14
Ciemność, cisza i pustka. To wszystko otaczało mnie w trakcie jazdy samochodem.
Dylan nie był najlepszym rozmówcą. Myślami ciągle odbiegał gdzieś bardzo daleko. Nie potrafiłam postawić się na jego miejscu i zgadnąć, o czym mógł tak rozmyślać. W ogóle go nie znałam. Mimo tego, przez co razem przeszliśmy, był dla mnie zupełnie obcym człowiekiem. Powinien być nawet moim wrogiem. Ale czy nim był?
Ja pomogłam mu, a on mnie. Na dodatek zaczynałam go lubić, choć on w stosunku do mnie nie był raczej przyjaźnie nastawiony. Na pewno ciężko było mu zaufać takiemu człowiekowi jak ja. Nigdy nie mógł mieć pewności, co tak naprawdę siedziało mi w głowie. W jego oczach mogłam być wrogiem, ważnym sprzymierzeńcem lub po prostu strachliwą dziewczyną nierozdającej kart. Ba! Nie mającej nawet do tej talii dostępu.
Moje myśli już całkowicie się plątały. Chciałam zasnąć, ale gdy tylko zamykałam oczy, widziałam trupy. Martwe ciało Deana, którego sama zabiłam. Tamtą kobietę nadziana na druty jak mięso na rożen. Bezdomną z szałem w oczach, która później leżała bez życia w kałuży własnej krwi. Zbyt dużo trupów. Nie chciałam widzieć ich już nigdy więcej. To nie dla mnie, nie byłam wówczas aż tak silna psychicznie. Całe życie bezpiecznie spędziłam w domu, teraz nie mogłam spokojnie zmrużyć oka. Sama się w to wpakowałam i musiałam sobie radzić. Wątpiłam, że Dylan będzie mnie niańczył przez całe życie. Jeśli przeżyję, oczywiście. Wszystko zależało od tego, co spotkam na miejscu.
Niespodziewanie samochód gwałtownie się zatrzymał, przez co lekko odleciałam do przodu. Pasy w końcu do czegoś się przydają.
— Już jesteśmy? — rozejrzałam się dookoła.
Zaczynało powoli świtać. Staliśmy przed wysokim kościołem. Nadal dziwił mnie fakt, że każdy z tych budynków pozostał nienaruszony. Po niej, choć nikt raczej nie wierzył w Boga, nie tknął żadnego z tych budynków. Dlaczego?
— Wysiadaj. — powiedział tylko tyle i opuścił pojazd.
Patrzyłam, jak podchodzi do drzwi i chwyta klamkę, ale nim ją nacisnął, obrócił się w moją stronę.
— Idziesz? Czy może mam ci wysłać specjalne zaproszenie? — po tych słowach zniknął we wnętrzu, zostawiając otwarte drzwi.
Szybko wygramoliłam się z samochodu i poszłam za nim do środka. Dopiero teraz zauważyłam, że moja noga już prawie nie bolała, co ułatwiało wiele spraw. Na przykład kwestię ucieczki.
W środku panowała ciemność. Szłam powoli, uważając, aby się nie potknąć. Nigdzie nie widziałam Dylana, więc zaczęłam trochę panikować. Może ktoś na nas czekał i go złapał, a teraz szuka i mnie? W sumie to nie zdziwiłabym się, teraz można spodziewać się wszystkiego.
— Naprawdę musisz poćwiczyć szybsze wykonywanie poleceń.
Podskoczyłam, słysząc głos Dylana. Skupiłam spojrzenie na miejscu, z którego dobiegał dźwięk. Dopiero po wytężeniu wzroku dostrzegłam zarys jego sylwetki. Siedział w jednej z ławek i patrzył prosto na mnie. Zapadła cisza. Nie miałam pojęcia, co tu robiliśmy. Czy to była baza?
— Chyba gdzieś zgubiłaś język, zwykle gadasz jak najęta. — powiedział, podnosząc się z miejsca.
Wyminął mnie, lekko ocierając się ramieniem o mój bark. Ruszyłam za nim, ale praktycznie zaraz się potknęłam i prawie wylądowałam na podłodze. Przed uderzeniem o twardą posadzkę uratowała mnie kolumna, której się przytrzymałam. Usłyszałam głębokie westchnięcie. Chłopak momentalnie znalazł się obok mnie.
— Daj mi rękę, niezdaro. — wyciągnął w moją stronę swoją dużą dłoń.
Niepewnie położyłam na niej swoją. Dotykanie go było dziwne i nie sądziłam, że będę mogła się do tego przyzwyczaić. Ścisnął ją mocniej i pociągnął za sobą. Trzymałam się blisko niego, by przypadkiem w coś nie uderzyć. Poprowadził nas do stromych, krętych schodów w kącie kościoła. Wspinaczka okazała się dosyć męcząca i długa. Nie widziałam celu we wchodzeniu na piętro. Kilka razy potknęłam się o schodek, ponieważ brak okien powodował grobowe ciemności.
W końcu znaleźliśmy się na jakiegoś rodzaju strychu. Było tu pusto. Pomieszczenie rozświetlały cztery duże okna bez szyb, przez co było też chłodniej. Po kształcie mogłam się domyślić, że znajdowaliśmy się we wnętrzu wieży. Tylko nadal nie rozumiałam celu tej krótkiej wycieczki. Nie ma tu nic oprócz brudu i kurzu. I dobrego miejsca na skok samobójczy.
— Więc, co tu robimy tak właściwie? — zapytałam, chowając ręce do kieszeni.
Swoje dłonie puściliśmy w połowie wspinaczki. A raczej to on puścił moją.
— Co za ulga. Już serio myślałem, że straciłaś głos. — położył rękę na sercu i odetchnął teatralne. Zapewne miało to być zabawne, ale ostatnio mało co mnie śmieszyło. Widząc mój brak reakcji, postanowił odpowiedzieć na pytanie. — Chciałem po prostu zrobić coś zwyczajnego. — wzruszył ramionami i podszedł do jednego z okien.
Stanął do niego przodem, skutkiem czego widziałam tylko jego plecy.
— Wchodzenie na wieżę kościoła jest twoim zdaniem „czymś normalnym"? — zapytałam.
Chciałam być już na miejscu. Odświeżyć się, ponieważ zaczął przeszkadzać mi już mój własny zapach oraz tłuste włosy. Zjeść i odpocząć. A tymczasem koleś każe mi wspinać się na wysoką wieżę twierdząc, że nie ma w tym nic dziwnego.
— Zamknij się i chodź tutaj. — korzystając z tego, że mnie nie widział, przewróciłam oczami. Podeszłam do niego, ale nie za blisko. Jego bliskość mnie krępowała.
— Widzisz? — wskazał za okno.
Spojrzałam w tamtym kierunku i dosłownie zaparło mi dech w piersi. Przede mną rozpościerał się przepiękny widok na horyzont. Wschodzące słońce zabarwiło niebo na przeróżne odcienie różu i pomarańczu. Można było dojrzeć koniec miasteczka, a dalej rozpościerały się tylko lasy i pola. Żałowałam, że nie mogłam tego jakoś uwiecznić.
— Pięknie — westchnęłam i postawiłam jeden krok bliżej okna, by móc lepiej widzieć.
— Przychodziłem tu czasem jako mały chłopiec. Znalazłem to miejsce całkiem przypadkowo, gdy chciałem zrobić żart kolegom i się schować. — przysiadł na parapecie, nie odrywając wzroku od tego, co było za oknem.
Ja nadal stałam tam, gdzie przedtem, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Zastanawiałam się, po co mi to mówi. Może potrzebował się komuś wygadać? Lub wspomnienia stąd są tak silne, że po prostu musiał się odezwać. Ale co on, jako młody chłopak robił na takim odludziu?
Zastanowiło mnie, czy Dylan ma rodziców. Jak wyglądało jego dzieciństwo, co wtedy robił, gdzie się wychował.
— Spędzałem tu naprawdę dużo czasu. Brakuje mi tego — wyznał z nutką melancholii w głosie. Zauważyłam na jego twarzy delikatny uśmiech. Nie mogłam go nie odwzajemnić, choć gest nie był kierowany do mnie. — Zachody są równie piękne, szczególnie wiosną i latem.
Postanowiłam mu nie przerywać. Skorzystałam z tego, że okno było duże i przysiadłam na drugim jego końcu.
— Nigdy nie widziałam takiego wschodu słońca — przyznałam szeptem, zauroczona widokiem. — Dla mnie wschodem słońca było rozjaśniające się niebo, bez takich cudownych widoków.
— Czyli dużo straciłaś. Każdy wschód i zachód jest inny, ale tak samo piękny.
Przeniosłam na niego wzrok. W tym momencie wydawał się bardziej szczęśliwy. Zapewne za sprawą tego, że jest coraz bliżej domu. Ja za to czułam się całkowicie odwrotnie. Coraz bardziej nieswojo, byłam zagubiona i przerażona tym, co może się stać. Sam Dylan powiedział, że niektórzy będą mogli chcieć mnie zabić. Tylko i wyłącznie przez moje pochodzenie.
W jednej chwili stałam się przygnębiona. Prawdopodobnie mogłam zbliżać się do swojego końca. Ale nie miałam innego wyjścia. Jeśli tam nie pójdę, to nie przeżyję tygodnia. Przygryzłam wargę, ponieważ w moich oczach zaczęły zbierać się łzy.
— Wszystko dobrze? — zapytał brunet.
Pokręciłam głową. Jak ma być w porządku? Jedna łza popłynęła po moim policzku, ale niemal od razu ją otarłam. Nie płakałam przedtem, nie chciałam płakać też teraz. Nie wzruszyła mnie własna bezwzględność i brak wyrzutów sumienia przy użyciu broni, a chciało mi się płakać na myśl, że mogę niedługo umrzeć. Roześmiałam się gorzko, choć w tej sytuacji nie było nic zabawnego.
— Co się dzieje? — przysunął się kawałek i pochylił w moją stronę.
— Nie daje rady — wypowiedziałam te słowa przez ściśnięte gardło. — Nie potrafię zamknąć oczu, by nie widzieć martwych ciał. Nie mogę przestać myśleć o tym, co będzie. Moja matka sprowadziła na mnie wyrok. Przez to, jakim ona jest człowiekiem i dlatego, że jestem jej córką, każdy mnie nienawidzi. — z moich oczu wydostały się kolejne słone łzy, które próbowałam otrzeć, ale było ich coraz więcej, więc całkowicie z tego zrezygnowałam.
— Wiem, że jest to dla ciebie trudne. — przeczesał dłonią włosy, które i tak stały już w każdą stronę. — Po raz pierwszy widziałem śmierć na własne oczy, gdy miałem dwa lub trzy lata. Podobno zamknąłem się w sobie i przez długi czas nie chciałem z nikim rozmawiać. W międzyczasie widziałem jeszcze parę trupów, co wcale nie pomagało. Więc rozumiem, jak się teraz czujesz. Tak myślę. — jego ciepła dłoń wylądowała na moim kolanie w pokrzepiającym geście. Potrząsnął nim delikatnie, jakby chcąc przekazać mi swoją siłę. Popatrzył mi prosto w oczy. Jego wzrok był ciepły i szczery. Miał piękny kolor oczu, które w tym świetle świeciły się jak bursztyny.
— Jeśli mam być szczery, to jestem zaskoczony, że rozpłakałaś się dopiero teraz. Myślałem, że pękniesz już po zastrzeleniu Deana. Muszę cię teraz uświadomić, że jesteś silniejsza, niż ci się wydawało. W tym wszystkim najważniejszy jest czas. — uśmiechnął się. Naprawdę szczerze się uśmiechał, do mnie, a nie do widoku za oknem.
— Dziękuję. — powiedziałam, ocierając policzki. Kąciki moich ust delikatnie drgnęły ku górze. Wtedy zabrał rękę i wstał ze swojego miejsca.
— Lepiej już jedźmy. Oboje potrzebujemy odpoczynku.
Po tych słowach zniknął w ciemnej klatce schodowej.
Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com