9
Nie wiedziałam, która była godzina, gdy się obudziłam. Na pewno spałam długo, ponieważ wcześniej byłam wyczerpana. Słabe światło żarówki rozświetlało mrok, dzięki czemu widziałam, że Dylana nigdzie nie było, tak samo, jak jego rzeczy.
Przestraszyłam się, że może mnie zostawił uznając, że jestem dla niego zbędnym balastem. Mimo wszystko miałam nadzieję, że jest gdzieś na górze. Z tą myślą podniosłam się z prowizorycznego posłania. Udałam się do łazienki i przemyłam wodą twarz oraz załatwiłam swoje potrzeby. Po opuszczeniu toalety postanowiłam się trochę porozglądać. Ból w nodze nadal doskwierał, ale nie tak bardzo, jak wczoraj. Otworzyłam jedną z szaf, w której znajdowały się takie same ubrania, jakie miałam na sobie. W drugiej zaś poukładane były buty, w innej koce i ręczniki, a na samym dole znajdowały się dwie duże szuflady. Z zaciekawieniem zerknęłam do jednej z nich i niemal od razu ją zatrzasnęłam. Była pełna broni. Nawet nie sprawdzałam zawartości drugiej, ponieważ spodziewałam się tego samego.
Przełknęłam ślinę i oddaliłam się od szafki. Na pozostałych regałach było głównie jedzenie w puszkach i butelki z wodą. Wszystko było pokryte kurzem. Gdy znalazłam się przy drabinie zastanawiałam się, czy nie wyjść na górę, ale szybko odrzuciłam ten pomysł, ponieważ było tam zbyt niebezpiecznie. Mogłam mieć tylko nadzieję, że Dylan wróci. Nie wiedząc, co ze sobą zrobić, usiadłam na materacu i podkuliłam nogi, opierając na nich brodę.
Zastanawiało mnie, czy moja matka mnie szukała i czy w ogóle przejęła się moim zniknięciem. Jeśli doszło do niej to, że uciekłam z Dylanem, na pewno się rozzłościła. Byłam także ciekawa, dokąd zmierza Dylan. Jeżeli było tam więcej takich jak on, co było raczej pewne, to czy by mnie zaakceptowali? Przecież byłam córką ich wroga publicznego numer jeden. Musieliby być szaleni, gdyby mi zaufali. Ciekawiło mnie, jak skończę.
Usłyszałam skrzypienie nad głową, przez co cała się spięłam błagając, aby to był Dylan. Drzwiczki się otworzyły, a po chwili chłopak był już na dole.
— Wyglądasz jakbyś zobaczyła ducha. — parsknął, spoglądając na mnie. Jak zwykle miły.
— Przestraszyłeś mnie. — odpowiedziałam, a on się zaśmiał. — Co w tym śmiesznego? — warknęłam.
— Po prostu śmieszy mnie fakt, że odkąd nie jesteś na swoim terenie, nie masz już takiego ciętego języka. — przewróciłam oczami.
— Ty na szczęście jesteś tak samo irytujący jak zawsze. Byłabym zawiedziona, gdyby było inaczej. — znów się zaśmiał.
— Byłem się rozejrzeć za jakimś samochodem. Niestety, nie znalazłem niczego, ale za to natknąłem się w pobliżu na strażniczkę. Nie widziała mnie, lecz zgaduję, że kręci się ich tu więcej.
Wyciągnął zza pasa broń i położył ją na stoliku. Odruchowo wzdrygnęłam się na sam widok, co nie uszło jego uwadze.
— No co? Chyba nie myślałaś, że wyjdę nie uzbrojony biorąc pod uwagę fakt, że każdy chce mnie zabić.
Pokiwałam głową na znak zrozumienia. Po chwili przypomniała mi się pewna sytuacja z poprzedniego dnia.
— Wczoraj, gdy uciekaliśmy, ta strażniczka. Czy ty... — zaczęłam, ale mi przerwał.
— Zabiłem ją? Tak. Szkoda, że nie miałem więcej tych noży, bo pozbyłbym się ich wszystkich. — zagryzłam wargę. — Znowu to robisz. — westchnął, opierając się o kant stołu i krzyżując ręce na piersi.
— Co robię? — zmarszczyłam brwi, nie wiedząc o co mu chodzi.
— Patrzysz na mnie, jakbym był jakimś strasznym potworem. Gdybym jej nie zabił, ona zabiłaby mnie lub ciebie.
Przeczesałam ręką splątane włosy, których nie miałam czym rozczesać ani związać.
— Przepraszam. — powiedziałam, spuszczając głowę.
— Nie musisz. Wiem, że nic nie wiesz o prawdziwym życiu. Wiesz tylko to, co pozwolili ci wiedzieć.
Zapadła cisza, ponieważ nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Miał rację. Za każdym razem, gdy pytałam o coś związanego z buntownikami, matka od razu mnie zbywała.
— Kim jesteś? — nie wiedziałam nawet, dlaczego o to zapytałam.
— Nie zadawaj pytań, na które nie mogę udzielić ci odpowiedzi. Wystarczy, że znasz moje imię.
Nie rozumiałam tego chłopaka. Dlaczego aż tak bardzo chciał zachować wszystko w tajemnicy?
— Jadłaś coś? — zwinnie zmienił temat, podchodząc do półki z puszkami.
— Umm, nie. Niedawno wstałam. — chłopak zabrał z półki dwie puszki i podał mi jedną.
— Lepiej teraz się najedz. Następny taki przystanek będzie dopiero za pięćdziesiąt mil. Będziemy musieli racjonować jedzenie, aby nam wystarczyło. — dopiero teraz sobie uświadomiłam, że za parę godzin będziemy musieli ruszać w kilkudniową drogę.
— Kiedy wyruszamy? — zapytałam.
— Za jakieś dwie godziny. Jest już piąta po południu, jeśli zegar na starej wieży kościelnej działa prawidłowo.
Przespałam cały dzień?
— Dlaczego mnie nie obudziłeś, gdy wychodziłeś?
— Dobrze, że wypoczęłaś, droga będzie męcząca, bo będziemy szli całą noc. Musimy dojść jak najdalej w jak najkrótszym czasie. — skinęłam w odpowiedzi. — Jak twoja noga?
— Boli mniej.
Ukucnął przede mną i podwinął nogawkę spodni. Rozwinął bandaż, a ranę posmarował tą samą maścią, co wczoraj. Zgadywałam, że wspomagała gojenie. Z powrotem owinął ranę i się ode mnie odsunął.
— Ładnie się goi. Za kilka dni zostanie tylko blizna. Naprawdę miałaś duże szczęście.
Jak zwykle nie wiedziałam co powiedzieć, więc tylko pokiwałam głową i dalej spożywałam zupę. Gdy zjedliśmy Dylan wyciągnął dwa duże plecaki. Zauważyłam, że wszystko było w odcieniach szarości i zieleni. Musiało mieć to związek z kamuflażem, czy coś w tym rodzaju. Do jednego włożył kilka puszek z jedzeniem, dwie butelki wody i kilka paczek suszonej wołowiny. W drugim także umieścił trochę jedzenia i wody, latarkę, kilka paczek zapałek, jakąś linę, jeden pistolet i naboje do broni. Na samej górze przyczepił koc. Tak samo zrobił z drugim.
Rzucił czymś w moją stronę.
— Włóż do buta. — powiedział, wkładając ten sam przedmiot do swojego.
Spojrzałam na leżący obok mnie scyzoryk, który po chwili umieściłam w prawym bucie tak, aby mnie zbytnio nie uwierał.
Za pasek spodni chłopak włożył ten sam pistolet, który przedtem odłożył na stolik.
— Lepiej bym się czuł, gdybyś też miała przy sobie broń, ale zgaduję, że nie potrafisz się nią posługiwać i prędzej zrobiłabyś krzywdę sobie, niż komuś. — stanął naprzeciwko mnie i założył ręce na biodra.
— Nie chcę nikogo zabijać. — stwierdziłam szczerze.
— Nikt tu nie mówi od razu od zabijaniu, można kogoś unieszkodliwić, strzelając mu na przykład w nogę. Sama wiesz, jaki to ból.
Skrzywiłam się, przypominając sobie postrzał. Tak, to nie było przyjemne.
— Jeśli będzie taka możliwość, to nauczę cię w międzyczasie strzelać.
Nie byłam co do tego przekonana, ale nic nie powiedziałam.
Kiedy byliśmy gotowi opuściliśmy budynek pozostawiając wszystko tak, aby wskazywało na to, że nikt tu nie był od bardzo dawna. Chociaż wątpiłam, żeby ktoś miał ochotę wchodzić do walącego się domu.
Na zewnątrz było już ciemno. Przez moją uszkodzoną nogę nie mogliśmy poruszać się szybko, a było to kluczowe, ponieważ musieliśmy się wydostać jak najszybciej z miasta. Zbyt dużo strażniczek nas szukało i byłam pewna, że nawet w nocy nie przestawały. Między nami jak zwykle panowała cisza, bo o czym mieliśmy rozmawiać, o pogodzie? Ciekawiło mnie, czy będzie tak cały czas. Czy znajdziemy wspólny język lub chłopak zacząłby mnie bardziej tolerować?
W co ja się wpakowałam?
Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com