13
Czasem w życiu człowieka przychodzi taki moment, kiedy chce przestać oddychać lub zamienić się w bryłę lodu, która nie wydaje żadnych dźwięków.
Szczególnie wtedy, gdy parę metrów dalej kręci się cała zgraja strażniczek, ty jesteś przyciśniętą do podłogi razem z Dylanem, a od znalezienia nas dzieli je tylko cienki mur i stary dywan, którym jesteśmy przykryci.
Ta sytuacja jest tak niedorzeczna, że aż śmieszna. Ale jak to mówią; najciemniej pod latarnią.
Z całych sił starałam się nie kaszleć, nie kichać i co najważniejsze – nie ruszać się. Każde z tych zadań było niemal niemożliwe do wykonania, gdyż dywan był śmierdzący i zakurzony, a kawałki gruzu wbijały się w moje ciało. Nie pomagał też fakt, iż Dylan praktycznie na mnie leżał. Niekomfortowo, nawet bardzo.
— Kręcą się tu już jakieś trzydzieści minut. — zauważył bardzo cicho i pewnie bym go nie usłyszała, gdyby jego twarz nie znajdowała się tylko parę centymetrów od mojej. — zdrętwiały mi już niektóre części ciała.
— Nawet nie próbuj narzekać. To ty leżysz na mnie. — warknęłam równie cicho.
— Nie powiesz mi chyba, że ci się to nie podoba. —założę się, że miał właśnie ten głupi uśmiech, który tak mnie irytował.
— Wiesz, nie bardzo. — poruszyłam się delikatnie, ponieważ czułam, jakby po mojej ręce wędrowało tysiąc mrówek.
— Cicho.
Poczułam jego oddech na mojej twarzy i momentalnie zastygłam. Usłyszałam zbliżające się kroki. Później przez małą dziurę w dywanie dostrzegłam strugę światła. Odgłos butów na gruzie stawał się coraz głośniejszy. Wiedziałam, że jedna z nich tutaj jest.
Przygryzłam wargę, błagając w myślach, aby nas nie znalazła. Była coraz bliżej i tylko cud mógł nas uratować. Stanęła tuż obok. Czubki jej butów dotykały mojego ukrytego pod dywanem ramienia. Światło jej latarki świeciło centralnie na nas, co wywnioskowałam z jasności, jaka nas otoczyła. Moje serce waliło tak głośno, że byłam pewna, iż każdy w promieniu kilkunastu metrów je słyszy.
— Tutaj też czysto! — krzyknęła nagle, aż się wzdrygnęłam.
Nie było możliwości, że nas nie zauważyła. Przecież ma nas jak na widelcu. Poczułam lekkie kopnięcie i wtedy byłam już pewna, że jest to nasz definitywny koniec. Tylko że światło zgasło, a ona zwyczajnie się oddaliła.
Odetchnęłam z ulgą. Na pewno wiedziała, że ktoś tu jest. Tylko dlaczego postanowiła zostawić nas w spokoju? Czułam, jak serce Dylana zaczęło łomotać. Trochę po fakcie.
Kilka minut później usłyszeliśmy wznoszące się do nieba helikoptery, które po jakimś czasie odleciały. Odczekaliśmy jeszcze jakiś czas, aby upewnić się, że nikogo już tutaj nie ma. Dylan odrzucił dywan i usiadł, opierając się o ścianę i biorąc głębokie wdechy. Zrobiłam to samo.
— Ta kobieta... — zaczęłam niepewnie.
— Tak, wiedziała, że tu jesteśmy — dokończył, przeczesując palcami włosy. Ledwo dostrzegałam go w tej ciemności.
— Dlaczego udawała, że nas nie widzi? — nie rozumiałam tego. Myślałam, że wszystkie strażniczki są wierne Państwu.
— Może jest od nas. Nie wiem, nie widziałem twarzy, ale to najprawdopodobniejsze wytłumaczenie. — westchnął przeciągle. — Cholera, chcę już być na miejscu. I się nażreć, tak, to jest mój plan. Znajdźmy jakiś działający samochód i spieprzajmy stąd, jak najdalej się da.
Musiałam przyznać mu rację. Trzeba się stąd ulotnić jak najszybciej.
*
Po godzinnych poszukiwaniach i straconej nadziei, udało nam się znaleźć samochód z prawie pełnym bakiem. Zdaniem Dylana był to niemal cud.
Pojazd na początku odmawiał współpracy i nie chciał zapalić, ale po pogrzebaniu w kabelkach, brunetowi udało się go odpalić. Plecaki wrzuciliśmy na tylne siedzenie i ruszyliśmy w drogę. Auto było brudne, zniszczone i zardzewiałe, ale ważne, że jeździło. Działał tylko jeden reflektor, ale według Dylana to nawet lepiej, ponieważ rzucał mniej światła.
— Jak daleko zajedziemy na tym baku? — zapytałam, opierając się o drzwi.
— Raczej wystarczy nam do kolejnego schronienia. Tam powinno być paliwo, więc jeśli tylko ten rzęch się nie popsuje, to przejedziemy nim całą drogę.
Był widocznie zadowolony. Stwierdziłam to po tym, że nie miał takiej kwaśnej miny jak zawsze. Już bałam się, że mu tak zostało.
— Brakuje mi tylko muzyki. — westchnął. — Niestety, muszę oszczędzać akumulator.
Rzadko słuchałam muzyki. A jeśli już, to była to oczywiście muzyka dozwolona. Byłam ciekawa, jak brzmi ta prawdziwa. Może kiedyś się dowiem. Kto wie?
Jechaliśmy w ciszy. Nadal bałam się, że zaraz skądś wylecą helikoptery lub wyskoczy ktoś nieobliczalny. Nie mogłam być pewna swojego bezpieczeństwa.
Usadowiłam się wygodniej w fotelu, podkulając nogi pod brodę. Patrząc za okno na te wszystkie gruzy, zaczęłam się zastanawiać, dlaczego ludzie są tacy podli. Dlaczego nie możemy żyć w zgodzie? Może znajdzie się jeden, który zechce to zburzyć, ale gdy wszyscy powiedzą zgodnie nie, to ta osoba nic nie zdziała w pojedynkę. Wolałabym być osądzona o zdradę stanu, niż maczać palce w tak brutalnym przedsięwzięciu. Jestem ciekawa czy ludzie kiedykolwiek się czegoś nauczą. Dążenie do samozagłady jest bezcelowe. Czy kawałek ziemi i nienawiść są warte śmierci milionów ludzi? Nie.
— Jak długo będziemy jechać? — zapytałam, chcąc przerwać ciszę.
— Kilka godzin. Minimum cztery. Powinniśmy być na miejscu przed wschodem słońca.
Pokiwałam głową i spojrzałam na drogę. Trasa była pusta, wszystkie przedmioty, które mogłyby przeszkodzić w przejeździe, zostały odsunięte na boki. Gołym okiem widać, że ktoś już się tędy przemieszczał. W obecnej sytuacji nie powinno mnie to dziwić.
Świat jest strasznie pokręcony, a mi udało się odkryć dopiero jego skrawek.
Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com