26
Dylan stał kilka metrów dalej, celując bronią w James'a. Nie wyglądał jakby żartował. Bez oporów strzeliłby do mężczyzny. Dayo stał obok, oceniając sytuację.
— Teraz strzelasz do swoich? — prychnął z pogardą James.
— Strzelam do kogo trzeba, niezależnie kim jest. — Dylan warknął groźnie i podszedł bliżej mnie.
— Oczywiście. Jesteś bardzo honorowy. Tylko przypomnij sobie najpierw, kto na twoich oczach zamordował twoich rodziców, a kto dał ci po tym schronienie i pozycję.
— Nie mieszaj w to moich rodziców. Nie każdy jest taki. Ty bardziej pasujesz do tych z góry.
— Uważaj na słowa, młody. — Lufa broni skierowała się teraz na bruneta.
— Wiem, że chcesz się mnie pozbyć. Czujesz, że to ja mam większą władzę, to mnie ludzie słuchają. Masz mnie za idiotę? Tylko ty wiedziałeś, gdzie się wybieram. Miałeś przysłać posiłki, ale zauważyłeś dobrą okazję, aby pozbyć się mnie raz na zawsze. Teraz jesteś wkurzony, bo ci się to jednak nie udało. — Zszokowana wsłuchiwałam się w słowa Dylana. Na twarzy James'a malowała się wściekłość, marszczył groźnie brwi, a dłoń trzymająca broń zaciskała się boleśnie na przedmiocie. James dokładniej wycelował w Dylana.
— Nie jesteś tu potrzebny. Zwykły przybłęda nie będzie nami rządziła!
— Wszyscy jesteśmy przybłędami! Nasze miejsce jest na górze! Chcąc stąd wyjść musimy działać razem, a ty przez swoje uprzedzenia, wszystko niszczysz! Niektórzy z nas ukrywają się tu już sześćdziesiąt lat! — Klatki piersiowe obu mężczyzn poruszały się w szybkim, niemiarowym tempie.
— Dam Ci wybór, najpierw ty, czy ona? — Zdawało się, że ten człowiek w ogóle nie słucha. Dla niego liczy się tylko on sam, jego interesy. Nie interesuje go, czy inni przeżyją, ani co z nimi się stanie, ważne, żeby on był bezpieczny. Taki człowiek może posunąć się do wszystkiego.
— Skoro Ci tak bardzo na tym zależy. Ja. — Wolna dłoń Dylana złapała moją, druga nadal wycelowana była w James'a. W innej sytuacji prawdopodobnie bym się odsunęła, ale teraz, gdy byliśmy o krok od śmierci nie przeszkadzało mi to. Raczej nawet dodawało otuchy. Mimo to, nadal gorączkowo myślałam, co mogę zrobić. Do tej pory Dylan grał na czas, ale nie mógł robić tego wieczność.
Gdy palec James'a miał zacisnąć się na spuście, Dayo wszedł pomiędzy nas. Odwrócił się twarzą do James'a.
— Oszalałeś? — zapytał. — Akurat jego chcesz zastrzelić? Wiesz co się będzie działo, gdy się dowiedzą? Szczególnie Sean i Jared?
— Nikt nie musi wiedzieć.
— Dobrze wiesz, że Dylan nie rusza się nigdzie, jeśli ich nie poinformuje. Więc może lepiej zajmijmy się tym, że mamy trupa na podłodze i ktoś może zaraz tu przyjść, a wy wymachujecie bronią. Od razu padną przypuszczenia ma kogoś z nas. — Byłam pod wrażeniem postawy Dayo. Nie miałam pojęcia, że może okazać zdrowy rozsądek. Może jednak nie był taki zły, jak na razie.
— To ona.
— Zamknij się — warknął w jego stronę. — Nie mamy dowodów, kto to zrobił. — Czyli faza "zabijmy Melanie, bez powodu" już mu przeszła? Byłam zaskoczona. Lecz mimo tego, krótkiego przejawu dobroci, nadal mu nie ufałam.
James zmroziłam wzrokiem, ale się nie odezwał. To chyba najmądrzejsza rzecz, jaką zrobił odkąd go poznałam.
Gdy wszystkie bronie palne zniknęły z zasięgu mojego wzroku, szybko wysunęłam dłoń z uścisku Dylana i cofnęłam się o krok.
Mężczyźni szybko uporali się z ciałem i po kilkunastu minutach nie było nawet śladu po dokonanej zbrodni. Nikt się nawet nie by się nie domyślił, że tu leżał człowiek. Ale jego znajomi zauważą, że znikł, trzeba będzie im to jakoś przekazać. Z tego co wiem nie chcą robić z tego wielkiej afery. Nie mają dowodów czy było to zamierzone działanie, czy strzały padły w wyniku sprzeczki.
Rozeszliśmy się bez słowa, nikt nikogo nie zatrzymywał.
Gdy oddaliliśmy się na stosowną odległość, Dylan się odezwał.
— Co tam robiłaś?
— Jared kazał mi iść i na Ciebie zaczekać. Chyba nie myślisz, że to ja go zabiłam? — dodałam, gdy zorientowałam się w jakimś kierunku biegną jego myśli. — Nie leżał tam długo, zbieżność czasu. Dobrze wiesz jaki mam stosunek do zabijania. Dlaczego miałabym strzelać do chłopaka, którego w ogóle nie znałam? Nadal mam przed oczami obraz Deana i kałuży krwi pod moimi butami. Uwierz, nie chciałabym zrobić tego drugi raz. — Byłam wściekła. Ale kto by nie był?
— Rozważam wszystkie ewentualności. — Przeczesał ręką włosy. — Nie chcę cię o nic osądzać. — Weszliśmy na stołówkę, która obecnie była pusta.
Szybkim krokiem pokonaliśmy pomieszczenie, aż znaleźliśmy sił przy drzwiach kuchni, z której było słychać głośne rozmowy i stukanie naczyń. To przypomniało mi, że teraz powinnam zaczynać swoją zmianę.
Dylan pchnął duże, dwuskrzydłowe drzwi i wszedł do środka, ja zaraz za nim. Wszystkie rozmowy uciekły, a wzrok każdego skupił się na nas.
— Witam, Panie. — Uśmiechnął się. — Odstąpicie nam trochę jedzenia? — Na przód wysunęła się Kaya i odesłała wszystkich do pracy.
— Dokąd się wybierasz?
— Musimy coś załatwić.
— Z nią? — spojrzała na mnie pogardliwie. — odkąd pamiętam, jeśli potrzebna była kobieta na akcje, ja z tobą jechałam.
— Nie zaczynaj. Akurat teraz potrzebna jest mi Melanie. — Dziewczyna prychnęła. — Zapakuj jedzenie dla trzech osób na tydzień. — Przewracając oczami, wykonała zadanie. Obrażona wcisnęła mu do ręki torbę, ale Dylan zignorował jej fochy i wyszedł.
Po jego minie, zachowaniu i sile wsadzonej we wciśnięcie guzika, łatwo było się domyślić, że jest zdenerwowany.
— Zaraz wyważyłbyś moje pancerne drzwi. — zażartował Jared, gdy Dylan wpadł z impetem do pracowni.
— Potrzebny mi samochód. — Rzucił torbę na jeden ze stołów. — I paliwo.
— Ile was nie będzie?
— Tydzień. — Westchnął Dylan.
— Akcja miała trwać góra dwa dni.
— Wystąpiły pewne komplikacje, więc nie będzie nas dłużej. — Odebrał klucze, które Jared przyniósł z innego pomieszczenia.
— Co się stało?
— James jest kretynem, robi się coraz bardziej nieobliczalny. Chciał mnie zastrzelić! — Wyrzucił ręce w górę, w geście wściekłości. — A najpierw Melanie, dobrze że w porę przyszedłem.
Jared spojrzał na nas ze współczuciem w oczach.
— Tak, trzeba by było coś z nim zrobić. Robert nie żyje, więc nie ma już go kto trzymać w ryzach. — Dylan przetarł twarz dłońmi.
— Będę nad tym myśleć. Pogadamy, kiedy wrócę. Seth siedzi w samochodzie u góry i pewnie zastanawia się, co u diaska, tu tyle robię.
Luke otworzył kolejne drzwi, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Prowadziły do małego korytarza, gdzie, ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, znajdowały się kolejne drzwi. W powietrzu uniósł się silny zapach paliwa i oleju. Za drzwiami znajdowała się ogromna hala, podpierana dziesiątkami betonowych słupów. Całą powierzchnię zajmowały, pancerne samochody, identyczne do tych, jakie posiadają strażniczki.
— Skąd je macie?
— W fabryce są nasi, jeden z nich ukradł projekt, a ja razem z tatą, je zbudowaliśmy — odpowiedział Luke.
Wsiedliśmy do jednego z samochodów, wybranego przez Dylana. Luke włożył do bagażnika dwa kanistry paliwa i torbę z żywnością.
— Jak chcesz stąd wyjechać? — zapytałam, gdy ruszył.
— Zobaczysz.
Luke podszedł do ogromnych drzwi. Wstukał jakiś kod i powłoka powoli zaczęła podnosić się do góry, aż przed nami pojawiła się ogromna winda. Mężczyźni pożegnali się skinieniem, wyjechaliśmy na platformę, potem drzwi się zamknęły, a my ruszyliśmy w górę. Winda jechała wolno, więc obstawiałam, że zajmie to dłuższą chwilę.
— Masz broń? — zapytał po chwili ciszy.
— Tak, Jared mi dał.
— To czemu jej nie wyciągnęłaś, gdy James do ciebie celował? Gdybyś wymierzyła w niego, nie byłby już taki pewny siebie.
— Nie wiem, nie pomyślałam o tym, byłam zbyt spanikowana — odpowiedziałam niepewnie.
— W takich sytuacjach właśnie trzeba myśleć najwięcej! — krzyknął, uderzając pięścią w kierownicę.
— Nie wychowano mnie w ten sposób! Nie wymagaj ode mnie żebym wiedziała, jak zachować się w sytuacjach z jakimi nie miałam nigdy styczności! Nie nauczę się tego w ciągu kilku dni! — Również krzyczałam, ponieważ nie ma prawa tego ode mnie żądać, jeszcze nie teraz.
— Tutaj musisz uczyć się szybko, inaczej nie przeżyjesz zbyt długo. — To było ostatnie zdanie, jakie wypowiedział, dopóki nie zatrzymała się winda.
Znaleźliśmy się w kolejnej, tym razem mniejszej hali. Dylan zatrzymał się przed kolejnymi drzwiami, wysiadł i wstukał kod, który otworzył drzwi i ukazał światło dzienne. Nie byłam na powierzchni już od jakiegoś czasu, więc widok zachmurzonego nieba wprawił mnie w lepszy nastrój. Wreszcie, choć na kilka dni, oderwę się od panującej wokół nienawiści wymierzanej w moim kierunku. Świadomość, że dziś prawie otarłam się o śmierć, potęgowało to doznanie.
Na dużym, pustym placu, otoczonym zniszczonym drutem kolczastym za którymi znajdowały się ruiny miasta, stał drugi samochód, z którego wysiadł Seth.
— Dłużej nie można było? Już miałeś wysłać za wami ekipę śledczą. — Zaśmiał się, gdy zatrzymaliśmy się obok, a Dylan wyszedł z auta. Nie ruszyłam się z pojazdu, a chłopak zostawił otwarte drzwi, więc mogłam wszystko słyszeć. No, prawie wszystko, ponieważ Dylan momentami szeptał.
— A to sukinkot — warknął Seth. — Chętnie bym go za to wykastrował. Muszę podziękować Dayo za to, że oprzytomniał i uratował mi najlepszego przyjaciela. — Poklepał Dylana po ramieniu.
— Jak się masz? — Tym razem zwrócił się do mnie.
Wzruszyłam ramionami.
— Mogło być gorzej.
— I to się nazywa postawa godna żołnierza. — Zaśmiał się.
Stali tak już dobre piętnaście minut i wyglądali, jakby w ogóle nie przejmowali się tym, iż znajdują się na otwartej przestrzeni.
Chyba czytając mi w myślach, parę chwil później, obaj wsiedli do samochodów. Seth jechał pierwszy, my zaraz na nim. Krajobraz nie różnił się niczym od tego, który widziałam w drodze tutaj. Wszędzie ruiny, gruz i piach. Dopiero teraz przypomniałam sobie, że baza leży na obrzeżach Filadelfii. Czyli kilka kilometrów stąd znajduje się ogromne miasto, z wieloma uzbrojonymi strażniczkami. Zrobiło mi się nie dobrze.
— Czy to bezpieczne? — zapytałam.
Dylan prychnął.
— Nic teraz nie jest bezpieczne, ale na pewno bezpieczniejsze od poruszania się pieszo. Po za tym, mamy nie wyróżniający się wóz, z wszystkimi przyciemnionymi szybami. Na dodatek strażniczki rzadko się tu zapuszczają, a jeśli już, to nie kontrolują własnych samochodów. Gdyby jednak się to zdarzyło, ty zajmiesz moje miejsce za kierownicą, dlatego też masz na sobie strój strażniczek, a ja schowam się na tyłach samochodu — wyjaśnił.
— A co z Sethem?
— Dlatego zawsze bierzemy ze sobą kobiety. Niestety on musi liczyć na własne szczęście. — To nie było fajne, ani bezpieczne.
— Nie mógł kogoś wziąć?
— Nikomu nie ufam na tyle, aby go w to wtajemniczyć.
— Nawet Kayi?
— Zwłaszcza jej. Jest bardzo blisko z James'em, jeśli wiesz co mam na myśli. — Chwilę zajęło mi skojarzenie o co mu chodzi, a gdy to już do mnie dotarło, chciałam jak najszybciej wyrzucić ten obraz z głowy. — Na dodatek ta wyprawa jest tajna, wiemy o niej tylko my, Jared i Luke. — Pokiwałam głową w geście zrozumienia.
Po kilku kilometrach przebytych w ciszy, postanowiłam, podjąć nowy temat.
— Co dokładnie stało się z twoimi rodzicami?
Spojrzałam na niego, ale on nieustępliwie wpatrywał się w przednią szybę, zaciskając usta.
— Cholera — zaklął pod nosem. — Mamy towarzystwo. — Przeniosłam wzrok na drogę przed nami. Z naprzeciwka zbliżał się samochód strażniczek. Seth nadal jechał.
— Powiedz proszę, że to nasi — wybełkotałam.
— Miejmy taką nadzieję.
Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com