże.
Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com