10.
02.01.2017r.
Korekty: 👌
Anioł
- Dasz radę?
- Dam, dam - Mirit stanął na palcach, całując Bruce'a w policzek. - Do waszego powrotu będę z Virginią. Pomogę jej szykować ślub, a w między czasie wybierzemy się z małą na badania kontrolne - Van uśmiechnął się szeroko, w ten uspokajający sposób, który prawdopodobnie był potrzebny wszystkim wsiadającym do samolotu osobom. Do ślubu Pepper i Tonyego zostało niewiele ponad dwa tygodnie, a tu nagle misja na drugim końcu świata.
- Uważajcie na siebie - Banner pocałował partnera w czubek głowy, a potem nachylił się na chwilę nad niebieskim wózkiem, żeby pogłaskać rudawe włoski córeczki. Luna zachichotała słodko, chwaląc się przy okazji dwoma pierwszymi ząbkami i machając gryzakiem.
***
- Od czego zaczniemy? - Pepper spojrzała na rudzielca, kładącego śpiącą córeczkę w łóżeczku w salonie głównym wieżowca, gdzie wszędzie walały się wzory ślubnych zaproszeń, informacje o restauracjach, zespołach i innych takich, a także projekty sukien ślubnych i dekoracji sali, która swoją drogą była szesnaście pięter niżej, a miało się odbywać wesele.
- Nigdy nie planowałem ślubu - przyznał Mirit. - Ale myślę, że możemy spokojnie użyć tego, co przygotowałaś - wskazał gruby notatnik, gdzie kobieta wypisywała sobie co i jak w sprawie organizacji. Sala, kolory, ilość gości, wiek gości (tzn. czy jakieś dzieci), prośby Tonyego, własne marzenia odnośnie tej ich nadciągającej, wielkiej uroczystości... Wszystko.
- Jak na razie z pomocą tego mam wszystko w powijakach - przyznała niechętnie, bo z reguły jej plany były bezbłędne.
- Spokojnie - Van ujął jej dłonie, uśmiechając się pokrzepiająco. - Usiądźmy. Jestem pewien, że szybko wszystko uporządkujemy.
- A jak nie? Albo coś później nie będzie pasowało Tonyemu?
- Anthony powiedział, że zostawia wszystko w twoich rękach. Na pewno będzie szczęśliwy tak długo, jak ty też będziesz - powiedział. - Chyba właśnie dla uszczęśliwiania tych, których się kocha, jest się przy nich, prawda?
- A ty i Bruce? - zapytała zanim zdążyła się powstrzymać. Miała przeprosić go za to, ale ścisnął tylko nieznacznie jej rękę.
- Pokochałem go gdy tylko pierwszy raz się spotkaliśmy - powiedział, uśmiechając się delikatnie. - Potem chyba zjadł jedno z ciasteczek, które Vanowie zjadają, kiedy szukają odwagi, żeby wyznać uczucia komuś, kto jest dla nich ważny albo swojego przeznaczenia. Nigdy nie dowiem się, czy Bruce wybrał mnie jako mnie, czy pomylił z panią Romanoff, rozkojarzony alkoholem. Ale teraz... Pomimo tych wszystkich nieścisłości - jestem szczęśliwy i wiem, że on też jest. Sytuacja Anthonyego i twoja jest łatwiejsza, dlatego wykorzystajmy to i zróbmy wam wspaniały ślub i jeszcze wspanialsze wesele. Dobrze?
Pepper odetchnęła cicho.
- Masz rację. Zajmijmy się tym - uśmiechnęła się delikatnie. - Przecież kiedy oni za tydzień wrócą nie będzie już czasu na takie rzeczy. Zostaną tylko ostatnie poprawki, potwierdzenia od gości do znotowania i dopasowanie garnituru dla Tonyego.
- Słyszałaś?
Zamrugała zdziwiona.
- Niby co?
- Zdeterminowaną kobietę, która spełni już wkrótce swoje marzenie o byciu księżniczką na własnym ślubie.
Zaczerwieniła się lekko, zaskoczona tą uwagą.
- Od czego powinniśmy zacząć?
- Masz już tutaj wszystko. Powiedz mi, czy ślub i wesele organizujecie w wieżowcu, czy raczej tylko to drugie?
- Najpierw chcieliśmy udać się do jakiegoś księdza albo coś, ale oboje wierzymy tak na słabe 2+, więc zaprosimy urzędnika.
- Wygodniej będzie tutaj. Na dole jest całe piętro do różnych wielkich okazji, prawda?
Potwierdziła.
- Mogę udekorować sale? - zapytał, notując ołówkiem informacje obok sali, że będzie to jedno z pomieszczeń wieżowca.
- Znasz się na tym?
- Jestem Vanem - zaśmiał się cicho. - Potrafię udekorować wszystko, niezależnie od rozmiarów.
- Brzmi przekonująco. Wasz ogród to też ty?
- To akurat nie - zaprzeczył lekko. - Ogrodem zajmuje się Bruce, dzięki temu łatwiej mu zachowywać spokój. Ma rękę do wrażliwych roślin. - Ja i Luna tylko trochę tam pielimy albo podlewamy, gdy Avengers mają jakieś zadanie i ich dłuższy czas nie ma - dodał.
- Rozumiem. Nie ma problemu, będę zaszczycona jeśli zajmiesz się dekoracjami - zapewniła, obserwując ciepło z jakim zaangażowaniem zapisuje swoje imię obok drugiego i trzeciego punktu jej listy. - Jak ty to wszystko opanujesz z Luną na głowie?
- Będzie mi pomagać - stwierdził wesoło. - Jaką chciałabyś kolorystykę? Wolisz kwiaty żywe czy raczej niekoniecznie? Papierowe ozdoby i takie z materiału mogą być równie piękne.
- Chciałabym kwiaty. Dużo białych kwiatów i może trochę błękitnych.
- Następne. Muzyka. Na tym się akurat nie znam.
- Jarvis będzie się zajmował muzyką.
- Umie to? - zapytał zaciekawiony.
- Potrafię rozróżnić sześćdziesiąt typów i ponad trzystu twórców z różnych okresów w historii, pani Banner - odezwał się mechaniczny głos Jarvis, przyjemnie odmienny od zwykłych ludzkich głosów, wprowadzający odrobinę większego spokoju i zainteresowania do salonu, co pozwoliło do końca rozwiać pozostałości obaw Pepper, ukrywające się w różnych zakątkach.
- To wszystko przez Tonyego. Ma hopla na punkcie słuchania czegoś, czegokolwiek by nie robił. Czasem aż nie mam do niego siły - pokiwała lekko głową, wyraźnie rozbawiona sytuacją. - Mirit...
- Tak?
- Nie męczy cię to, że tutaj jesteś traktowany jak kobieta? - zapytała.
- Skąd to pytanie? - zamrugał zdziwiony.
- Nawet Jarvis nazywa cię pani Banner, na co dzień nosisz najczęściej sukienki, musisz znosić zaczepki...
Mirit machnął lekko ręką.
- To ja postanowiłem, że będę nosił stroje takie, a nie inne. Są wygodne i naprawdę ładne - pogładził materiał błękitnej tuniki do pół uda, haftowanej w białe motyle. - Nazywają mnie kobietą, ale nigdy tego nie potwierdziłem, ani temu nie zaprzeczyłem, dlatego nie sądzę żebym miał się czym przejmować. No i mieszkamy na co dzień daleko stąd, raczej nie bywamy w mieście, więc tak naprawdę nie słyszę zaczepek. Były chyba jeden raz. Jakiś dzieciak postanowił udowodnić kolegom, że jest wielki i w ogóle, ale przecenił swoje możliwości, i nie wziął pod uwagę tego, że mogę mieć coś wspólnego z Hulkiem, którego próbowano namówić na wywiad - zachichotał. - Chyba przez tydzień, który wtedy byliśmy tutaj, bo Bruce miał wykłady, w gazetach i telewizji spekulowano kim jestem. Z ciekawości przeglądałem go z Natashą, śmiejąc się z najdziwniejszych pomysłów ludzi.
- Wydawało mi się, że Hulk i ty...
- Nie mamy właściwie nic wspólnego - powiedział. - Nawet na siebie nie trafiamy, więc można powiedzieć, że łączy nas tylko Bruce. Ale to wystarczająco dużo, żeby Hulk mnie ochronił. Tak naprawdę bardzo mu zależy na tym, żeby go po prostu zaakceptowano - melancholijne spojrzenie Mirita przez chwilę błądziło po oknie na przeciwko kanapy, z którego widać było doskonale zachód słońca. - To smutne, jak bardzo ludzie potrafią kogoś podziwiać, wyróżniać na bohatera i jednocześnie się bać...
Nie zdążyła znaleźć żadnej odpowiedzi ponieważ w salonie rozległ się cichy płacz Luny, której drzemka już najwyraźniej nie odpowiadała.
Mirit podszedł do łóżeczka i nachylił się, sięgając smukłą dłonią do miękkiego policzka córeczki.
- Moja mała gwiazdka - zanucił, patrząc ciepłym, zielonym spojrzeniem w głąb jej otwartych szeroko, zainteresowanych jego osobą, oczek.
Luna często tak patrzyła. Mirit tłumaczył, że mała jest pół Vanem i na swój sposób uczy się powoli, patrząc na to, co ją otacza. Wbrew pozorom była niemal jak normalny ziemski brzdąc, ale nauka w jej wypadku była bardziej dynamiczna. Uczyła się szybciej, a ponieważ była częściowo Vanem - prawdopodobnie czekała ją przyszłość z pamięcią absolutną. Vanowie nie zapominali tak jak ludzie, Jotuni albo Asowie. Ich pamięć, pielęgnowana w schematach, dzięki którym emocje były pod kontrolą, a umysł zabezpieczony przed niechcianą ingerencją, musiała być potraktowana specjalną, bardzo niebezpieczną magią, aby wyeliminować z niej chociaż kawałek jakiegoś doświadczenia. To było niesamowite, ale jednocześnie trochę przerażające. Gdy Bruce dowiedział się od Mirita, że gdyby się rozstali, młody mężczyzna nigdy nie zapomniałby ani chwili z tych kilku, które spędzili razem, zmartwił się okropnie. Chociaż byli razem i tak poczuł się winny, że mógł być przyczyną nieustającej udręki młodszego.
- Virginio...
- Tak?
- Nauczyłabyś mnie piec ten placek z orzechami, który czasem robisz z okazji różnych lepszych okoliczności?
***
Tydzień.
Błąkali się gdzieś w głębi rosyjskiego, lodowatego zadupia tydzień. I jak na razie nie znaleźli nic, ale przed trzema dniami stracili łączność ze światem. Bruce był pewien, że Mirit i Virginia się martwią.
- Dobra, wpadliśmy w pułapkę - burknął zdenerwowany, gdy czwarty raz minęli ten sam zrujnowany dawno temu, pewnie przed kilkoma laty, obóz jakiś biedaków, których zarysy widać było pod grubą warstwą zamarzniętego śniegu. Miał dość tego widoku. - Chodziło o zwabienie nas i wykończenie. A teraz zawróćmy do początku trasy i lećmy do domu zanim komuś coś za bardzo odmarznie i to się skończy amputacją.
Jak grochem w ścianę.
Wszyscy zajęci rozglądaniem się dookoła. Jakie to było denerwujące.
Wszystko było denerwujące!
- Mam wam przypomnieć, że mamy jeszcze ślub za kilka dni? Tony, twój ślub! - krzyknął do Iron Mana, badającego teren jakimś skanerem.
- Bruce, coś tu jest - powiedział poważnie Steven. - Bez powodu byśmy się tu nie znaleźli.
- Skąd wiesz? Ile razy już Hydra zastawiała pułapki tylko po to żeby się nas pozbyć na odległość?!
- Bruce - Natasha chwyciła mężczyznę za rękę. - Uspokój się! Wszyscy się martwimy, jesteśmy zdenerwowani i zdezorientowani, ale nie możemy dać się aż tak kontrolować naszym emocjom. To nam nie pomoże.
- Skąd mogę wiedzieć, że Tony zaraz nie wyczerpie energii i nie zacznie zamarzać, albo że ta pułapka nie miała nas tylko wywabić na drugi koniec świata, żeby Mirit, Luna, Pepper albo ktoś równie dla nas ważny byli w tym czasie odsłonięci i bezbronni?
Najwyraźniej wypowiedział na głos obawy wszystkich, bo gdy na nich spojrzał, cały rozedrgany nerwów, przez które jego twarz była już nieznacznie zielona, każdy po kolei odwracał wzrok.
Byli na jakimś pustkowiu, gdzie lodu było wystarczająco dużo, aby ślizgać się przy każdym kroku; nie było wokół nich nic żywego, za to mnóstwo ogłupiającej w swej perfekcji bieli śniegu; padły urządzenia komunikacyjne, Tony próbował przez zbroję połączyć się z Jarvis albo Pepper, ale to nic nie dawało. Z każdą godziną było coraz zimniej.
I nagle w tej ciszy odezwał się Clint.
- Wszyscy na ziemię!
Runęli instynktownie w ostatniej chwili - kilka sekund później z każdej strony padły strzały, którym towarzyszyły głośne, ogłupiające huki.
Bruce Banner stracił resztki kontroli. Wielki, zielony Hulk rzucił się w stronę jednego ze źródeł chaosu, dysząc wściekle i roztrzaskując wszystko, co znalazło się na jego drodze. Włącznie z dwójką strzelców, którzy wcześniej ukrywali się wśród zasp, strzelając z automatycznego karabinu.
***
- Nie ma kontaktu - powtórzyła Pepper, uderzając bezradnie pięścią w pulpit wypełniony po brzegi przyciskami, dźwigniami i małymi guziczkami z różnymi znakami. Na ekranie wciąż były tylko zakłócenia. - Nie jesteśmy w stanie nawiązać kontaktu nawet z Tonym - powiedziała ciszej, łamiącym się głosem.
Mirit położył jej dłoń na ramieniu.
- Spokojnie, Virginio - poprosił, uśmiechając się łagodnie, gdy spojrzała mu w twarz. - Technologia nawaliła, ale to jeszcze nie jest wszystko, co możemy zrobić.
- Ale...
- Teraz ja spróbuję, dobrze? Po vanaheimsku.
- Co to oznacza?
- Przytrzymaj przez chwilę Lunę - podał jej dziewczynkę, którą dotychczas próbował uśpić kołysanką i chodzeniem po pracowni Starka w kółko do znudzenia. - I... Nie podchodź do mnie, dobrze?
Była wystarczająco zaskoczona, aby pokiwać tylko głową.
Mirit przeszedł przez pomieszczenie aż do okna, które znajdowało się wystarczająco daleko od biurka Starka i komputera, aby nie budziło go, gdy padał przy pracy ze zmęczenia. Usiadł na ziemi po turecku, opierając dłonie na swoich skroniach. Zamknął oczy i znieruchomiał. Pepper nie mogła wiedzieć ile wysiłku kosztowało go zbliżenie się w schemacie, wedle którego porządkował doznania i całą resztę do kwiatów, w których przechowywał nadzieję. Podniósł jeden z nich, piękny, błękitny jak czyste wiosenne niebo, posiadający cienkie, delikatne listki dookoła płatków, przypominające przejrzyste szkło. Chwytając się więzi, która łączyła go z tą roślinką, przeniósł się, dosłownie. Z własnej świadomości do innej. Trzymając go przy sercu w mentalnym świecie, otworzył szeroko mieniące się setkami barw oczy w tym rzeczywistym i Pepper krzyknęła, gdy nagle całe ciało Mirita zafalowało jakby było rozwiewającym się dymem, a potem ponad nie uniosła się niewyraźna postać, rozkładająca szeroko do lotu śnieżnobiałe skrzydła. Czymkolwiek ta istota była - przeniknęła przez okno, a potem rozpłynęła się w powietrzu. Mirit zaś wciąż siedział, teraz jednak z otwartymi wcale nie zielonymi oczami... Już nie błyszczały.
***
Hulk oszalał.
Pozbyli się już snajperów i innych niespodzianek, ale on nadal na wszystko się rzucał. Natasha przeleciała prawie cztery metry, gdy spróbowała go uspokoić; Tony wolał się nie zbliżać ze względu na obniżoną sprawność zbroi; Clint nie miał środków uspokajających, które mogłyby się przebić przez skórę Hulka i go powalić - taka słonia dawka zdecydowanie zaszkodziłaby normalnemu człowiekowi toteż były w niej braki; Steve musiał zasłaniać się tarczą, gdy spadł na niego grad kilkunastu potężnych ciosów.
Wszystko wskazywało na to, że to nie wróg, a sprzymierzeniec ich wykończy, bezradnych w krainie królowej śniegu. I wtedy nad ich głowami coś przeleciało. To nie była żadna maszyna. Mogli to stwierdzić chociażby dlatego, że wylądowało niespodziewanie na ramieniu Hulka, mniejsze od niego, ale jednak większe od nich. Wyglądało dosyć humanoidalnie, ale całe się mieniło jak kawałek pryzmatu, a na plecach miało wielkie skrzydła, których biel zdawała się być nawet intensywniejsza od bieli śniegu... Zanim zalało go mnóstwo krwi.
- Co to u diabła jest?? - wydyszała Natasha, opierając się na ramieniu Clinta.
- Mogę zgadywać, ale z diabłem to raczej ma mało wspólnego - wymamrotał Tony, chwiejnie się do nich zbliżając. W kilku miejscach zbroję pokrywał lód. Najwyraźniej ogrzewanie wewnętrzne pancerza nawalało już konkretnie.
Istota ściągnęła na siebie całą uwagę Hulka, który spróbował ją chwycić. Umknęła z jego ramienia i usiadła na pięści, a potem znowu na ramieniu. Przez chwilę zabawa w kotka i myszkę trwała. Aż nagle to mieniące się coś znalazło się tuż przed twarzą zielonego i chwyciło ją w swoje, w tej sytuacji śmiesznie małe, dłonie. Śnieg wokół stopniał i grube pędy owinęły się wokół nóg oraz rąk Hulka, unieruchamiając go pomimo wściekłego warknięcia i nagłej szarpaniny.
Istota coś powiedziała, a potem nachyliła się, opierając czoło o czoło wielkoluda.
Hulk nagle znalazł się w swoim i Bannera umyśle. Pierwszy raz widząc panujące tam zamieszanie. Z jednej strony ujrzał lekko zaniedbany las pełen kwiatów i drzew - odgrodzony od niego czymś podobnym do szkła. A z drugiej, w której się znalazł, ogrom ruin i chaosu. Wiedział, że ta gorsza połowa, w której właśnie był, to on i złościło go to tak bardzo, że miał ochotę rzucić się na tę lepszą i roztrzaskać ją w pył. Nawet gdyby strzaskanie zasłony miał trwać.
- Wyglądasz tak strasznie - odezwała się istota, wciąż, nawet w tamtej chwili, w ich głowie, tak samo spokojna i dotykająca ciepłymi dłońmi jego twarzy. - Ale nie jesteś straszny.
Warknął cicho, wydając z siebie przy tym głos, który miał być oskarżeniem obcego skrzydlatego blasku o kłamstwa. I ostrzeżeniem, że za chwilę go rozszarpie.
- Lubię cię, Hulk.
Jego uniesiona pięść zamarła w powietrzu.
- Czego ty chcesz od Hulka? - wydusił z siebie z wysiłkiem ponieważ zazwyczaj unikał mówienia. Warczenie i ryki wydawały się lepiej pasować do bestii, którą był.
- Żebyś się uspokoił - istota pogłaskała go palcami po policzku. - I uśmiechnął. Wtedy wyglądasz bardzo sympatycznie.
Warknął, robiąc potężny krok w tył, w stronę chaosu.
- Chciałbyś żeby twoje przeżycia też miały jakiś sens?
- Bo co? - zabrzmiał, szczerząc zęby, chociaż z jakiegoś powodu był pewien, że nie ugryzie tego obcego. Zbyt go do niego przyciągało.
- Bo mogę sprawić, że nie będziesz musiał zazdrościć schematowi Mirita w tej części waszego umysłu, która należy do Doktora.
- Jak? - zapytał ciężko, nie to żeby naprawdę chciał pomocy, ale jednocześnie coś pchało go do zadania tego pytania. To samo coś, co sprawiało, że miał ochotę także dotknąć twarzy skrzydlatego światła.
- Powierzę ci mój schemat. I przyjmę w nim ciebie.
Zamrugał, mrużąc powieki i patrząc na niego mniej ufnie, zdziwiony ale zaintrygowany. Nikt nigdy nie był zainteresowany tym żeby w jakikolwiek sposób "związać się" z Hulkiem bardziej niż na potrzeby misji i nie stracenia przyjaźni Bruce'a Bannera.
- Po co ty miałbyś przywiązywać się do Hulka?
Istota zaśmiała się znajomo, ale niewyraźnie. Jakby głos tłumiła wielka odległość.
Zamiast odpowiedzieć postać stanęła na usłanym ruinami podłożu i światło przygasło. Hulk mógł spojrzeć na młodzieńca do złudzenia wyglądającego tak jak Mirit. A jednak jego włosy były bliższe jednolitej czerni, oczy mieniły się wszystkimi barwami, skóra była jaśniejsza i pokryta tajemniczymi znakami... No i jeszcze te wielkie skrzydła.
Skrzydlate światło nie wyglądało ani trochę jak człowiek, raczej bliżej było mu do...
- Tak wygląda bestia w Vanaheimie - powiedział. - Są Vanowie, którzy zaznali cierpienia i wewnątrz pękli na dwoje. Ja jestem Tirim, druga połowa Mirita. I jestem tu, bo chcę zostać zaakceptowany przez kogoś, kto mnie zrozumie.
Hulk nie sądził, aby trudno było komukolwiek zaakceptować tego, którego miał przed sobą. Był... Wyglądał jak skrajne przeciwieństwo tego wszystkiego, co reprezentował on sam.
- Czy mogę... Zostać częścią ciebie?
Hulk przechylił wielką głowę, a potem wzruszył ramionami.
- Jeśli tak bardzo chcesz - mruknął, bo właściwie nie wiedział co miałby zrobić. Pierwszy raz Hulk nie chciał bić, a to oznaczało, że był zagubiony jak dziecko, które nagle odkryło, że istnieje więcej niż jedna ciekawa zabawa.
- Mirit i Bruce Banner wykonali rytuał, dlatego nie musimy robić nic skomplikowanego - znowu uniósł się w powietrze i chwycił go za twarz, nachylając się w dół. Ich czoła znowu się ze sobą zetknęły, ale tym razem było inaczej.
Hulk trafił do schematu, który pielęgnował Tirim. I otwarły się przed nim, kompletnie zdezorientowanym, dziesiątki emocji, których nie znał, a wśród nich mnóstwo strachu i złości, bezradności i determinacji zakrywającej na szaleństwo. Schemat odbijał się wśród jego ruin. Wyrosły tam wielkie dzikie drzewa przepełnione strachem, które obejmowały bluszcze i pnące się róże determinacji. Złość trysnęła między nimi zamieniając się w źródło, którego taflę pokryły unoszące się i kołyszące łagodnie nenufary, promieniujące poczuciem bezpieczeństwa i akceptacji. Mirit miał w sobie dobre emocje przypominające wolne ptaki, Tirim dzikie koty, pumy i tygrysy kryjące się w zaroślach, reprezentujących pragnienie akceptacji.
Im kompletniejszy był schemat, tym bardziej Hulk w pewien sposób rozumiał. Rozumiał, że w Vanaheimie wygląd Tirima nie był piękny - był przerażający. To tak jakby usłyszał to nagle i jednocześnie poczuł. Dla Vanów czyjeś rozbicie było niemal odrażające i tacy jak Mirit ukrywali się, bojąc przyznać do tego, że coś w nich jest niejasne.
Kiedy Hulk zaczynał coraz śmielej przejawiać tę bardziej ludzką część siebie, zainteresowany tym, co zaczynało go otaczać i co oznaczało, przebywający już w jego świadomości Tirim stal z rozłożonymi ramionami i w skupieniu wczuwał się w to, co działo się wewnątrz Hulka. W przeciwieństwie do Mirita, nie próbował ani na chwilę uporządkować jego doznań. Był gotów na to jak bardzo mogą być dla niego bolesne i wstrząsające. Nie drgnął nawet, chociaż przestraszył się w pierwszym momencie, gdy pośród drzew jego schematu wyrosły skruszone ściany budynków symbolizujące brutalność i agresję Hulka oraz pewnych jego doświadczeń. Poza tą jedną rzeczą, wszystko inne samodzielnie wpasowało się w jego schemat w sposób, który był w stanie zaakceptować i zrozumieć. Czuł to, co przez czas swojego istnienia zdążył już przyswoić Hulk. Jego bezradność; gniew; zalążki miłości, które opętały go w pierwszych latach ze względu na intensywne uczucie doktora Bannera i kobietę wyjątkowo dobrą dla niego, nawet jeśli był bestią; radość i satysfakcję gdy mógł niszczyć i zabijać; nadzieję na uwolnienie się od kontroli Bannera ilekroć ten zaczynał czuć choćby irytację, a potem... Aż zachłysnął się z wrażenia, bo chociaż nie zmusiły go do czynnego uczestniczenia w wydarzeniach wypełniające jego schemat budynki... To nie potrafił poskromić własnej natury, gdy nagle na tafli źródełka spoczął duży, biały kwiat. Jego znaczenie było zbyt zagmatwane, aby opisać je przez jedną emocję lub reakcję, ale chodziło o to, że Hulk wbrew podejrzeniom Bannera, wiedział o Lunie. I to dlatego w ostatnich miesiącach był bardziej niespokojny niż kiedykolwiek. Chociaż ostatnią rzeczą której wielki Hulk by chciał było skrzywdzenie dziewczynki... Był w pewien sposób zazdrosny o to, że doktor stara się odepchnąć go od siebie jeszcze bardziej, myśląc, że w ten sposób ochroni małą.
- Ona jest też nasza - powiedział, uśmiechając się mimowolnie, gdy znów znaleźli się w jednej przestrzeni, na przeciwko siebie. - Mirit powie o tym Bruceowi - obiecał.
- Zostawiasz Hulka?
- Teraz już nie miałbym jak cię zostawić - wyciągnął dłoń, a potem, dotykając jego twarzy, wzbił się wyżej i pocałował zielone wargi. - Ale muszę wrócić, inaczej Mirit mógłby się już nie obudzić.
I zniknął.
***
Mieniąca się postać wylądowała za plecami Mirita, a potem rozpłynęła się w powietrzu. Zielony kolor wrócił nagle do pustych oczu i Van upadł ciężko na ziemię, oddychając z trudem.
- Wkrótce wrócą, Virginio. Zobaczysz...
***
- Mówię ci! Pepper, kochanie, widzieliśmy anioła! - rozemocjonowany Tony opowiadał o skrzydlatej istocie, która opanowała Hulka, zdając swojej ślicznej Virgini dokładną relacje z przebiegu misji żeby wiedziała dlaczego stracili kontakt. I już nie patrzyła na niego z takim wyrzutem.
- Wydaje mi się, że...
Mirit poruszył się niespokojnie.
- To naprawdę niesamowite - powiedział, wchodząc jej w pół słowa. - Żałuję, że nie widzieliśmy tego. Prawda, Virginio?
Pepper zdziwiona zamrugała, kompletnie nie rozumiejąc zachowania Vana, który puścił jej tylko oczko, przykładając palec do ust, a potem oparł głowę na ramieniu Bruce'a, przymykając powieki. Luna siedziała mu na kolanach, z zaangażowaniem ciamkając w buzi ulubiony gryzak w kształcie motylka, kompletnie nie świadoma na jak ważne tematy toczą się wokół rozmowy.
- Przywiozłem panu młodemu garnitur! - rozległo się od progu i do salonu wkroczył energicznie Phil, niosąc opakowany w zabezpieczającą folię garnitur. - Jeszcze nigdy nie szukałem ubrania bez modela, ale wymiary są dobre - uśmiechnął się lekko zakłopotany.
- Jest pan wspaniały, Agencie! - zakomunikował Mirit, który był pomysłodawcą zwrócenia się do mężczyzny po dobór stroju. Tak na wszelki wypadek, jakby Tony nie miał kiedy przymierzyć setki strojów w poszukiwaniu jednego.
- Dziękujemy, panie Coulson - dodała Pepper, wstając żeby zabrać owy garnitur i zaprosić mężczyznę do zajęcia miejsca na którejś kanapie. Phil wybrał miejsce obok Kapitana Ameryki, co nie zdziwiło nikogo.
- No, moi drodzy... Do ślubu zostały dwa dni - stwierdził Steve. - Czy wszyscy już wszystko wiedzą? Wiecie... Żeby nie było wpadki.
- Zaraz wam wyłożę co i jak - Virginia sięgnęła z półki swój zeszyt z listą dotyczącą ślubu i wszelkich przygotowań.
- Nie mam pojęcia gdzie ja znajdę fioletową sukienkę - stwierdziła, dosyć żartobliwie, Natasha, niespecjalnie zmartwiona swoim podbitym okiem. Już nie takie rzeczy zasłaniała makijażem.
- Jako druhna raczej musisz pomyśleć o odpowiedniej białej. W tej kwestii chce zachować tradycje - Pepper pogroziła jej palcem.
Wszystko było takie spokojne i szczęśliwe pomimo kilku większych siniaków i bandaży, jakie Avengersi dopiero co mieli opatrywane.
A w innej rzeczywistości, ograniczonej do dwóch oddzielnych świadomości, Tirim uczył Hulka jak wykorzystywać łączącą nowe schematy więź do komunikacji między ciałami. I sprawiało mu to niesamowitą przyjemność, momentami bawiąc niemal do łez, gdy niewielkie pomyłki Hulka wypaczały komunikaty.
Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com