1.
05.12.2017r.
Z dedykacją dla;
*TobiMilobi - mogłaś mnie powstrzymać jeszcze zanim zaczęłam pisać pierwsze zdanie, nie mam pojęcia czy to dobrze, czy źle, że tego nie zrobiłaś.
*WandersmokLight - pamiętaj dać znać w komentarzu czy naprawdę odrobina szaleństwa nie jest szkodliwa. Ostrzegałam.
WSZYSTKICH CZYTELNIKÓW - jak zawsze mam nadzieję, że was zaskoczę, ale obawiam się, czy tym razem to zaskoczenie nie będzie zbyt dużym szokiem... (martwię się). //Sakuja
Początek
Loki pamiętał spadanie. Trwające długie godziny spadanie w mroku, który napawał go lękiem... wieloma lękami. Nim w końcu gdzieś dotarł (to jest upadł z hukiem, wbijając się głęboko w ciemną ziemię) był już wyczerpany i rozdygotany, w głowie miał głównie paniczny strach, a w sercu tęsknotę za tym, co utracił, której smaku nigdy nie spodziewał się poznać. Nagle zobaczenie twarzy ojca (nawet gdyby była zasępiona i wroga), usłyszenie głosu brata (nawet jeśli nigdy tak naprawdę nie byli braćmi) i poczucie na twarzy dotyku delikatnej, matczynej dłoni (nawet jeśli został znienawidzony po tym, jak usiłował przejąć tron) stały się jego największymi pragnieniami... nie do spełnienia.
Próbował podnieść się, wydostać z dziury, ale po kilku godzinach spadania całe jego ciało było zesztywniałe i zbyt obolałe, aby był w stanie zrobić cokolwiek. Dlatego leżał. Leżał i zastanawiał się, co będzie z nim dalej. W ten sposób zużył resztki swoich sił i po prawie dobie zasnął z wyczerpania w głębi obcego świata. Dokładnie w chwili, w której złocista tarcza słońca zniknęła gdzieś daleko na horyzoncie i rozpoczęła się noc.
Zimna i samotna tak jakby była nocą w Jotunheimie.
***
Światło padło wprost na jego twarz na co instynktownie zareagował cichym, niemal bolesnym, jękiem. Nie znosił budzić się w taki sposób. Nie znosił w domu, ale... nagle uderzyło w niego, że coś jest nie tak. Zasnął w mrocznym miejscu, o którym nic nie wiedział, w dziurze, którą zrobiła magiczna bańka jaką w ostatnich chwilach przed zderzeniem próbował się chronić. Był w miejscu, do którego światło po prostu nie docierało...
Zadrżał, zastanawiając się dokąd trafił, w jaki sposób i jakie zamiary może mieć ta ewentualna osoba lub bestia, która się do tego przyczyniła.
Zaczynał panikować więc desperacko spróbował otworzyć oczy, ale wtedy na jego policzku spoczęła czyjaś ciepła dłoń, która jakby odegnała cały ten mrok bezradności i lęku, jaki już zaczynał go osaczać. Coś przysłoniło drażniący go blask słońca.
-Śpij spokojnie.
Zasnął.
Zasnął jeszcze raz – na kilka długich godzin.
Gdy znów się obudził słońce już nie świeciło. Tym razem nie miał problemu z otworzeniem oczu, a te niemal od razu zdołały rozróżnić wszystko to, co było wokół. Skupił się na oknie. Wydawało się być na wyciągnięcie ręki. Na ciemnym niebie lśnił jasno srebrzysty księżyc otoczony setkami migoczących gwiazd.
-Jak się czujesz? – łagodny głos przeciął nagle ciszę. Instynktownie spojrzał bardziej w bok. Na brzegu łoża, w którym leżał pieczołowicie otulony miękką kołdrą, siedziała kobieta. Wyglądała na młodą. Miała oczy lśniące w ciemności kojącym błękitem i proste, ciemne włosy opadające na smukłe ramiona. Była ubrana w nocną koszulę obszytą falbanką, która sięgała pewnie kolan albo kostek; tego akurat nie mógł się dopatrzeć.
-Ja – zaczął cicho. – Nie wiem – przyznał po chwili rozważania w jaki sposób odpowiedzieć. Ze zdziwieniem poczuł, że jego policzki robią się ciepłe. Zarumienił się. Oh... kiedy to miało miejsce ostatni raz? Był chyba jeszcze dzieckiem. Małym i naiwnym.
-Twój upadek był okropny – uniosła się, a potem okrążyła łóżko i usiadła tuż przy nim. Zadrżał. – Obawiasz się mnie? Nie musisz – wyciągnęła dłoń i dotknęła jego policzka. To był ten sam dotyk, który uśpił go wcześniej. Zamrugał, wpatrując się w nią niepewnie zielonymi oczami.
-Dlaczego się mną zajmujesz? – zapytał nieufnie.
-Jesteś uroczy.
Zdumiało go to. Czegoś takiego jeszcze nikt mu nie powiedział prosto w twarz. Był już okrutnikiem, łgarzem, sukinsynem, dupkiem, dwulicowym draniem i zdrajcą, ale żeby kimś uroczym?
-Nie rozumiem – wyszeptał łamiącym się głosem. – Nie rozumiem – powtórzył, bojąc się jeszcze bardziej od chwili, w której pierwsza łza spłynęła mu po policzku. Ręka wciąż dotykała jego twarzy delikatnie. Czule.
-Spadłeś aż do Vanaheimu – powiedziała mu. – Tutaj nikt nie zrobi ci krzywdy.
-To ja krzywdzę – wyszeptał.
-Już dobrze – nachyliła się nad nim, zapłakanym i drżącym jak mały chłopiec, a potem otoczyła swoimi smukłymi ramionami, przygarniając do piersi z matczyną troskliwością, której tak bardzo mu brakowało od kiedy zaczął spadać. – Wszystko się ułoży. Przytrafiło ci się coś bardzo złego i musisz wypocząć, aby się tego z siebie pozbyć. To wszystko, naprawdę.
-Jesteś tego pewna? – nie odsunął się od niej, chociaż była obcą, ubraną tylko w nocną koszulę, kobietą.
-Tak, jestem. A teraz zaśnij jeszcze na trochę...
-Ja nie...
-Ostatni raz. Gdy znów się obudzisz, odpowiem na wszystko, o co mnie zapytasz.
Pragnął tak wielu odpowiedzi... Przymknął powieki, a potem znowu wszystkie zmartwienia i ciemność wyparowały. Zasnął głęboko jak małe dziecko w łóżeczku. Nie wiedział tylko, że kobieta niemal natychmiast położyła się obok, przytrzymując go blisko siebie jakby na wypadek, gdyby miał wstać przed nią, a potem spróbować uciec.
Gdy obudził się trzeci raz był w komnacie sam, otoczony miękkimi, florystycznymi motywami, które sprawiały, że czuł się spokojny. Na fotelu przysuniętym do łóżka zauważył złożone w kostkę ubranie. Na samym wierzchu ktoś położył wisior z runą olbrzyma. Zrozumiał, że to specjalnie dla niego. Z cichym westchnieniem ostrożnie się uniósł, krzywiąc, gdy jego ciało pierwszy raz od dawna wykonało coś aż tak wymagającego. Jego magiczna bańka musiała być dużo słabsza niż myślał bo cały tors i ręce miał owinięte białymi opatrunkami, w kilku miejscach przybrudzonymi czerwienią. Samodzielne ubranie się pierwszy raz w życiu stanowiło dla niego takie wyzwanie. Ale podołał i gdy młoda dziewczyna w prostej, karmelowej sukience zajrzała do sypialni, on siedział na łóżku próbując jeszcze związać sznurki od brązowej kamizelki zdobionej liliami, zdrętwiałymi palcami.
- Przysyła mnie pani Sigyn - poinformowała cicho, pochylając głowę pokornie. - Prosiła, abym sprowadziła jej gościa do sali tronowej - dodała.
- Pani Sigyn - powtórzył cicho, nie widząc sensu w odmowie, kiedy nawet nie znał dobrze swojej sytuacji. Może to był jakiś rodzaj niewoli? - Dobrze - dodał, a potem podniósł się, równie ostrożnie jak wtedy gdy siadał, ale zachowując pozory lekkości i zwinności. Miał zamiar ukryć swoją słabość przed obcą dziewczyną choćby nawet wewnętrznie zwijał się z bólu. Korytarze tworzyły labirynt przez który sam nigdy by się nie przedostał, co było bardzo rozczarowującym odkryciem dla kogoś o jego zdolnościach do zakradania się, przekradania i odnajdywania wyjść z najlepszych, najdokładniej przemyślanych pułapek. Sala tronowa była wystarczająco daleko, aby w głębi siebie przeklinał architekta, który wzniósł tę cudowną budowlę taką pogmatwaną. W sali były dwa trony. Jeden, typowy dla króla w swojej wielkości, majestatyczności i drugi, niemal identyczny, jedynie bardziej finezyjny z wyrafinowanymi, miękkimi zdobieniami, które dodawały mu uroku. Na miejscu władcy siedziała kobieta, która czuwała przy nim nocą. Rozpoznał te niebieskie oczy, które skupiły jego uwagę po poprzedniej pobudce. Na sobie miała teraz długą suknię w kolorze miłej dla oka szarości przechodzącej w kilku miejscach w błękit. Na jej głowie spoczywała złota korona, pasująca do wisiorka z rozkładającym płatki kwiatem i bransolet na przegubach. Loki mimo swego stanu połączył w całość wszystkie znane już sobie fakty i przywołał z dna pamięci matczyne lekcje dotyczące zasad panujących w królestwach sąsiadujących z Asgardem. Starając się nie krzywić z bólu, schylił głowę w wyrazie szacunku.
- Witaj, Krolu Vanaheimu – przemówił.
- Podejdź tu, mój miły gościu - kobieta ruchem ręki odprawiła służkę, aby zostali sami. Dziewczyna grzecznie wycofała się, zamykając za sobą drzwi. - Chodź, usiądź przy mnie abyśmy mogli swobodnie rozmawiać. Nie ośmielił się zająć wolnego tronu bo to byłoby najwyższą obrazą. Z ulgą jednak usiadł na marmurowym stopniu podwyższenia, tuż przy tronie. - Wybacz, że kazałam ci się tak nadwyrężać - powiedziała łagodnie. - Dziś dzień przyjmowania poddanych i muszę przebywać tutaj, nie chciałam żebyś był sam cały dzień gdy się zbudzisz, a pomyślałam, że mógłbyś czuć się nieswojo przy kimś obcym.
To jak bardzo się nim przejęła poruszyło go i zaskoczyło.
-Pani...
- Mów mi Sigyn - zażyczyła sobie, wyciągając dłoń i dotykając jego policzka opuszkami palców. - Dobrze, Loki?
Westchnął cicho, kiwając powoli głową.
- Niech tak będzie.
- Masz do mnie wiele pytań?
- Już tylko część tych, co na początku. Kilka odpowiedzi zdążyłem odkryć sam – przyznał.
- Wiedziałam, że jesteś bardzo bystry - szeroki uśmiech rozpromienił jej oblicze sprawiając, że oczarowany nie potrafił odwrócić wzroku. - Za chwilę pierwsza audiencja, ale najpierw zadaj mi któreś z pytań.
Zarumienił się, gdy nachyliła się na tronie tak, że mógł zobaczyć swoje odbicie w jej oczach. W ten sposób jeszcze nigdy wcześniej siebie nie oglądał. Było to zaskakujące i dziwnie zawstydzające uczucie. Jakby nagle doszło między nimi do czegoś niewłaściwego.
- C-czemu to wszystko dla mnie robisz? - Zapytał, chcąc i jednocześnie bojąc się odwrócić wzrok. Skupił się na tym, aby zabrzmieć poważnie i pewniej niż się czuł.
- Już ci mówiłam - słodki uśmiech jeszcze raz zamienił jej twarz w prawdziwe dzieło sztuki. - Jesteś słodki.
- Jestem zniszczeniem.
- Bzdura! - parsknęła wesoło, co zdecydowanie rozzłościło go i uraziło, ale nic nie zrobił. W całym jego życiu dotychczas tylko dwie osoby (Thor i matka) powiedziały mu otwarcie coś podobnego, chociaż było to raczej bardziej w stylu „być może pragniesz być zły, aby udowodnić coś światu, ale wcale taki nie jesteś". Ktoś kolejny, w dodatku tak ślicznie uśmiechnięty, nie zasługiwał na żadną kare. Może na focha. Było to wprawdzie dziecinne, ale Loki czasem po prostu obrażał się na świat. I basta. I nie było zmiłuj, żeby tego nie robił. Teraz też z westchnieniem zamknął oczy, robiąc urażoną minę, ale opierając się o tron zamiast wstawać, bo czuł, że po wycieczce do sali nie ma już siły znowu się gdzieś wlec. No i dokąd miałby iść w tym obcym miejscu?
Drzwi otworzyły się, odziany w kolorowy uniform mężczyzna zapowiedzał donośnym głosem przybycie pierwszego Vana w sprawie do Króla. Sigyn usiadła prosto, a jej radość zastąpiło skupienie, które sprawiło, że stała się wręcz uosobieniem dumy, powagi i królewskiej godności.
Rozpoczął się dzień audiencji, o którym powiedziała mu, gdy wyjaśniała dlaczego chciała, aby przyszedł do niej pomimo swojego stanu.
Audiencje trwały cały dzień. Vanowie przychodzili pojedynczo, w parach, w grupach... jedni prosili o rozsądzanie sporów, inni królewskie błogosławieństwo, następni jeszcze, aby Sigyn zainteresowała się jakąś sprawą, zleciła ją zbadać, bo wydaje się niepokojąca... Przy ostatniej osobie (chyba sto dwudziestej pierwszej), młodym krawcu w śmiesznym uniformie w kolorze karmazynu, który tłumaczył, że przyjaciel pracujący w tej samej profesji ukradł jego projekty, foch Lokiego nie zdołał już dłużej utrzymywać go dumnym i urażonym. Mężczyzna lekko się przechylił zmęczony i już obolały od siedzenia, a potem jego głowa oparła się o kolano Sigyn, która pomimo wewnętrznego zadowolenia z tej sytuacji zdołała zachować powagę i nawet na sekundę nie oderwać wzroku od swojego poddanego.
***
Sigyn i Loki tak naprawdę rozmawiali, dłużej niż dziesięć minut, dopiero dzień po audiencjach. Rano po posiłku, który dla dobra Lokiego był bardzo lekkostrawny i głównie warzywno-owocowy, kobieta ujęła go pod ramię z najwyższą ostrożnością i zaprowadziła do jednego z dwóch pałacowych ogrodów. Ten mieścił się dokładnie w centrum budowli, była to dosyć duża owalna przestrzeń ponad którą nie było żadnego zadaszenia, a wokół której rozbudowano ściany i korytarze tak, że ostatecznie to miejsce, ta prawdziwa, kojąca oaza, była sercem wszystkiego. Mężczyzna jeszcze nigdy nie widział czegoś takiego. W Asgardzie ogrody były głównie parkami, starannie pielęgnowanymi klombami i rabatami... a w Vanaheimie przypominał wolną, dziką przestrzeń, gdzie ogrodnicy poprawiali tylko małe detale, aby natura nie szkodziła sobie wzajemnie z architekturą. Długo milczał, wodząc wzrokiem od pięknych, dużych róż pnących się po białych murach do stokrotek wyrastających to tu, to tam, gdzieś wśród innych kwiatów, między kamiennymi płytami tworzącymi schludną, prostą ścieżkę... w końcu zajęli jedną z kilku kamiennych ławek i właściwie ledwie to zrobili cały urok otaczającej go natury stracił na znaczeniu, gdy Sigyn z chichotem szczypnęła go w policzek, informując, że zarumieniony jest absolutnie najsłodszą osobą, jaką kiedykolwiek spotkała. Jej roześmiane niebieskie oczy lśniły.
-Powiedz mi... Czy to co robisz dla mnie nie jest szalone?
-Masz na myśli sprowadzenie cię z niezamieszkałej części pradawnego lasu Vanaheimu, gdzie pomimo harmonii między Vanami i naturą różnie bywa, do pałacu i dopilnowanie żebyś przeżył? – zapytała, siadając bokiem tak, aby patrzeć mu w oczy.
-Mniej więcej – przyznał niechętnie, bo jakby nie patrzeć na sytuację, tak naprawdę sam doprowadził do własnego upadku.
I było mu wstyd wystarczająco, aby miał ochotę zapomnieć o wszystkim.
-Dlaczego miałabym uznać za szalone udzielenie azylu uroczemu mężczyźnie, który spadł mi z nieba, dosłownie?
Filuterny uśmiech, który wygiął subtelnie jej wargi tak go zaskoczył, że Loki natychmiast odpowiedział tak, jak odpowiedziałby uroczej kobiecie w Asgardzie, zagadującej do niego po trzecim albo czwartym drinku.
-Ten uroczy mężczyzna umie być niebezpieczny, gwiazdeczko.
Normalnie Loki nigdy do nikogo by się tak nie odezwał.
-Jak bardzo niebezpieczny? – nachyliła się w jego stronę tak nagle, że zanim zdążył odpowiedzieć znów widział samego siebie w jej oczach. Ten Loki, którego ona widziała, w niczym nie przypominał tego, którego on sam napotykał każdego dnia gdy tylko spoglądał w lustro.
-Wystarczająco – zaschło mu w gardle, co spróbował zatuszować pewnym siebie, drwiącym uśmieszkiem z jakim nie rozstawał się przez większość swojego życia.
-Wystarczająco... żeby mnie teraz pocałować?
Oh, zdecydowanie nie, ale nie przyznał się do tego.
-Oczywiście.
-Udowodnij mi to.
-Jak...?
-Zrób to.
I zrobił.
Jej usta były miękkie i pełne, delikatne, ciepłe... czuł się trochę nieswojo łącząc je w pocałunku ze swoimi, które były przecież zimne, spękane i kompletnie niedoświadczone. Powinien dać jej buzi i cofnąć się natychmiast do tyłu, ale nie uczynił tego. Był Lokim z Asgardu i nigdy nie rezygnował z wyzwań. Po tym ułamku chwili jaki stracił na obwinianie się za to, co czyni, opanował się i przymykając powieki kontynuował pocałunek z nieśmiałą subtelnością. Sigyn nie pozwoliła mu długo zamartwiać się o to, czy to co robi w ogóle można zaliczyć do jakiegokolwiek poziomu wyżej ponad dziecięcą igraszkę. Przejęła kontrolę, wplatając palce w jego ciemne, miękkie włosy i pogłębiła pieszczotę, muskając koniuszkiem gorącego języka jego chłodne wargi. Był zdumiony tym ruchem wystarczająco, aby oddać jej dominację i nawet ucieszyć się, że do tego doszło.
Gdy oderwali się od siebie wyglądali podobnie. Ich twarze były zarumienione, oddechy przyspieszone, a oczy lśniły.
-Zadowolona? – zapytał, aby zachować grę pozorów.
-To był pierwszy raz, co, Loki?
Róż na jego jasnych policzkach przeszedł w intensywną czerwień.
-Mieliśmy rozmawiać – wymamrotał, uciekając wzrokiem w bok.
Zwabiła go w pułapkę wykorzystując to, jak spokojnie i dobrze się przy niej czuł, a potem sprowokowała, rozszyfrowując z łatwością jakby był małym chłopcem, a nie łgarzem z Asgardu. Wiedział, że jedynym i najbardziej znaczącym błędem jaki popełnił było zapomnienie, że jego rozmówczyni to Król Vanaheimu.
-Zasmuciłam cię? – zapytała.
-To nie to – westchnął, a potem uniósł rękę i przeczesał włosy trochę nerwowo. – Po prostu... nie przywykłem do tego, że ktoś traktuje mnie w taki sposób.
-„Taki sposób"? – wyraźnie ją zainteresował.
-Jakbym nie był potencjalnym zdrajcą albo już zdrajcą.
-Nie jesteś – i znów jej smukłe palce dotknęły delikatnie jego policzka w wyrazie prawdziwej czułości. Prawie jej nie znał, prawie go nie znała... a czuł zdradliwy spokój wypełniający każdy skrawek jego rozdartej wewnętrznie osoby.
Odetchnął głęboko, zaciskając drżące dłonie na kolanach. To, jak bardzo było mu dobrze, gdy ona się tak troszczyła sprawiało, że chciał tak zostać i nie musieć niczym się martwić, ale wiedział, że prędzej czy później przeszłość go dopadnie.
-Jestem bękartem z Jotunheimu – powiedział, a jego skóra zaczęła się zmieniać. Sigyn nie odsunęła się od niego, w jej spojrzeniu nie odmalowały się strach ani pogarda, a ciepła dłoń wciąż spoczywała na jego policzku chociaż temperatura wokół opadła o kilka stopni.
-Jesteś Lokim z Asgardu – oznajmiła z przekonaniem, jakiego on sam nie miał w sobie nigdy. – A to, że narodziłeś się w Jotunheimie nie oznacza, że jesteś zdrajcą. Czyni cię po prostu bardziej wyjątkowym.
Wyjątkowym...
Otworzył oczy zdumiony tak szeroko, dotknięty do głębi jej słowami, że stracił kontrolę i przemiana po prostu się zatrzymała. A później cofnęła.
Sigyn cały czas uśmiechała się do niego tak, że wyglądała jak najkunsztowniejsze dzieło sztuki.
***
-Loki.
Odwrócił głowę od okna, aby spojrzeć na kobietę, która weszła do sypialni. Tym razem Sigyn miała na sobie miękką suknię w jasnobrązowym kolorze podkreślającym błękitny kolor jej oczu.
-Coś się stało? – zapytał, uśmiechając się niepewnie.
-Zauważyłam cię gdy byłam w ogrodzie – podeszła bliżej i usiadła obok niego na krześle, które przyciągnęła sobie do okna. – Podglądałeś mnie? – zapytała, puszczając mu psotnie oczko.
-Oczywiście – zapewnił. – Podglądałem... więcej! W myślach planowałem już nasz ślub – dodał.
-Tak? – zapytała ze śmiechem, sam także się roześmiał, odgarniając z twarzy ciemny kosmyk przydługich już trochę włosów.
-Właściwie to chciałem ci tylko później powiedzieć, że powinnaś częściej ubierać głębokie kolory. Do twarzy ci.
***
-Jutro bal.
-Jaki? – zaciekawił się, podnosząc głowę znad książki, którą zabrał z pałacowej biblioteki, aby nie nudzić się za bardzo od kiedy medyk stwierdził, że coś się stało z jego ranami i musi przez pewien czas po prostu wypoczywać. Sigyn absolutnie odmawiała mu opuszczania łóżka, tak się przejęła. To było miłe, chociaż trochę męczące.
-Z okazji nadejścia zimy.
-Oh.. to już ta pora?
-W Vanaheimie tak – usiadła bliżej, opierając się wygodniej na dużej poduszce. – Nie umiem tańczyć. Nie mam z kim tańczyć... oficjalne szaty są niewygodne.
Uśmiechnął się nieznacznie.
-Cóż to słyszę? Król Vanaheimu nie potrafi tańczyć?
-To trudne – stwierdziła niezadowolona.
-Wcale nie.
-Tak.
-Naprawdę nie.
-Oczywiście, że tak.
-Jesteś pewna?
-Tak!
-W takim razie jeśli nauczę cię tego w ciągu godziny, zabierzesz mnie jako osobę towarzyszącą i nie zagonisz po pierwszym tańcu z powrotem do sypialni „dla mojego dobra" – zaproponował bardzo szybko, uśmiechając się przy tym psotnie. Tym razem miał zdecydowaną przewagę. Na wszystkich mieszkańców Asgardu ciężko było znaleźć kogoś tak utalentowanego jeśli chodziło o tańce, jak on.
-Nie mam innego wyjścia – uległa.
Całą tę noc spędził u jej boku podczas balu, oszczędnie pijąc wino ze szklanego, wymyślnego kieliszka w stylu Vanów, podobnego do cudnego tulipana o wielkim pąku, tańcząc do co którejś pieśni czy melodii, a gościom wywijając naprawdę niegroźne psikusy. A przynajmniej nikt ani razu się nie poskarżył, gdy jego szata zmieniła nagle kolor, babeczka stała się fajerwerkiem, który pomknął w niebo i rozświetlił je kolorowymi iskrami albo ciało podczas tańca przez krótką chwilę działało kompletnie wbrew umysłowi, interpretując np. lewą stronę jako prawą, prawą rękę jako lewą nogę, przód jako tył...
Sigyn powinna go za takie rzeczy skarcić, ale wyraźnie ją bawiły, więc tylko przypatrywała się wszystkiemu, żartobliwie go karcąc, gdy już znów tańczyli i mogła go bezkarnie przytrzymywać wręcz nieprzyzwoicie blisko siebie.
***
W przeciągu miesiąca doszedł do siebie do końca; wszystkie jego rany już się zagoiły, pozostawiając na jego skórze jedynie dwie cieniutkie blizny na plecach, a fioletowe, zielone i żółte plamy siniaków zniknęły jakby ich w ogóle nigdy nie było. To, co przeżył podczas spadania w mroku nie opuściło go, ale przestało mieć nad nim kontrolę. Oduczył się odwracać za siebie co chwilę, gdy szedł ciemnym korytarzem, a każdy swój krok ubezpieczać magią; oduczył się przymrażać do ziemi każdego, kto akurat przypadkiem wyszedł z jakiegoś pokoju lub korytarza i go zaskoczył; oduczył się odwdzięczać się paskudnymi żartami tym, którzy w jego obecności choćby przypadkiem powiedzieli coś złego o Sigyn, która uratowała mu życie i nie widziała w nim zdrajcy.
Sigyn... spędzał z nią mnóstwo czasu, właściwie prawie każdą chwilę. Jadał z nią posiłki, prowadził trwające godzinami dyskusje, milczał godzinami siedząc w ogrodzie albo gdziekolwiek indziej, towarzyszył podczas dni audiencji... doradzał nawet od pewnego momentu, bo czasami jego spryt okazywał się wręcz potrzebny.
Ten miesiąc był właściwie jednym z najszczęśliwszych miesięcy jego życia. A jednak pewien cień cały czas czaił się gdzieś za jego plecami.
Był Lokim z Asgardu i w Asgardzie doprowadził do wielu problemów... musiał tam w końcu wrócić, przyznać się do wszystkich swoich intryg i błędów, a potem przyjąć karę. Musiał... ale to wcale nie oznaczało, że tego chciał.
Frigg uczyła go zawsze, że po zrobieniu czegoś złego najważniejsze jest przyznanie się do winy, aby uzyskać przebaczenie i wiedział, że w końcu będzie musiał stanąć przed nią we własnej osobie i wyznać wszystko, a potem stanąć przed bratem, przed ojcem, przed ludem...
...bał się tego bardziej niż czegokolwiek w swoim życiu, ale któregoś dnia, gdy patrzył na Sigyn rozmawiającą melodyjnym głosem z jakąś małą dziewczynką, chyba córką kogoś z służby, uderzyło w niego, jak wiele ta kobieta zaczęła dla niego znaczyć. I że z każdym dniem to uczucie jest coraz silniejsze.
Wiedział, że nie może tego kontynuować.
Ostateczną decyzję podjął trzy dni po uświadomieniu sobie jak niebezpiecznie daleko zaczyna zachodzić jego relacja z Królem Vanaheimu czyli z kimś, kto absolutnie nie powinien zadawać się z Jotunem. Nawet jeśli ten Jotun był bękartem i wychowywał się w Asgardzie.
-Muszę odejść – powiedział cicho, a ona poruszyła się niespokojnie na tronie, spoglądając na niego z góry zdziwiona i wyraźnie posmutniała. – Nie mogę wiecznie zajmować ci czasu, Królu i uciekać przed swoimi winami.
-Naprawdę tak sądzisz?
-Tu chodzi o to, co powinienem – odwrócił wzrok, bo jej błękitne zranione spojrzenie było chyba najgorszym widokiem jaki tylko mógł sobie wyobrazić.
Milczała, a on czuł się coraz bardziej nieswojo. Nagle podniosła się z tronu i ruszyła w jego stronę po białych stopniach. Instynktownie cofnął się do tyłu o kilka kroków, bo nie miał pojęcia co może się wydarzyć lada chwila. Przez całe swoje życie zawsze miał przynajmniej cień przeczucia lub jakąś choćby nawet najniklejszą myśl o tym, co może się wydarzyć za chwilę, jak powinien się zachować, jak zareagować...
Stanęła tuż przed nim. Poczuł subtelny kwiatowy zapach jaki zawsze ją otaczał i spojrzał jej w końcu w oczy.
-Wszystko w moich rękach w tej chwili?
Nie zrozumiał, ale jej to w ogóle nie przeszkadzało w tym, aby chwycić w dłonie przód zielonej tuniki i gwałtownie przysunąć twarz do jego twarzy... a potem cały jego świat ograniczył się do słodkiego, czułego pocałunku, którym obdarowała go tak nagle w chwili, w której powinien odwrócić się i odejść, aby zerwać wszystkie więzi i z wyrzutami sumienia, ale bez żalu, że wykorzystuje piękną, mądrą kobietę, powrócić do Asgardu...
-Sigyn, to...
-To mój pierwszy krok. Twoja kolej, Loki... Zrobisz drugi?
Miał do wyboru karę w Asgardzie i wybaczenie osób, które być może wcale mu nie wybaczą, a tylko zorganizują jakąś cholerną karę nie do zdzierżenia albo Sigyn; jej błękitne oczy, piękny uśmiech i bezwzględną akceptację...
Wybrał krok drugi i upuścił na ziemię jedyną naprawdę własną rzecz – swój rogaty hełm - aby chwycić ją w ramiona tak zachłannie jak jeszcze nigdy wcześniej się nie odważył, a potem samemu pocałować.
Zostanie w Vanaheimie i zatonięcie w otumaniającym zmysły oraz zdrowy rozsądek uczuciu, jakie łączyło go z Sigyn było impulsywne, właściwie szalone... ale czuł, że nigdy nie będzie żałował tej decyzji.
Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com