Chào các bạn! Truyen4U chính thức đã quay trở lại rồi đây!^^. Mong các bạn tiếp tục ủng hộ truy cập tên miền Truyen4U.Com này nhé! Mãi yêu... ♥

25

      Gdybym miała powiedzieć, że pierwsza lekcja z Dayem była koszmarna, na pewno zostałabym zamknięta za tak okrutne kłamstwo. Było o wiele gorzej. Tylko zamknięte drzwi i kwestia honoru powstrzymywały mnie przed ucieczka, gdzie pieprz rośnie. Spędziłam z tym chłopakiem całą godzinę i naprawdę byłam gotowa błagać Dylana aby jednak zrezygnował z tego pomysłu. Niestety zapadł się pod ziemię już kilka dni temu. Szczerze zaczynałam się trochę martwić, byłam może nawet trochę przerażona, ponieważ zostałam sama. Dayo ciągle zawodził, że do niczego się nie nadaje i powinni mnie już dawno zabić, ponieważ ściągnę na nich same kłopoty. Na dodatek prawie nie próbował mnie czegoś nauczyć. Głównie on sam dawał popis swoich umiejętności. Jedyną rzeczą, jaką wyniosłam z tych zajęć była budowa łuku. Cóż, to na pewno pomoże w potencjalnym niebezpieczeństwie.

Na odchodne rzucił tylko miło: "Oby któryś z korytarzy się na ciebie zawalił" i zniknął. Jeszcze chwilę próbowałam sama strzelić choć raz, niestety skończyło się to tylko na otarciach. Jednym słowem, totalna klapa. Dodatkową przemiłą rzeczą w tym dniu była moja praca w kuchni. Kaya – druga najbardziej denerwująca osoba z całego towarzystwa – poskarżyla się James'owi iż nie robię niczego pożytecznego. Takim sposobem wylądowałam na zmywaku. Nie była to najciekawsza, ani najmilsza praca jaką wykonywałam, ale dało się znieść.

— Hej. — Podskoczyłam zaskoczona nagłym pojawieniem się Luke'a, syna Jareda.

Rzadko rozmawialiśmy, ale był jedną z nielicznych osób, która traktowała mnie normalnie.

— Cześć — odpowiedziałam z lekkim uśmiechem.

Staliśmy przy windzie, którą chciałam dostać się do swojego pokoju.

— Tata chciałby się z tobą widzieć.

— Coś się stało? — zmarszczyłam brwi.

— Nie wiem, ale mówił, że to pilne.

Zdziwiło mnie, że Jared ma do mnie jakąś sprawę, ponieważ od naszej pierwszej rozmowy nie mieliśmy okazji już się spotkać. Nadal miałam w głowie jego słowa. Mogę uratować świat, pokręciłam głową rozbawiona. To nie jest możliwe, prędzej już stawiałabym na Dylana, on przynajmniej coś robi w tej sprawie.

Pracownia Jareda i Luke'a była naprawdę ogromna. Mieściła się dwa poziomy pod salami treningowymi, co było dla mnie zaskoczeniem, ponieważ myślałam iż nie ma niczego niżej. Pełno było tu dziwnych urządzeń, których nigdy wcześniej nie widziałam. Mnóstwo lamp oświetlały pomieszczenie, co trochę ogrzewało wizerunek. Jared stał przy jednym ze stanowisk, na którym stała ogromna maszyna wielkości samochodu dostawczego.

— Witam w moim królestwie — przywitał się. — Robi wrażenie, prawda? — dodał, widząc moja minę.

— Tak, nigdy nie widziałam takiego miejsca — powiedziałam z zachwytem.

— Poświęciłem temu całe swoje życie. — Westchnął. — Dobrze, że trafił mi się taki syn, jak Luke. Młody ma łeb nie od parady. — Poczochrał synowi włosy, a ten tylko szybko się odsunął, poprawiając fryzurę.

— Ponoć miałeś do mnie jakąś ważną sprawę — przypomniałam.

— Ah, tak. Chodź ze mną.

Wprowadził mnie do innego, mniejszego pomieszczenia. Znajdowały się tu tylko regały zapełnione mnóstwem rzeczy. Mężczyzna zniknął na chwilę za jednym z nich, chwilę potem dostałam do ręki małe urządzenie. Mały ekran, klawiatura z numerami, przypomniało mi to...

— Telefon komórkowy. — Jared potwierdził moje podejrzenia. — Zlikwidowano je ze względu na bezpieczeństwo. Ciężko im było kontrolować taką liczbę telefonów. Przywrócenie ich do pracy, kosztowało nas dużo czasu i wysiłku. Musieliśmy stworzyć nowy nadajnik, który trzeba było umieścić na zewnątrz, tak aby nikt się nie zorientował. Okazało się jednak, że doszliśmy do perfekcji w byciu niewidzialnymi. — Jego uśmiech pokazywał, jak bardzo był z tego powodu dumny.

Sama byłam pod ogromnym wrażeniem, ponieważ wszystkie tereny są dokładnie sprawdzane i ciężko nie zauważyć, że ktoś wybudował ogromny nadajnik.

— Tato, Dylan. — Zmarszczyłam brwi. Dylan tu jest?

Okazało się jednak, że to tylko telefon, ale przynajmniej dobrze wiedzieć, że żyje. Stanęłam w drzwiach składzika by przysłuchać się rozmowie. Niestety nie udało mi się to, ponieważ komórka Jareda wylądowała w mojej ręce.

— Do ciebie, chłopak dzwoni już trzeci raz. — Ze zdziwieniem przyłożyłam słuchawkę do ucha.

— Tak?

— Za chwilę po Ciebie będę. Jared da Ci potrzebne rzeczy, masz być gotowa.

— Co się dzieje? — Nie rozumiałam, o co mu chodzi.

— Znaleźliśmy sposób, jak dostać się do twojego domu. Chcemy sprawdzić dokąd prowadzą tunele.

— To nie jest zbyt ryzykowne? — zapytałam choć w głębi duszy cieszyłam się, że będę mogła się stąd wyrwać na jakiś czas.

— Mam Ci przypomnieć moje motto życiowe? — Zaśmiałam się do słuchawki.

— Nadal uważam, że to głupi pomysł. Szczególnie żebyśmy oboje, jako główni poszukiwani jechali do mojego domu. Ale chyba nie mam nic do stracenia. — Poza życiem, dodałam w głowie.

— Czy to nie ekscytujące? — Wiedziałam, że uśmiechał się w ten swój specyficzny sposób. Nie rozumiem dlaczego tak bardzo cieszyło go niebezpieczeństwo.

— Bardzo. — Przewróciłam oczami — Gdzie mam czekać?

— W moim biurze. Klucz jest wysunięty między framugę, a ścianę u góry.

Gdy to ustaliliśmy, rozłączył się.

Jared przygotował dla mnie strój, który bardzo przypominał ubrania, które były w schronach. Dostałam też nóż i pistolet, czego się nie spodziewałam. Okazało się, że mężczyzna posiada tu także arsenał broni.

Zabrałam też komórkę.

Pożegnałam się z mężczyznami i udałam się do biura Dylana. Nie miałam jeszcze okazji być w jego wnętrzu, więc interesowało mnie, co tam zastanę. Korytarze na szczęście były puste. Nie musiałam więc obawiać się podejrzliwych spojrzeń ludzi. W jednym z ciemniejszych korytarzy wdepnęłam w coś mokrego. Ohyda. Spojrzałam w dół i prawie zwymiotowałam. To była krew, a parę metrów dalej leżał martwy chłopak. Zatkałam dłonią usta, by powstrzymać krzyk. Dlaczego ktoś zabił tego chłopaka? Musiałam stąd iść, nim ktoś mnie zobaczy i pomyśli, że to moja sprawka. Nie potrzebuje kłopotów. Najlepiej jeśli poinformuję o tym Jareda. Odwróciłam się z zamiarem odejścia z miejsca zbrodni, lecz przede mną znikąd wyrósł James, Dayo i jakiś inny chłopak.

Nie dobrze. James patrzył na mnie jakby chciał potraktować mnie tak samo, jak został potraktowany tamten chłopak.

— Coś ty zrobiła? — krzyknął. — Karmimy cię, dajemy ci dach nad głową, a ty mordujesz naszych ludzi? Wiedziałem, że trzeba się ciebie pozbyć nim narobisz nam kłopotów.

— To nie ja, on–

— Zamknij się! — Cofnęłam się przerażona, gdy wyciągnął broń. — Zrobię z tobą to, co powinienem zrobić na początku. — Głos uwiązł mi w gardle. Czyli tak skończy się moje życie? Zostanę zastrzelona za coś, czego nie zrobiłam?

— Proszę, nie. — Łza spłynęła mi policzku. — Nic nie zrobiłam, to nie ja. — Byłam przerażona. Wiedziałam, że tylko cud mógł mnie uratować.

— Pożegnaj się ładnie. — Uśmiechnął się krzywo.

Przymknęłam oczy, będąc gotowa na najgorsze.

Usłyszałam przeładowywanie broni.

— Na twoim miejscu bym tego nie robił. — Głos Dylana rozniósł się po korytarzu.

Oto mój cud.

Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com