17
Z powodu zniszczonego samochodu zmuszeni byliśmy maszerować pieszo. Nie ucieszyło to żadnego z nas, a szczególnie Dylana, który przez około pół godziny wyklinał wszystko dookoła i molestował jeszcze bardziej i tak zmasakrowany samochód. Na usta od razu cisnęła się uwaga na temat tego, iż tylko wygnani są na tyle głupi, aby robić taki hałas. On zdecydowanie ich przebił. W końcu postanowił odpuścić, ale za to przez całą drogę byłam skazana na jego zły humor.
Po opuszczeniu miasteczka trafiliśmy na pustkowie, które wydawało się ciągnąć w nieskończoność. Na około można było dostrzec tylko zarośnięte, dzikie pola. Gdzieś dalej dostrzegłam zarys lasu. A na samym środku tego wszystkiego, zniszczona asfaltowa droga i my.
Na pustej przestrzeni wiatr był bardziej odczuwalny. Zmarznięte niczym dwie kostki lodu ręce wepchnęłam do kieszeni, ale i niewiele to dało. Niebo pokrywały gęste chmury, przyczyniając się do panującego wokół półmroku. Dylan szedł przede mną pewnym krokiem, nadając tempo. Widać było, że chce jak najszybciej przebyć drogę i znaleźć się na miejscu. Dla mnie tak szybki marsz był męczarnią, a prośba o postój spotkała się z głośnym westchnięciem.
— Tylko kilka minut — odparł jadowicie chłopak. — Chcę jak najszybciej znaleźć się w mieście. Tu mają nas jak na tacy. — nerwowo przeczesał palcami włosy i zwilżył językiem wargi. Był cały spięty.
Zrobiłam krok w jego stronę i usłyszałam jego przyspieszony oddech. Zrozumiałam, że dla niego to także duży wysiłek i starał się zapewnić nam bezpieczeństwo.
Zrzuciłam na chwilę ciężki plecak i wyjęłam z niego butelkę wody. Zimny, życiodajny płyn podziałał na mnie orzeźwiająco. Wiatr rozwiewał moje włosy w każdą stronę i choć było to moje najmniejsze zmartwienie, żałowałam, że nie miałam czym ich spiąć.
Na chwilę usiadłam na brudnej ziemi, aby choć trochę dać odpocząć zmęczonym nogom. Taki marsz trwał już około dwóch godzin. Nie chciałam jeszcze bardziej denerwować Dylana, który kręcił się obok i kopał kamyki leżące na drodze, więc w miarę szybko potwierdziłam gotowość do drogi. Nie wiem, czy tylko mi się wydawało, czy zwolnił kroku i szliśmy teraz o wiele wolniej. Cisza i monotonna droga przywiodły mi na myśl dzisiejszą sytuację, gdy obudziłam się w ramionach Dylana. Momentalnie pokryłam się rumieńcem, a serce zaczęło mocniej tłuc w piersi. Bliskość z mężczyzną zdawała się taka niestosowna. Udawałam, że jego towarzystwo było dla mnie czymś normalnym, ale za każdym razem, gdy mnie dotknął lub znalazł się bardzo blisko mnie, na mojej skórze tworzyły ciarki i serce przyspieszało swój rytm. Nie wiedziałam, dlaczego tak się działo i nie wiedziałam, czy to kiedyś minie. Miałam nadzieję, że tak, ponieważ bałam się, że w większym towarzystwie mężczyzn zwariuję. Mimo to rozmawiało mi się z nim wyjątkowo swobodnie, choć ciężko to czasem było nazwać rozmową.
Z zamyślenia wyrwał mnie Dylan, który nucił coś pod nosem. Zaciekawiona zaczęłam się bardziej wsłuchiwać, ale niestety nie rozpoznałam spokojnej melodii.
— Ładne. — odezwałam się, co okazało się błędem, ponieważ chłopak zamilkł. Po chwili wyczekiwania na odpowiedź, która nie nadeszła, postanowiłam zainicjować rozmowę. — Opowiesz mi trochę o tym, jak było przed wojną? — miałam szczerą nadzieję, że wie coś na ten temat i zechce ze mną porozmawiać.
— Było inaczej. — dostrzegłam jego wzruszenie ramionami. — Było lepiej. — mówiąc to, wydawał z siebie ciche westchnięcie. Jego rozdrażnienie jakby trochę zelżało.
— Opowiesz mi? — poprosiłam. Mogłam wykorzystać fakt, że przed nami długa droga.
— Przede wszystkim kobiety i mężczyźni żyli wspólnie. Potrzebowali siebie nawzajem. Każda kobieta marzyła o znalezieniu idealnego chłopaka, wzięciu z nim ślubu, założeniu prawdziwej rodziny. Wszyscy byli równi. Mogli chodzić po mieście bez obawy, że zaraz ich ktoś zastrzeli. Oczywiście, nie było idealnie. Były wojny, morderstwa, porwania, grabieże, ale tacy już są ludzie. — ponownie wzruszył ramionami. — Chciałbym żyć w tamtych czasach. Zobaczyć, jak to jest być traktowanym normalnie, jedynym zmartwieniem byłyby moje nastoletnie dzieci i upierdliwy szef w pracy.
Słuchając go, ścisnęło mnie w gardle. Wtedy musiało być cudownie.
— Nie rozumiem karania wszystkich mężczyzn za głupotę kilku osób — ciągnął. — Nie wierzę, że przez ten czas nie znalazła się żadna kobieta, która powiedziałaby walić to, wróćmy do tego, co było kiedyś.
Zaśmiałam się ze sposobu, w jaki naśladował kobiecy głos. Wysoki i dumny, a jednocześnie pełen determinacji.
— Może taka jest, ale w pojedynkę nic nie poradzi. — wzruszyłam ramionami. Poważnie zaczęłam myśleć nad tym, czy nie byłoby lepiej, gdyby mężczyźni byli wolni. A nóż udałoby się odbudować zniszczone miasta i stworzyć normalne społeczeństwo? — Może obawia się też, że mężczyźni zapragną zemsty i role się odwrócą. — to byłoby całkiem możliwe.
Mężczyźni przez dziesiątki lat byli gnębieni, więzieni, wykorzystywani i mordowani. Teraz mogli pragnąć zemsty. Ryzyko zaburzenia obecnego stanu rzeczy było bardzo realne i niebezpieczne.
— Myślę, że z tym nie będzie problemu. Zdecydowana większość chce spokoju. — chłopak zwrócił głowę w moją stronę.
— Ale czy chęć odzyskania wolności nie skończy się kolejną wojną?
— To raczej nieuniknione. — przeczesał ręką włosy. — Choć jest jedno rozwiązanie. — schował obie dłonie do kieszeni i wbił wzrok w popękaną od upływu lat drogę.
— Jakie? — zaciekawiłam się.
— Zabić twoją matkę.
Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com