27
Dźwięk komórki Dylana rozniósł się po samochodzie. Chłopak odebrał połączenie.
— Bez paniki Seth — powiedział, gdy chłopak wyrzucił z siebie potok słów. — Jedź dalej, może nas ominął. Jeśli się zatrzymają, pod żadnym pozorem nie wychodź z auta, chyba że trzeba będzie interweniować. Tak, zajmiemy się tym.
Schował urządzenie do kieszeni bluzy i głośno westchnął.
— Najwidoczniej jesteśmy bardzo pechowi.
— Może jednak nie. — Gdy wypowiedziałam te słowa, samochód przed nami zwolnił, aż w końcu się zatrzymał.
Dylan zrównał nasze samochody i zatrzymał się w odległości dwudziestu metrów od wozu strażniczego.
— Zwiąż włosy i załóż to. — Podał mi gumkę do włosów i czapkę z daszkiem. Najwidoczniej posiadał przy sobie wszystko. — Słuchaj, poczekamy aż ktoś wysiądzie z tamtego auta. Ty przesiądziesz się na moje miejsce, ja schowam się z tyłu. Kiedy wysiądziesz zostaw otwarte drzwi, niech myśli, że nie masz nic do ukrycia. Staraj się odwrócić uwagę od samochodu Setha. I proszę, jeśli będzie taka potrzeba, po prostu strzelaj. —Teraz zrobił coś czego się nie spodziewałam, pocałował mnie w czoło. To był chyba jeden z najbardziej opiekuńczych gestów, jakie doznałem w ciągu całego życia.
Jeszcze chwilę po tym, gdy Dylan zniknął na tyłach samochodu, siedziałam nieruchomo na fotelu pasażera. Dopiero po chwili się otrząsnęłam i zajęłam miejsce kierowcy. Wtedy z auta wysiadła strażniczka z karabinem w ręce. Nie mogłam ocenić czy jest sama, ponieważ ich szyby, tak jak nasze, były przyciemnione. Drżącymi dłońmi otworzyłam drzwi. Ciągle powtarzałam sobie, aby nie okazać zdenerwowania, to mogłoby być zgubne. Prosiłam też w myślach, abym nie została rozpoznana. Poprawiłam czapkę i stanęłam w odległości metra od maski samochodu.
— Coś się stało? — zapytałam obojętnym tonem. Starałam się naśladować zachowanie strażniczek, jakie udało mi się zaobserwować do tej pory.
— Co tu robicie? — ostro zadała pytanie, wskazując lufą na samochody.
— Wracamy z patrolu. Bardzo się spieszymy. — Założyłam ręce na piersi.
— Dlaczego ona nie wysiadła? — Ruchem głowy wskazała na samochód Setha. Zaczęłam panikować.
— Jest nowa, nie wie za bardzo, jak się zachować. — To była jedyna rzecz, jaka wpadła mi teraz do głowy i byłam już niemal pewna, że poleje się krew. Strażniczka pokiwała jednak niepewnie głową. Dosłownie widziałam nieufność w jej oczach. Dlatego też nie zrozumiałam, gdy zaczęła się wycofywać.
— Następnym razem poinformujcie, którą trasą będziecie wracać — powiedziała i zniknęła we wnętrzu samochodu. Stałam w miejscu, nie wiedząc, co się dzieje. Przypomniała mi się sytuacja, gdy chowaliśmy się w ruinach budynku, pod starym śmierdzącym dywanem. Wtedy ta strażniczka też wiedziała, że tam jesteśmy, mimo to nic nie powiedziała. Może to była ona? Albo jest więcej osób, które potajemnie wiedzą o naszym istnieniu i są po naszej stronie? W końcu ludzie w podziemiach skądś musieli przyjść. Wsiadłam do samochodu, gdy strażniczka już odjechała.
— Nie mam pojęcia, co się wydarzyło —powiedziałam, gdy głowa Dylana pojawiła się między siedzeniami. Po tym zaraz wsiadł za kierownicę.
— Ona wiedziała, że coś jest nie tak. — Ściągnęłam czapkę, by oddać ją Dylanowi.
— Dziwne. Ale się cieszę się, że postanowiła nas nie wydać.
Chwilę potem Dylan odbył krótką rozmowę z Sethem i ruszyliśmy w drogę. Po godzinie jazdy oczy zaczęły mi się same kleić. Brak snu znów dawał o sobie znać.
— Jesteś zmęczona — powiedział Dylan. Miałam ochotę wręczyć mu jakąś nagrodę za spostrzegawczość. —
— Nadal zadręczasz się śmiercią Deana?
— Nic na to nie poradzę — mruknęłam.
— Musisz zrozumieć, że Dean nie był dobrym człowiekiem. Pomyśl, co mógłby zrobić nam lub dokąd zmierzał, gdy go spotkaliśmy. Z tego nie mogło wyniknąć nic dobrego.
—Łatwo mu było mówić.
— Mii też nie podoba się zabijanie ludzi. Gdy pomyślę, że przed wojną nie musieliśmy nosić wszędzie ze sobą broni i kobiety oraz mężczyźni żyli na równi, to mam ochotę coś rozwalić, bo nie było mi dane żyć w tych szczęśliwych czasach. Ale jestem tu i teraz, więc muszę jakoś z tym żyć. I ty też. Nie jestem dobrym pocieszycielem, ale jestem pewien, że kiedy przestaniesz uważać, że zabiłaś niewinnego człowieka, tylko pomyślisz, że ten człowiek był zły, to to wszystko minie.
Wpatrywałam się w niego z podziwem. Nie spodziewałam się, że usłyszę od niego takie słowa pocieszenia. Znów zaskoczyło mnie to, jakim mądrym człowiekiem był Dylan. Zazdrościłam mu trzeźwości myślenia.
Nie wiedziałam, co na to odpowiedzieć, więc siedziałam cicho. Nie spodziewałam się, że znów się odezwie.
— Miałem sześć lat, gdy zginęli moi rodzice. Jako mały chłopiec nic nie rozumiałem, myślałem, że ciągle przenoszenie się z miejsca na miejsce jest czymś normalnym. Pewnego dnia, kiedy szliśmy do nowego domu, samochód strażniczek zajechał nam drogę. Tata kazał mi uciekać i się schować. Strażniczki chyba nie zwróciły na mnie większej uwagi. Schowałem się w jakiejś małej szopie zbitej z desek. Widziałem wszystko co się dzieje, jak kazały im uklęknąć, kiedy przystawiły im lufy do czoła. Wiedziałem, że muszę siedzieć cicho, mimo że chciałem tam pobiec i przytulić się do mamy. Patrzyła mi w oczy, kiedy ją zastrzelili. Zabrali ich ciała. Przez kilka dni włóczyłem się po okolicy, wołając rodziców. Miałem wielkie szczęście, że nie trafiłem na żadne strażniczki. Nie miałem jedzenia ani wody. Byłem głodny i odwodniony. Po paru dniach, gdy byłem już wyczerpany, znalazł mnie Robert –– ojciec Jamesa. Zabrał mnie do bazy, zaopiekował się mną, wyszkolił. Przez ten cały czas wychowywałem się z Jamesem i Sethem, który trafił do nas chwilę po mnie. Byliśmy jak bracia. — Tutaj przerwał.
Myślałam, że to już koniec opowieści. Byłam zaskoczona, że zechciał mi to powiedzieć.
— Dopiero w wieku trzynastu lat dowiedziałem się, kim byli moi rodzice — Tata pracował w fabryce, moja mama była prawą ręką twojej matki. Pomogła mu uciec. Skatowali go, a ona nie mogła na to patrzeć. Spędzili razem siedem lat. Podobno Robert zaproponował im schronienie, ale się nie zgodzili. Nie chcieli być po żadnej stronie. Uważam, że to odważne, a zarazem głupie posunięcie z ich strony. Gdyby skorzystali z propozycji Roberta, pewnie nadal by żyli.
Odwróciłam głowę w stronę szyby, ponieważ przez całą tę opowieść ścisnęło mnie w gardle, a do oczu napłynęły mi łzy.
— Przykro mi — mruknęłam.
— Niepotrzebnie, już dawno się z tym pogodziłem. Jestem świadom, że ciągle giną ludzie, najwidoczniej tak miało być. Teraz mam nowe, równie ważne, dla mnie osoby.— G — Gdy na niego spojrzałam, posłał mi lekki uśmiech.
— Masz Setha, Jareda, Luke'a. To jak pełna rodzina — Zaśmiałam się.
— Tak. — Odchrząknął,, jakby ta sytuacja była dla niego niezręczna. — Mam ich. Prześpij się, musisz mieć dużo siły.
Obudziłam się w lesie. Ściślej rzecz, biorąc w samochodzie, który był zaparkowany w środku lasu. Dylana nie było. Auto Setha stało kilka metrów dalej. Spanikowałam. Zo. Zostawili mnie samą?? Szybko wysiadłam i okrążyłam pojazd. Seth i Dylan siedzieli na dużym pniu z rozłożonymi mapami i innymi urządzeniami, które szczerze mówiąc, nie wiedziałam, działam,do czego mogły służyć. Odetchnęłam z ulgą.
— Jeśli się już wyspałaś, to możesz nam trochę pomóc. — Zaśmiał się Seth, który starał się trzymać mapy tak, aby nie zwiał ich wiatr. Usiadłam obok nich i położyłam dłonie na dwóch rogach dużej kartki, która przedstawiała plan jakiegoś budynku.
—To plan twojego domu — powiedział Dylan, jakby czytając mi w myślach. Nie miałam pojęcia skąd ją mają, ale zdążyłam się już przekonać, że oni potrafią prawie wszystko. —Teraz znajdujemy się w lesie, oddaleni od twojego domu o jakieś pięć kilometrów.
Zmarszczyłam nos. Zbyt Zbyt blisko centrum Waszyngtonu. To bardzo niebezpieczne, w każdej chwili mogli nas złapać. Ci faceci lubią igrać z ogniem.
— Byłem na zwiadach, nie ma w pobliżu żadnych strażniczek. —— Musiałam chyba przespać większość czasu, ponieważ z tego co widzę, zorganizowali prawie wszystko.
Gdy zawiał mocny wiatr, zrobiło się naprawdę zimno. Potarłam ramiona, ponieważ miałam na sobie tylko cienką koszulkę. Nieświadomie przysunęłam się bliżej Dylana, od którego biło przyjemne ciepło.
— Jedyny problem, to kamery. Są wszędzie — kontynuował Seth. — Ale na szczęście mamy to. — Wziął do ręki małe, czarne, prostokątne urządzenie z mnóstwem kolorowych kabelków. — Wystarczy dostać się do skrzynki elektrycznej, która znajduje się tu — wskazał na planie róg domu najbardziej wysunięty w stronę lasu — i podpiąć to cudeńko. Jared zajmie się resztą i odłączy wszystkie urządzenia — powiedział dumny.
Z kolejnym powiewem wiatru, Dylan zarzucił mi na ramiona kurtkę. Uśmiechnęłam się do niego z wdzięcznością, co odwzajemnił.
— Kiedy ruszamy? — zapytałam,, czując strach pomieszany z ekscytacją.
— W ciągu najbliższej godziny — odpowiedział Dylan. — Podjedziemy samochodami jeszcze jakieś trzy kilometry, resztę przejdziemy pieszo. Gdy już wejdziemy do środka, wszystko pójdzie z górki.
Przez następne kilkadziesiąt minut załatwialiśmy sprawy organizacyjne. Dylan i Seth uzbroili się po zęby w różnego rodzaju broń, którą Seth przywiózł w bagażniku. Ja dostałam dodatkowo jeden pistolet, mapy oraz plecak z wodą i odrobiną żywności.
Gdy znaleźliśmy się na skraju lasu, byłam zaskoczona, że znajdował się aż tak blisko mojego domu. Z okien wyglądało to całkowicie inaczej.
Ja i Dylan zostaliśmy w tym samym miejscu. Mieliśmy dać znać Jaredowi, kiedy Seth podepnie urządzenie. Byłam cała w nerwach. To było niesamowicie niebezpieczne. Seth był pod ostrzałem kamer i mogliśmy tylko liczyć na jego szybkość i łut szczęścia. Uporał się z tym jednak w zaledwie minutę i chwilę potem mogliśmy bez obaw podejść do tylnych drzwi domu. Wszystkie zamki były elektryczne, więc ustąpiły bez większego problemu. Kolejnym zadaniem było ekspresowe przemknięcie do piwnic, by Jared ponownie mógł włączyć zasilanie. Kiedy nam się to udało, niemal nie zaczęłam skakać z radości.
— —Teraz pokaż, gdzie jest wejście.
Musieliśmy przejść dość dużą część piwnic, aby dotrzeć do włazu. Gdy znaleźliśmy się w środku, Dylan wciągnął latarkę.
— —Nie rozdzielamy się, zbyt duże ryzyko. Najpierw sprawdzimy ten tunel. — Ws. —Wkazał lewą stronę, potem drugi. WWszyscy się na to zgodziliśmy.
Tunel ciągnął się w nieskończoność, więc zaczynaliśmy myśleć, że prowadzi gdzieś na zewnątrz. Możliwe, że była to jakaś droga ewakuacyjna. Gdy potknęłam się kilka razy o własne lub cudze nogi, Dylan, mimo moich sprzeciwów, chwycił mnie za rękę i prowadził zaraz za sobą. Ostrzegł, że jeśli jeszcze raz go zdeptam, będę szła przodem i ich prowadziła. Choć zrobiłam to kilka razy, nie spełnił swojej groźby. Po piętnastu minutach marszu, zauważyliśmy, że w tunelu się rozjaśnia, więc latarki nie były już potrzebne. Parę chwil później staliśmy wszyscy w ogromnym laboratorium, które na nasze szczęście było zupełnie puste. Dylan puścił moja rękę i zaczął się przechadzać między stanowiskami. Wraz z Sethem zrobiłam to samo.
— — Wszystkie laboratoria znajdują się w Pałacu Nauki, muszą planować nad czymś tajnym — — stwierdziłam.
I naczej nie mieliby powodu budować laboratorium pod ziemią.
—
—Zastanawia mnie, dlaczego wejście znajduje się w twoim domu. Nigdy nie widziałaś, aby ktoś się tam kręcił? —— zapytał Dylan.
—
— Raczej zauważyłabym, gdyby obcy ludzie chodzili po moim domu. Może tamten tunel, to inne wejście— — zasugerowałam.
— — Możliwe, sprawdzimy to. Na razie się jeszcze tutaj rozejrzę.
Wyciągnął telefon i zaczął robić mnóstwo zdjęć. Nie wiedziałam, że komórka może mieć wbudowany w sobie apara. Bardzo praktyczne. Muszę sprawdzić w najbliższej przyszłości, czy moja też ma taką funkcję. Byłoby to bardzo przydatne.
— —Miejmy nadzieję, że Jared i Luke, zorientują się, co się tu dzieje. — —Dylan westchnął westchnął. — L—epiej sprawdźmy drugi korytarz, nie powinniśmy kręcić się tutaj zbyt długo.
Gdy weszliśmy do korytarza, szczęście przestało nam sprzyjać. Przed nami pojawiła się młoda dziewczyna w białym kitlu. Wydawała się być tak samo zaskoczona, jak my.
—
—Maria?
Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com