Chào các bạn! Truyen4U chính thức đã quay trở lại rồi đây!^^. Mong các bạn tiếp tục ủng hộ truy cập tên miền Truyen4U.Com này nhé! Mãi yêu... ♥

15

 Odkąd opuściliśmy wieżę, Dylan nie odezwał się ani słowem. Nie znałam powodów jego milczenia, ale nie miałam mu tego za złe. Sama nie miałam ochoty na pogaduchy. Tam, na górze, mieliśmy swój moment, ale nie mogliśmy zapomnieć, że nadal byliśmy wrogami w chwilowym sojuszu. Zbytnie zbliżenie mogłoby mieć katastrofalne skutki. Niby skąd mogłam wiedzieć, co on tak naprawdę planował? Ufałam mu, ponieważ byłam do tego zmuszona. Jeśli w ogóle można było nazwać to zaufaniem. Po prostu istniało mniejsze prawdopodobieństwo, że to on mnie zabije, a nie ktoś z zewnątrz.

   Na miejsce dotarliśmy godzinę później. O dziwo nasz schron także znajdował się w kościele. Nie był on tak wielki, jak tamten, a do tego wykonany był z drewna, przez co z okazałego niegdyś dachu, wystawionego na próbę czasu i warunków atmosferycznych, zostały nędzne kawałki przegniłych belek.

   Nie zdziwiło mnie też, gdy Dylan podniósł jedną z płyt w podłodze, a naszym oczom ukazało się wydrążone w betonie wejście. Wydobyłam ze swojego plecaka latarkę, by rozjaśnić trochę egipskie ciemności. Chłopak chwilę się męczył, aby zasunąć płytę na swoje miejsce, ale w końcu mu się udało. W środku było niesamowicie zimno i wilgotno, a stęchły zapach buchający z wnętrza schronu skutecznie zniechęcał do przebywania w tym miejscu dłużej, niż było to konieczne.

— Nie ma tu prądu — Dylan odezwał się pierwszy raz od godziny. — Ale postarali się o prowizoryczną łazienkę. Nawet powinna być ciepła woda, jeśli mamy szczęście. — zabrał latarkę z mojej ręki i podszedł do jednej z metalowych szafek.

Wyciągnął z niej dwie świece i pudełko zapałek. W chwili, gdy je zapalił, w pomieszczeniu zrobiło się o wiele jaśniej. Chłopak przechadzał się po pokoju ze zmarszczonymi brwiami.

— Ktoś tu był. I to całkiem niedawno — brzmiał tak, jakby było to naprawdę dziwne.

— Może to ktoś z was — powiedziałam, gdyby to było najoczywistszą rzeczą na świecie. Przecież raczej nikt obcy się tu nie kręcił. Bo kto by wpadł na pomysł, że jedna z płyt w starym kościele na totalnym odludziu się podnosi, a pod nią znajdują się zapasy dla połowy wojska?

— To są schrony na sytuacje kryzysowe — westchnął.

— I to cię martwi? — spytałam, a następnie zaczęłam się rozglądać po pomieszczeniu. Trzęsłam się z zimna, jakie tu panowało. Nie wiem, czy gorzej było na zewnątrz, czy tam.

— Tak, ale nie zamierzam zawracać sobie teraz tym głowy. — przeczesał włosy palcami.         Zauważyłam, że miał w zwyczaju robić to często. To było jak tik nerwowy. — Tam jest łazienka. — wskazał palcem zasuwane, metalowe drzwi. — Ciepłej wody, o ile w ogóle jest, nie wystarczy na długo, więc nawet nie marz o relaksowaniu się.

    Pokiwałam głową, szanując jego rozporządzenie o kąpieli. Miałam nadzieję nie zostawać tam długo, ale szansę umycia się traktowałam jak przywilej. Po tym, co przeszliśmy, chwila przyjemności należała się nam jak psu buda.

— Może ty pójdziesz pierwszy — zaproponowałam. — Wiem, że jesteś zmęczony. Nie spałeś już od doby.

Dylan zacisnął wargi, ale zgodził się. Zabrał z szafki poszarpany ręcznik i zniknął za drzwiami.

Ja przez ten czas się rozgościłam. Zabrałam dwa materace i ułożyłam je na podłodze. Po przeszukaniu szafek znalazłam też koce. Dziękowałam osobie, która wpadła na pomysł takich schronów i zaopatrzenia ich w potrzebne rzeczy.

Trzymając w ręce dwie puszki z gulaszem, wpadłam na świetny pomysł. Przelałam zawartość do metalowego garnuszka, który napotkałam wcześniej, wyjęłam jeszcze trzy świeczki i nad ich ogniem postanowiłam podgrzać posiłek. Mogło potrwać to chwilę, ale za to zjedlibyśmy w końcu ciepły posiłek.

Dylan wrócił po piętnastu minutach, gdy jego porcja była już gotowa.

— Jesteś genialna — pochwalił mnie, zabierając garnuszek. Łyżkę zrobił ze zwiniętej pokrywki puszki.

Światło świec padało na prawą stronę jego twarzy, skutkiem czego lewa strona kryła się w cieniu. Rysy ogolonej teraz szczęki się wyostrzyły, a przydługie, wilgotne kosmyki włosów opadały na jego czoło. Wyglądał jak wyjęty z obrazu. Nie dziwiłam się, że przeznaczyli go na Ceremonię Wyboru. Takie geny nie mogły się zmarnować. Zastanawia mnie, jakim byłby kochankiem, gdyby jego charakter był inny. Na pewno dobrym, z takim wyglądem mógłby oczarować nie jedną.

— Nie jesz? — jego głos wyrwał mnie z zamyślenia. Moje policzki zapiekły, uświadamiając mi, że przez ten cały czas patrzyłam na niego i myślałam o takich rzeczach.

— Zjem... zaraz. — momentalnie podniosłam się z miejsca. Zabrałam ręcznik z tej samej szafki co Dylan i jak najszybciej zniknęłam za drzwiami.

— Na wieszaku wisi bluza! — usłyszałam jeszcze jego głos, stłumiony przez drzwi. Otaksowałam wzrokiem pomieszczenie.

Prysznic był w rzeczywistości kotarą zawieszoną na rurce, z kratką do odpływu wody. Umywalką była metalowa misa ustawiona na krześle. A toaleta... Cóż, to zwykła dziura w ziemi, przez co zapach nie był zachwycający. Na podłodze stała świeca, która rozjaśniała pomieszczenie. Zauważyłam też czarną bluzę, o której wspomniał brunet.

Prysznic wzięłam w błyskawicznym tempie, ponieważ dosłownie zamarzałam. Ubrałam się w stare ubrania i bluzę od Dylana. Na szczęście była ciepła i posiadała kaptur, który mogłam założyć na mokre włosy. Nóż, który cały czas trzymałam w bucie, wrócił na swoje miejsce. To przerażające, że tak szybko przestawiłam się na taki tryb życia. Choć świadomość martwych ludzi nadal ciążyła mi jak kowadło przywiązane do nogi.

Gdy wróciłam, Dylan siedział na moim materacu, oparty o ścianę. Patrzył pusto w przestrzeń przed sobą. Już drugi raz dziś uderzyło we mnie jego zniewalające piękno.

Ocknął się, gdy podeszłam bliżej.

— Robisz to specjalnie? — zmarszczył brwi, podając mi garnuszek, w którym znajdowało się ponownie podgrzane dla mnie jedzenie. To miłe z jego strony.

— Robię... co? — zapytałam, siadając na skraju materaca.

Nawet nie wyobrażacie sobie, jakie uczucia towarzyszyły chwili, gdy wreszcie mogłam wziąć do ust coś ciepłego. Już po paru kęsach po moim ciele rozlało się przyjemne ciepło, a trzymany w dłoniach garnek ogrzał moje zmarznięte ręce.

— Skradasz się — zauważył ostro. Brzmiało to jak oskarżenie, więc postanowiłam się bronić.

— Nie skradam się. To ty siedzisz ciągle z głową w chmurach.

— Skradasz się i robisz to już nie pierwszy raz. — wycelował we mnie swoim długim palcem. Co mu odbiło?

— Wybacz, następnym razem będę tupać jak słoń. Lepiej idź spać, bo zaczyna ci odbijać. Tylko uważaj, żebym się nie zakradła i cię nie zabiła. — prychnęłam.

Spojrzał na mnie rozjuszonym spojrzeniem i przeszedł na swój materac, wcześniej oddalając go ode mnie. Naprawdę coś mu odbiło.

— Uważaj sobie, bo to ja mam broń i w przeciwieństwie do ciebie, nie będę płakał po zamordowaniu twojej osoby.

Spojrzałam na niego zaskoczona. Dziwiła mnie nagła zmiana jego nastroju. Zachowywał się tak, jakby ktoś wszczepił mu mózg starego Dylana. Ale czy powinnam się dziwić? W końcu nikt nie zmienia się po upływie paru tygodni. Nie potrafiłam zrozumieć tylko tego, że przez jakiś czas wydawał się nawet miły. Postanowiłam zwalić to na brak snu i mieć nadzieję, że do jutra mu przejdzie.

Po zakończeniu posiłku postanowiłam iść w ślady chłopaka i położyć się spać.

Sen nie przyszedł mi łatwo. Zamknięcie oczu – trup. Kolejne zamknięcie – trup. Trupy, trupy, trupy. Śmiało mogłam je liczyć zamiast baranków. A to był dopiero początek mojej podróży.

W końcu zmęczenie wygrało, lecz i tak w niespokojnym śnie przeszkadzało mi zimno. Ciągle budziłam się, próbując mocniej opatulić się kocami, niestety na marne. Po kilku godzinach męczarni znalazłam jeszcze dwa koce i mogłam spokojnie oddać się snu.

Spokój jest jednak pojęciem względnym, gdy nawiedzają cię koszmary.

Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com