Chào các bạn! Truyen4U chính thức đã quay trở lại rồi đây!^^. Mong các bạn tiếp tục ủng hộ truy cập tên miền Truyen4U.Com này nhé! Mãi yêu... ♥

11

Obudziło mnie lekkie potrząsanie. Rozchyliłam powieki i kilkakrotnie zamrugałam, by wyostrzyć obraz. Zobaczyłam Dylana kucającego obok mnie. Na zewnątrz świeciło słońce, a jego promienie oświetlały pomieszczenie. Stwierdziłam, że budzi mnie ze względu na zmianę warty, ale on, kładąc palec na ustach, kazał mi się zachowywać cicho.

— Ktoś tu jest. — powiedział ledwo słyszalnie.

Usiadłam, starając się nie robić żadnego hałasu. Serce zaczęło mi walić. Co, jeśli to strażniczki? Nie mamy jak stąd uciec, jesteśmy w pułapce. Na pewno dostały rozkaz zabicia Dylana, a mnie – sprowadzenia z powrotem. Chłopak podniósł się i wyciągnął broń zza paska.

— Zostań tu. — mruknął, udając się wolnym krokiem w kierunku drzwi.

Pistolet ciągle trzymał wyciągnięty przed siebie. Gdy zniknął z mojego pola widzenia, także wstałam i dyskretnie udałam się w kierunku drzwi. Wychyliłam delikatnie głowę za framugę. Dylan zbliżał się do jakiegoś mężczyzny obróconego tyłem. W jednej chwili mi ulżyło, ponieważ nie były to strażniczki, ale nie oznaczało to, że jesteśmy bezpieczni. Nie wiadomo, kim był ten człowiek.

Brunet nadepnął na odłamek szkła. Dźwięk był cichy, zazwyczaj ledwie słyszalny, ale dla panującej tu ciszy mógł być porównywalny z grzmotem pioruna. Nieznajomy gwałtownie się odwrócił. Dylan ciągle trzymał wycelowaną w niego broń. Chłopak nawet nie drgnął, został w tej samej pozycji, w której się zatrzymał. Przybysz już miał wyciągnąć własną broń, ale coś go powstrzymało i cofnął rękę. Był średniego wzrostu i miał rude włosy, jego ubrania były brudne i zniszczone.

— To ty? — Dylan odezwał się do przybysza. — Dean? — opuścił broń. — Co ty tutaj robisz?

— O to samo mogę zapytać ciebie. Zniknąłeś dwa lata temu, wszyscy cię szukali. — mężczyźni podeszli do siebie i się uściskali, jakby byli starymi, dobrymi znajomymi.

Ja nadal tkwiłam w tym samym miejscu, nie wiedząc, czy mogę się pokazać.

— Złapali mnie — powiedział zdenerwowany Dylan.

Niestety, nie mogłam zobaczyć wyrazu jego twarzy, ponieważ ciągle był odwrócony tyłem.

— Poważnie? W której fabryce byłeś? Wszędzie mamy wtyki, to nie możliwe, że nikt cię nie zauważył, chyba że... — brunet pokiwał głową.

— Trzymali mnie w Centrum Wyboru — wyjaśnił.

Dean zrobił zaskoczoną minę.

— Przecież stamtąd nie da się zwiać! Jak to zrobiłeś? — krzyknął.

— Zamknij się, ktoś może się tu kręcić. Zwłaszcza teraz, gdy nas szukają. — włożył broń z powrotem za pas i zakrył koszulką.

Przy tym ruchu napięły się mięśnie jego pleców i ramion.

— Nas? Jesteś tu jeszcze z kimś? — Dean zaczął rozglądać się nerwowo.

Dylan pokiwał twierdząco głową.

— Tak, pomogła mi uciec. — odwrócił się i zaczął podążać w moim kierunku, rudowłosy szedł zaraz za nim.

Cofnęłam się kilka kroków. Zaraz potem stanęliśmy naprzeciwko siebie. Szare oczy Deana kilka razy przeskanowały mnie od góry do dołu.

— Proszę, proszę. Jaka ślicznotka. — zatarł dłonie.

Przełknęłam ślinę, ponieważ sposób, w jaki na mnie patrzył, był odrażający. Nie było jak spojrzenie Dylana, kiedy pierwszy raz się spotkaliśmy. W jego oczach było widać nienawiść, a oczy Deana wyrażały coś całkiem innego. Ciarki przeszły mi po plecach. Zrobiłam krok w tył.

— To Dean, mój stary przyjaciel. Dean, to Melanie — powiedział, jakby od niechcenia Dylan.

Rudy przechylił głowę i spojrzał na mnie uważnie, marszcząc brwi.

— Nie wiem dlaczego, ale mam wrażenie, że skądś cię znam.

Zagryzłam wargę. Dylan podszedł do mnie i stanął obok.

— Więc, dlaczego tutaj jesteś? — gładko zmienił temat.

— James mnie wywalił. Stwierdził, że ich zdradziłem, a tak naprawdę to gówno prawda. Nie chciał mnie słuchać — warknął, krzyżując ręce na piersi.

— Poważnie? Co się stało?

— Spotkałem się z jedną z nich, bo stwierdziłem, że może mieć jakieś informacje. Ktoś mnie zobaczył i doniósł o tym Jamesowi, a ten wywalił mnie na zbity pysk. — wyglądał tak, jakby miał zaraz czymś rzucić, ale na szczęście nie miał niczego pod ręką.

Przerażał mnie. Nie chciałabym go spotkać na swojej drodze, gdy byłabym sama. Wyglądał na kogoś, kto nie ma sumienia. Spojrzałam na Dylana, który zachowywał kamienną twarz.

— Gdzie zmierzasz? Jesteś blisko gniazda os, mogą cię łatwo złapać.

— Jak ciebie? — uśmiechnął się półgębkiem.

Dylan nadal stał niewzruszony, a dzięki jego ramieniu lekko stykającym się z moim, czułam napięcie jego mięśni. Dean znów przeniósł swój wzrok na mnie, przez co również się spięłam. Chciałam, aby sobie poszedł i żebym już nigdy nie musiała na niego patrzeć.

— Mam zamiar zdobyć jakąś cenną informację i udowodnić Jamesowi, że niesłusznie mnie wyrzucił — mówiąc to, ani na chwilę nie spuścił ze mnie wzroku.

Wyglądał, jakby chciał poznać każdy zakątek mojego umysłu, co stanowiło go jeszcze bardziej przerażającym.

— Melanie, chodź na słowo. — brunet zaczął kierować się na korytarz, a ja czym prędzej ruszyłam za nim.

Nie chciałam nawet przez moment zostać sam na sam z tym typem w jednym pomieszczeniu. Odeszliśmy kawałek i dopiero, gdy Dylan był pewien, że Dean nas nie usłyszy, zatrzymał się.

— Będę musiał się przespać, bo długo tak nie pociągnę. — potarł dłonią czoło. — Zostawię ci naładowaną broń. Dean raczej nie zamierza nas na razie opuścić, a coś mi w nim nie gra. James nie wyrzuciłby nikogo z tak błahego powodu, za bardzo zależy mu na ludziach.

— Kim jest James? — przerwałam mu, ponieważ zauważyłam, że to imię padło już kilkakrotnie.

— To teraz nieważne, będziesz miała przyjemność go spotkać, jak już dotrzemy na miejsce. W każdym razie uważaj na Deana i nie zawahaj się strzelać, gdyby czegoś próbował, lub gdy jego zachowanie wyda ci się podejrzane. Obudź mnie pod głupim pretekstem. Dobra? — uniósł brwi, czekając na moją odpowiedź.

— On cały czas wydaje mi się podejrzany. I ten jego wzrok. — znów przeszły mnie ciarki.

— Nigdy nie był przyjemną osobą — potwierdził. — Będziesz ostrożna? — pokiwałam głową. — Pokażę ci, jak trzymać broń. — wyciągnął pistolet, by mi go podać.

Chwyciłam nieporadnie broń w obie dłonie. Dylan stanął za mną i poprawił mój uchwyt. W momencie, kiedy zetknęły się nasze ciała, skóra zaczęła mnie dziwnie mrowić, a w miejscach, w których się stykaliśmy, wytworzyło się ogromne ciepło, choć mogło mi się tylko wydawać.

— Musisz trzymać go pewnie i mocno, aby nie wypadł ci z dłoni. Ręce trzymaj wyprostowane w łokciach i za nic nie zginaj ich podczas strzału, ponieważ kula poleci w całkiem inne miejsce. — jego ciepły oddech połaskotał mnie po policzku i poruszył moimi włosami.

Ciężko było mi się skupić, gdy był tak blisko mnie. Nie wiem co się wtedy ze mną działo, ale nie potrafiłam racjonalnie myśleć. Serce waliło mi tak, jakby zaraz miało mi wyskoczyć z piersi. Jestem pewna, że on to czuł, ale to ignorował.

— Rozumiesz? — pokiwałam energicznie głową, zbyt energicznie.

Chłopak w jednym momencie się odsunął i znalazł się naprzeciwko mnie.

— Wracajmy, bo jeszcze nas okradnie. — nie czekając na moją odpowiedź, ruszył przed siebie.

Z moją bolącą nogą, ledwo mogłam za nim nadążyć. Dean siedział na parapecie i wpatrywał się za okno. Gdy nas usłyszał, momentalnie zwrócił na nas wzrok. Chwilę później stał już przede mną, zbyt blisko.

— Wiem, kim jesteś — syknął w moją twarz, a ja poczułam jego śmierdzący oddech.

Zainwestuj w odświeżacz do ust, koleś.

— Wyprali ci tam mózg!? — krzyknął, tym razem do Dylana, który stał dwa kroki dalej. — Prowadzisz ją do bazy!? Przecież to córka tego ścierwa!

Do bazy? Zmierzamy do siedziby buntowników?

— Pomogła mi. — warknął.

— Nie uważasz, że mogła mieć w tym jakiś cel? Na pewno jest wtyką! Czy ty jesteś tak naiwny, że tego nie zauważyłeś? Może się w niej zakochałeś, hm? — Dean był wkurzony, przez co przerażał mnie jeszcze bardziej, a to, że stał niecały krok ode mnie, nie pomagało.

— Wybacz, ale nie mogę ci pozwolić, abyś zrujnował to, co tworzyliśmy dziesiątki lat. — nim zdążyłam pomyśleć, o co mu chodzi, poczułam zimną lufę przy mojej skroni.

Przeraziłam się. Zaraz zginę. Na dodatek Dylan nie miał broni, ponieważ dał ją mnie. Zapasowa leżała w torbie, która znajdowała się kilka metrów od nas. Nie ma szans się do niej dostać.

— Opuść broń, Dean. — powiedział spokojnie brunet.

Spojrzałam na niego przerażona, ale on nie patrzył na mnie, jego wzrok utkwiony był w mężczyźnie

— Wyświadczam ci przysługę. — przycisnął mocniej broń do mojej głowy. Przymknęłam oczy, lecz po chwili uświadomiłam sobie, że w zaistniałej sytuacji, to nie jest najlepszy pomysł.

— Naprawdę nie warto, Dean. Ona może nam pomóc. Ze względu na to, kim jest, ma dużo przydatnych informacji. — poczułam się zagubiona.

Przecież on wiedział, że nie miałam o niczym pojęcia! I dlaczego on z nim dyskutował, zamiast działać? On mnie zaraz zastrzeli!

— James na pewno ucieszy się, że ma pod ręką tak dobre źródło informacji. Zobacz, jakie to daje nam możliwości, wreszcie będziemy mogli ruszyć naprzód, ale to się nie stanie, gdy ją zabijesz.

Raptem coś sobie uświadomiłam. Dean cały czas patrzył na bruneta i nie zwracał na mnie uwagi. Dylan próbował odwrócić jego uwagę ode mnie, bym mogła coś zrobić.

Prawą ręką, która była w mniejszym stopniu w polu widzenia rudowłosego, powędrowałam do tyłu za pasek spodni i najdyskretniej jak się dało, wyciągnęłam pistolet. Ciążył mi w dłoni, jakby był zrobiony z kamienia. Bijący od niego chłód nie mógł mnie uspokoić. Przecież to broń, która odbiera życie! Mężczyźni nadal prowadzili dyskusję, nie zwracając na mnie uwagi. Dobrze. Tak ma być.

— Pieprzysz! Nawet nie zauważysz, jak wyśle informację o naszej lokalizacji i tyle, już nas...

Odtrąciłam rękę Deana, wolną dłonią mierząc w jego pierś. Równocześnie z nim pociągnęłam za spust, zamykając oczy. Usłyszałam huk, w uszach przeraźliwie dzwoniło. Moje ręce odskoczyły, poddając się sile wystrzału. Upadłabym, gdybym w porę nie położyła za sobą nóg. Zimna broń wciąż tkwiła w moich rozgrzanych dłoniach, a palec nadal dociskał spust. Czułam, jak coś wielkiego i ciężkiego mnie przygniata, nie dając oddychać. Mentalnie, nie fizycznie, ale to było chyba jeszcze gorsze. Czułam, jak moje drżące dłonie zaciskają się coraz mocniej na rączce broni. Otworzyłam oczy, bojąc się spojrzeć na wyrządzone szkody. Pistolet upadł z łoskotem na betonową podłogę.

Dean chwycił się obiema rękami za brzuch w miejscu, gdzie wykwitła ciemnoczerwona, niemalże czarna plama. Spojrzał na mnie, jakby był zaskoczony, po czym upadł na kolana. Trwał tak przez kilka sekund, aż jego twarz straciła barwy. Gdy to się stało, przewrócił się bezwładnie, nie dając żadnych oznak życia.

— Już myślałem, że się nigdy nie domyślisz.

Usłyszałam głos Dylana, ale nie potrafiłam mu odpowiedzieć, ani na niego spojrzeć. Stałam w kałuży krwi człowieka. Człowieka, którego właśnie zabiłam.

Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com