10
Szliśmy już od paru godzin, a z powodu mojej zranionej nogi, musieliśmy zrobić kilka przerw. Po dwóch godzinach wędrówki Dylan zaproponował mi, że mnie poniesie, ale odmówiłam, nie chcąc sprawiać mu kłopotu i przysparzać kolejnego obciążenia, biorąc pod uwagę fakt, że oboje mieliśmy ciężkie plecaki.
Już dawno zostawiliśmy za sobą Waszyngton. Im dalej byliśmy od centrum, tym byłam coraz bardziej zaskoczona i przerażona. Budowle z każdą milą były coraz bardziej zrujnowane, w pobliżu nie było żywej duszy. Widziałam ogromne bilbordy, które w każdym momencie groziły zawaleniem się na głowę. Ciężko było z nich coś odczytać, choć księżyc świecił jasno. Czas i warunki pogodowe zniszczyły je do tego stopnia, że ledwo mogłam dostrzec zarys kobiecej sylwetki na jednym z nich. Budynki wyglądały, jakby od lat nikt tu nie mieszkał - prawdopodobnie tak też było.
Czułam się dziwnie ze świadomością, że nie miałam nawet pojęcia o tak błahej sprawie. Oznaczało to, że naprawdę niewiele wiedziałam o życiu i tym, co dzieje się na świecie. Przypuszczałam, że jeszcze nie raz będę czymś zaskoczona.
Dylan szedł obok mnie w ciszy. Nie odzywał się więcej, niż było to konieczne. Rozumiałam go, nadal nie czuł do mnie sympatii i raczej ani ja, ani on, nie mieliśmy do tego powodów. Przyjrzałam się jego delikatnie oświetlonemu przez światło księżyca profilowi. Wzrok miał wbity przed siebie, a minę poważną. Jego kurtka delikatnie szeleściła przy każdym ruchu. Był naprawdę wysoki i szczupły, choć mimo to nie brakowało mu mięśni. Policzki miał lekko zapadnięte, a ciemne włosy były zmierzwione. Przez chwilę miałam ochotę je przygładzić, ale szybko odrzuciłam tę myśl, ponieważ było to zwyczajnie głupie.
Przygryzł policzek od środka, a ja zorientowałam się, że patrzę na niego zbyt długo. Odwróciłam wzrok i w tym samym momencie potknęłam się o coś dużego i twardego. Zawyłam z bólu, będąc na dobrej drodze do wylądowania na brudnej ziemi, ale nim to się stało, para silnych ramion chwyciła mnie w pasie i przytrzymała. Spojrzałam na chłopaka, który postawił mnie do pionu i puścił.
— Wszystko dobrze?
Pokiwałam głową, ale gdy oparłam ciężar na zranionej nodze, ból był silniejszy niż przedtem. Oczywiście, musiałam mieć szczęście i uderzyć akurat tą nogą.
Skrzywiłam się.
— Powinnaś bardziej uważać. — westchnął.
— Przepraszam. — mruknęłam pod nosem.
Ale to nie była moja wina! — chciałam dopowiedzieć, jednak po chwili zdałam sobie sprawę, że może i faktycznie to moja wina. Powinnam była patrzeć pod nogi, zwłaszcza, że leżało tu pełno gruzu i innego rodzaju śmieci. Na dodatek było ciemno, ale ja wolałam przyglądać się jemu.
— Dasz radę iść?
Przytaknęłam. Po chwili wahania chłopak znów ruszył przed siebie, a ja zrobiłam to samo. Ból po paru krokach zmniejszył się i mogłam iść w miarę normalnie, o ile ciągłe kuśtykanie można nazwać normalnym chodem.
Znów nastała cisza. Miałam już dość wędrówki. Chciałam się przespać i coś zjeść, ponieważ ssanie w moim brzuchu nasilało się z każdą chwilą. Niestety, musieliśmy ściśle racjonować jedzenie, by wystarczyło nam do następnego schronienia. Miałam dosyć po dzisiejszej nocy, a czekało mnie jeszcze kilka podobnych. Jedynym pocieszeniem było to, że noga niedługo powinna przestać boleć i będzie mi się o wiele lżej chodziło. Moglibyśmy wtedy poruszać się szybciej.
Nadal zastanawiało mnie, dokąd właściwie zmierzamy. Czułam, że będzie mnie to interesować, dopóki nie znajdziemy się na miejscu, lub Dylan mi tego nie zdradzi, w co szczerze wątpiłam. Chłopak był uparty, zamknięty w sobie i wkurzający, a do tego o wszystkim chciał decydować sam. Miałam nadzieję, że gdy pobędę z nim trochę czasu, to zwyczajnie się do tego przyzwyczaję.
— Jesteś szczęśliwa? — pytanie padło niespodziewanie z ust chłopaka.
Chce nawiązać rozmowę? Dlaczego? Jest ciekawy, czy mu się po prostu nudzi? W każdym razie, nie zamierzałam pozostawić go bez odpowiedzi, ponieważ ta cisza zaczynała być uciążliwa.
— Teraz, czy ogólnie?
— Ogólnie. Jesteś zadowolona z takiego życia, jakie masz? — spojrzał na mnie kątem oka, ale od razu odwrócił wzrok, patrząc przed siebie.
— Do tej pory było znośnie. Nie wiem, czy mogę powiedzieć, że to lubiłam. Byłam po prostu przyzwyczajona. Na pewno było nudno. Poza siedzeniem w domu lub chodzeniem na spotkania i rzadkimi odwiedzinami przyjaciółki, nie robiłam nic innego. Dopiero, kiedy pojawiłeś się ty, zaczęło się coś dziać. — albo mi się przewidziało, albo na jego twarzy przez ułamek sekundy zawitał delikatny uśmiech, lecz od razu przysłoniła go maska obojętności.
— Czyli nie żałujesz tego, co się stało? — zapytał z lekkim zdziwieniem.
— Nie, raczej nie. Od dawna wiedziałam, że nie pasuję do tamtego świata. Zawsze robiłam wszystko inaczej. Oczywiście, gdybym została, nikt nie ścigałby mnie i nie postrzelił, oraz nie włóczyłbym się z jakimś tajemniczym gościem po kraju. — uniosłam kącik ust ku górze. — Tylko wtedy byłoby strasznie nudno.
— Zdajesz sobie sprawę, że zdradziłaś swoją matkę i naród? Nawet biorąc pod uwagę to, kim jesteś wątpię, by uszło ci to na sucho.
Przygryzłam wargę. Byłam boleśnie świadoma tej zdrady. Na każdym kroku starałam się odrzucić te myśli, nie pozwolić sobie na głębsze refleksje. Mimo że nie miałam z mamą zbyt ciepłych stosunków, nie zmieniało to faktu, że ją kochałam, a z taką łatwością udało mi się ją zdradzić i pójść z mężczyzną, choć nie do końca miało się to tak skończyć. Gdyby nie strażniczki, wróciłabym do domu i żyła dalej tym samym życiem. Tylko szkopuł tkwił w tym, że wcale tego nie chciałam, nigdy do końca nie pogodziłabym się z tym, że Dylan był wolny, a ja tkwiłam tam i robiłam to, czego nie lubię. Dlatego nawet ucieszyło mnie, że wtedy pojawiły się strażniczki.
Rzecz jasna, nie zamierzałam mówić tego Dylanowi.
— Nie mam ochoty o tym rozmawiać.
Chyba to uszanował, ponieważ już się nie odezwał. Znów zapanowała cisza, przerywana jedynie naszymi cichymi oddechami i odgłosami chrzęszczącego gruzu pod butami.
Nie chciałam znów spędzić kolejnych godzin w ciszy, więc wznowiłam rozmowę.
— A ty? Jesteś szczęśliwy? — zacisnął wargi i przez chwilę myślałam, że nie odpowie, ale w końcu to zrobił.
— Nigdy nie będę szczęśliwy. Zbyt dużo przeżyłem i zbyt dużo mnie czeka. Zdarzały się lepsze chwile i na pewno takie zdarzą się też w przyszłości, ale to za mało, żebym osiągnął takie prawdziwe szczęście na dłużej, niż kilka minut.
Było mi go szkoda. Wydawał się człowiekiem, który mimo tak młodego wieku, naprawdę dużo przeszedł. Niestety, nie wiedziałam i pewnie się nie miałam już dowiedzieć, co się działo kiedyś, ponieważ Dylan jest zamkniętym człowiekiem i wyciągnięcie z niego choć tylu informacji, graniczyło z cudem. Nawet byłam odrobinę zdziwiona tym, że tak lekko nam się rozmawiało.
— Tam, dokąd idziemy, jest więcej ludzi, takich jak ty?
— Tak. — odpowiedział krótko i cicho, ale grunt, że w ogóle odpowiedział.
— Czy oni ... No wiesz, nie będą mieli problemu z tym, kim jestem? — zagryzłam wargę, chowając ręce do kieszeni kurtki, ponieważ zaczynały mi marznąć.
— Nie będę cię okłamywał. Zapewne zdecydowana większość będzie miała z tym spory problem, nawet do tego stopnia, że będą próbowali cię skrzywdzić. Ludzie nienawidzą twojej matki, a co za tym idzie, wszystkich osób z nią związanych, a ty jesteś jej najbliższa. Niektórzy pozostaną obojętni, a jeszcze inni będą nastawieni do ciebie przyjaźnie, ale to tylko garstka, którą mogę spokojnie policzyć na palcach. Oczywiście to tylko moje przypuszczenia, wszystko okaże się dopiero, gdy dotrzemy na miejsce. Będę się starał mieć ciebie na oku, postaram się też podszkolić cię trochę w samoobronie, ale nie będę też mógł bez przerwy za tobą łazić. Na pewno nie będzie ci łatwo, ale jakoś sobie poradzisz.
Westchnęłam, ale spodziewałam się tego. Mimo to serce zaczęło tłuc mi się w piersi. Szłam prawdopodobnie do paszczy lwa. Nie miałam pojęcia, ilu będzie tam ludzi, ale Dylan miał rację. Z pewnością nie przyjęliby mnie jak swoją i nie byłabym bezpieczna. Odkąd opuściłam mój dom, moje życie stanęło pod znakiem zapytania. Nawet nie wiedziałam czy tam dotrę, przecież zawsze mogli nas złapać, lub mogło stać się cokolwiek innego.
Pochłonięta przez własne myśli nie odpowiedziałam brunetowi, ale chyba się tego spodziewał. Znów szliśmy w ciszy, ale zarówno on, jak i ja, byliśmy myślami daleko stąd. Zaczęło świtać. Niedługo musieliśmy się gdzieś zatrzymać i przespać. Pytanie tylko brzmiało - gdzie? Widziałam same zrujnowane budynki, zero bezpiecznego miejsca.
— Musimy znaleźć jakieś schronienie. — powiedział, myśląc w tej chwili o tym samym, co ja. — Nie możemy zbytnio oddalać się od trasy, którą podążamy, bo nie będziemy sobie dokładać drogi. — kręcił i wszedł między dwa zniszczone domy.
Cały czas szłam za nim. Zaglądał do różnych budynków przez rozbite okna lub dziury w ścianach. W końcu stanęliśmy przed wysokim, szerokim budynkiem, który wyglądał w miarę przyzwoicie w porównaniu do wszystkich innych. Wprowadził nas do środka przez wyłamane, dwuskrzydłowe drzwi.
— To szkoła, powinniśmy być tutaj stosunkowo bezpieczni.
Uznałam, że nie potrzeba odpowiedzi, więc tylko delikatnie skinęłam głową. Nie wiedziałam nawet, czy to zauważył. Budynek był pusty, nie było w nim prawie żadnego przedmiotu. Na niektórych parapetach leżały doniczki z wyschniętą ziemią, wisiało pare zdjęć i obrazów, ale poza tym nie było nic. Żadnych stolików, żadnych ławek czy szafek, a to chyba powinno znajdować się w szkole. Ale czego ja się spodziewałam? Mieliśmy wojnę, ludzie pozbierali wszystko, co by się do czegoś nadawało.
Przystanęłam przed krzywo zawieszoną ramką, w której widniało kilkadziesiąt wyblakłych zdjęć młodych ludzi, ludzi w moim wieku. Pomiędzy zdjęciami widniał napis, że byli to absolwenci szkoły z roku 2016.
Ścisnęło mnie w gardle. Sama świadomość, że żadna z tych osób już nie żyła i możliwość, że niektórzy z nich zginęli w wojnie, przyprawiała mnie o dreszcze.
Niespodziewanie rama spadła i z głośnym hukiem upadła na podłogę. Szkło się roztrzaskało, a kilka zdjęć wypadło i rozsypało się dookoła mnie. Dylan wyrósł obok mnie z gniewną miną.
— Nie potrafisz, do cholery, zachowywać się cicho? — warknął.
— To nie ja, samo spadło. — broniłam się.
— Jeżeli mieliśmy jakieś szanse na zachowanie naszej obecności w tajemnicy, to właśnie ją zmarnowałaś. Miejmy nadzieję, że w pobliżu nikogo nie było, bo obudziłabyś nawet zmarłego. — syknął.
Zacisnęłam ręce w pięści, ponieważ dotknęło mnie to, że obwiniał mnie za coś, co nie stało się z mojej winy.
— To. Nie. Ja. — burknęłam.
Machnął ręką, po czym podszedł do okna i delikatnie się wychylił.
— Szczęście, że w tych okolicach rzadko kto przebywa. — przeczesał ręką włosy i ruszył przed siebie. — Chodź i staraj się nie narobić więcej hałasu.
Mruknęłam pod nosem coś na temat, jaki on jest irytujący, ale poszłam za nim. Chłopak wszedł do łazienki i odkręcił kurek, jednak nie było ani grama wody. Westchnął zirytowany.
— Musimy się podzielić na warty. Będę czuwał pierwszy, obudzę cię za kilka godzin, jak już trochę odpoczniesz. — wyminął mnie w drzwiach, a ja znów podążyłam jego krokiem.
Wszedł do jednej z klas. Zdjął plecak, ja zrobiłam to samo. Odpiął koc i odłożył go na bok, a z mojego plecaka wyciągnął jedzenie i butelkę wody. Nie było tego wiele, ale jak wspomniałam wcześniej, musieliśmy oszczędzać.
Usiedliśmy pod ścianą w stosownej odległości od siebie. Ze smakiem jadłam zimną zupę pomidorową. Byłam tak niesamowicie głodna, że lekko się zawiodłam, kiedy się skończyła.
— Jak będę stała na warcie, skoro nie umiem się bronić? — zapytałam, kiedy chłopak usadowił się obok drzwi od klasy. Ja znajdowałam się po przeciwległej stronie pomieszczenia, jak najdalej niego. Sprawiało to wrażenie, jakby nie chciał być blisko mnie.
— Powiem ci wszystko później, a teraz śpij.
Stwierdziłam, że byłam zbyt zmęczona, by dalej prowadzić dyskusję. Ułożyłam się na podłodze, pod głowę podsunęłam plecak i przykryłam się kocem. Zignorowałam twardość powierzchni i bijący od niej chłód, by pogrążyć się w śnie, którego tak bardzo w tamtej chwili potrzebowałam.
Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com