16
Czasem zdarza się tak, że człowiek doznaje takiego szoku, przez który nie wie co ma ze sobą zrobić. W moim życiu także musiał nastać taki dzień. A było to wtedy, gdy obudziłam się w ramionach śpiącego Dylana. Nie miałam pojęcia, jak zareagować. Obudzić go? Może pozostać tak, dopóki sam się nie przebudzi? Czy zacząć krzyczeć? W każdym razie zaczynałam myśleć, że facet jest niespełna rozumu. Jeszcze nad ranem groził mi śmiercią, a teraz śpi ze mną i na dodatek mnie przytula? Muszę przyznać, że czułam się niekomfortowo. Nigdy nie miałam styczności z mężczyznami, a tym bardziej żaden mnie nie przytulał.
Postanowiłam obojgu nam oszczędzić tej żenującej sytuacji i dyskretnie go obudzić, udając, że sama nadal śpię.
Szturchnęłam go łokciem, a gdy jęknął i się poruszył, od razu zamarłam. Za wszelką cenę starałam się zachowywać pozory śpiącego człowieka. Nawet lekko pochrapywałam. W głębi duszy miałam nadzieję, że kiedyś za tą scenę dostanę nagrodę.
Chłopak w końcu uwolnił mnie z uścisku i usiadł. Wymamrotał coś na temat, że te materace były beznadziejne, po czym wstał i udał się do „do toalety", co wywnioskowałam z dźwięku zamykanych drzwi.
Gdy wrócił, jeszcze przez chwilę stwarzałam pozory śpiącej, a parę minut później udawałam powolne budzenie się, jak to miałam w zwyczaju. Dopiero po przewróceniu się kilkukrotnie na drugi bok uznałam, że mogę się „obudzić". Postanowiłam udawać, że odkrycie sprzed kilku minut nie miało miejsca i zachowywać się tak, jak wczoraj, a może nawet milej.
Dylan stał przy niedużym stoliku i podgrzewał jedzenie w ten sam sposób, co ja wczoraj.
— Księżniczka wreszcie wstała — przywitał się. Dobra, jednak nadal był dupkiem. Naprawdę nie wiedziałam, co mu odbiło, dzień wcześniej na wieży kościelnej był naprawdę miły. — Już myślałem, że zapadłaś w sen zimowy.
Miałam ochotę prychnąć na jego słowa. Sam przecież wstał chwilę przede mną.
— Przepraszam, cały czas planowałam, jak się do ciebie zakraść i zabić — odparłam z przekąsem. On jednak zdawał się ignorować moje słowa.
— Rusz się, bo niedługo jedziemy. Nie mam zamiaru na ciebie czekać.
Przewróciłam oczami i udałam, że podgrzewająca zawartość garnka jest dla mnie bardzo interesująca i muszę obejrzeć trzy razy każdy składnik, który ją tworzył.
Jedząc, obserwowałam Dylana, który uzupełniał zawartość plecaków. Tym razem za pasek spodni włożył dwa pistolety. Czyżby spodziewał się większej ilości zagrożeń?
— Może lepiej, gdy się rozbiorę? Będzie więcej do podziwiania. — odezwał się nagle chłodno, nawet na mnie nie spoglądając.
Odwróciłam głowę, zakłopotana. Chciałam odpowiedzieć ciętą ripostą, ale jak na złość nic nie przychodziło mi do głowy. Nagle nad nami rozległ się huk. Jakby coś ciężkiego porządnie uderzyło o podłogę. Zamarłam, obawiając się, że ktoś może nas tu znaleźć.
— Siedź cicho — polecił chłopak, przechodząc obok mnie. Zbliżył się do wyjścia, jego sylwetka praktycznie zlała się z panującą tam ciemnością.
Znów coś uderzyło. Tym razem lżej.
— To pewnie wygnani. — szepnął z ulgą. Podszedł bliżej mnie. — Żaden mądry człowiek nie robiłby takiego hałasu. Nie ma szans, że nas tu znajdą, ale niestety sporo opóźnią nasz wyjazd.
Następną godzinę spędziliśmy w milczeniu. Dylan ciągle się gdzieś kręcił, a ja siedziałam i go obserwowałam, przez co dowiedziałam się, że jest tu też drugie pomieszczenie, znacznie zimniejsze, w którym znajdowała się większa część żywności, głównie konserwy, ryby i mięso.
Usiadłam wygodniej na materacu, krzyżując ze sobą nogi i kładąc dłonie za siebie.
— Czy ta sprawa z Deanem nie wydawała ci się podejrzana? — zapytałam, chcąc przerwać ciszę.
Chłopak zaprzestał wykonywanej czynności i odwrócił się w moim kierunku.
— Co masz na myśli? — zapytał podejrzliwie, mrużąc oczy.
— Obstawiam, że ta wasza baza jest jakoś ściśle tajna...
— Bo jest. — przytaknął.
— Więc skoro ten cały James, czy jak mu tam, podejrzewał go o współpracę z kobietami, to dlaczego go wypuścił? Przecież mógł pójść i przekazać wszystkie informacje mojej matce. Nie uważasz, że to dziwne?
— Do czego zmierzasz? — zmarszczył brwi.
— Uważam tylko, że ktoś zachował się bardzo nieodpowiedzialnie lub cała historyjka była zmyślona, a Dean był tam z całkiem innego powodu. — wzruszyłam ramionami. — Ale wiesz, to tylko moja teoria...
— Myślę, że to zwykłe niedopatrzenie. — przerwał mi surowym tonem i uznając rozmowę za skończoną, wrócił do grzebania w szafkach.
— Które mogłoby okazać się katastrofalne w skutkach. — zauważyłam, dalej drążąc temat.
Dylan westchnął, po czym spojrzał na mnie zza ramienia.
— Więc dobrze, że go zabiłaś. — uśmiechnął się drwiąco, po czym wyciągnął z szafki kilka konserw.
On chyba naprawdę uważa to za nic wielkiego. No bo co by mogło się stać? Co tam, że Dean mógł zdradzić położenie ich kryjówki i sprowadzić na nich kilkutysięczne wojsko. Chociaż nie wiedziałam, ilu ludzi jest w tajnej bazie, być może około setki, nie więcej. Ale skoro nie żyje, nie ma się czym przejmować? Najwyraźniej to tak działa.
— Zapomniałem o twojej nodze. — odezwał się nagle, wyrywając mnie z zamyślenia.
— Już o wiele lepiej. — podwinęłam nogawkę, gdzie znajdowała się jeszcze czerwona blizna. Ledwo ją czułam. Miałam wielkie szczęście, że nie wdarło się zakażenie i rana goiła się naprawdę szybko.
Pokiwał głową.
Zachowuje się oschle, ale widać, że w jakiś sposób się o mnie martwi. Ciekawe, czy uda mi się go rozgryźć.
— Chyba możemy już wyjść — stwierdził tonem fachowca.
Zabrał plecak i zarzucił go sobie na ramię. Ja chwyciłam drugi. Odłożyliśmy wszystko na miejsce i zgasiliśmy świeczki. Bałam się wyjść, ponieważ naprawdę nie miałam ochoty spotkać więcej kobiet, które mordują za pomocą stalowych prętów.
Gdy moja głowa wyłoniła się spod płyty, pełną piersią nabrałam mroźnego powietrza. Smakowało i pachniało wybornie, miałam wrażenie, że najsłodsza czekolada przy tym była niczym.
Na szczęście okazało się, że na zewnątrz było pusto. Słońce chyliło się ku zachodowi, przez co było już szarawo. Wiał nieprzyjemny wiatr. Oboje zmierzaliśmy w kierunku, gdzie zostawiliśmy samochód.
Po dotarciu na miejsce stwierdziłam, że nigdy nie widziałam tak wściekłego Dylana, gdy znaleźliśmy zmasakrowany samochód.
Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com