24
Brak snu zaczynał być poważnym problemem. Na treningach dosłownie zasypiałam, a Dylan nawet trochę nie zwracał na to uwagi. Wciąż chodził rozdrażniony. Był gorszy niż na początku naszej znajomości, często zdarzało mu się wyładowywać swoją złość na mnie, nieważne co powiedziałam, zawsze był to temat do dyskusji. Dlatego tak bardzo zdziwiłam się, gdy pojawiłam się jak zwykle w sali treningowej, a on przywitał mnie z uśmiechem. Było to co najmniej dziwne i już zastanawiałam się, czy nie obrać drogi ucieczki.
— Dobrze się czujesz? — Zmarszczyłam brwi, stając naprzeciw niego.
— Oczywiście. — Wzruszył ramionami ciągle mając ten głupi uśmiech.
— Może powiesz mi, co się stało zanim rozerwiesz sobie twarz od tego uśmiechu. — Skrzyżowałam ręce na piersi ciągle się w niego wpatrując.
— Jestem po prostu zadowolony, ponieważ od powrotu wreszcie udało mi się coś osiągnąć.
— Co takiego? — Ponownie zmarszczyłam brwi.
— Po pierwsze utarłem Jamesowi nosa i już się tak nie puszy, a po drugie załatwiłem ci lekcje u Daya. — Zatrzymałam się w pół kroku w drodze do mat.
— Załatwiłeś mi lekcje u Daya? — Nie wiedziałam, czy bardziej byłam zła, czy przestraszona.
Dayo Conley dał mi wiele powodów do tego, abym trzymała się od niego z daleka. Nie zamierzałam tego zmieniać.
— Dobrze wiesz jaki jest Dayo, na dodatek nie mam ochoty na tak bliską styczność z mężczyznami — warknęłam.
Westchnął przeciągle.
— Nie możesz wiecznie unikać kontaktu z mężczyznami. Tak jakby jest nas tu wielu i musisz z nami żyć, a uciekanie przed tym wcale ci nie pomoże.
— Ale dlaczego Dayo? — Opuściłam ręce wzdłuż ciała w geście bezradności.
— Jest najlepszym łucznikiem i kusznikiem.
— A co mi do tego? — Przewrócił oczami.
— Chcę, abyś nauczyła się strzelać z łuku. Długo cię obserwowałem i chyba jeszcze nigdy nie spotkałem osoby, która chodzi tak cicho. — Zmarszczył brwi.
Rzeczywiście, kilka razy zdarzyło mu się wytknąć mi, że się skradam, choć wcale tego nie robiłam. To przychodziło naturalnie. Ale strzelanie z łuku? Śmiem twierdzić, że raczej nie będę polować na zwierzynę. Myśl o tym iż miałabym zabić jeszcze więcej ludzi napawała mnie wstrętem. Nie byłam taka, nie potrafiłam zabijać nic sobie z tego nie robiąc. Nie mam pojęcia, jak Dylanowi czy innym tutaj, to nie przeszkadzało.
— Nie chcę strzelać do ludzi — wyjaśniłam. Zaczęliśmy robić okrążenia wokół sali dla rozgrzewki, odezwał się dopiero po chwili.
— Może zdarzyć się tak, że nie będziesz miała wyjścia. Na przykład, tak jak było z Deanem. — Skrzywiłam się, wiedząc że ma rację. Zawsze może zdarzyć się coś podobnego.
— Tylko że łuk... Wydaje mi się, że naprawdę ciężko się nim posługiwać. Nie możemy zostać przy zwykłej broni?
Dylan westchnął tak, jakby męczyła go już ta rozmowa.
— Łuk jest cichy, tak jak ty. Możesz działać z zaskoczenia, nie zdradzając przy tym swojej kryjówki. — Wytłumaczenie było całkiem trafne i logiczne. Ale mimo to, myśl o lekcjach z Dayem wzbudziła we mnie dreszcze. Mogłam dalej dyskutować, ale raczej nie osiągnęłabym nic, oprócz wkurzonego Dylana. Ten chłopak naprawdę nie lubił, gdy ktoś podważał jego zdanie. To cecha godna przywódcy.
Po nieskończonej ilości okrążeń, opadłam zdyszana na podłogę. Spojrzałam na Dylana, który miał tylko lekką zadyszke. Jak on to robił? Ja nie czułam już żadnej części mojego ciała, a to dopiero rozgrzewka.
— Chcesz powymieniać się informacjami? — zdziwiło mnie jego pytanie.
— Jakimi?
— Powiedzmy, że James wręcz cię nienawidzi i żeby zdobyć chodź trochę jego zaufania musisz jakoś udowodnić, że jesteś po naszej stronie. — Spojrzałam na niego zdziwiona.
Oczywiście podsłuchałam niedawno ich rozmowę, ale nie przypuszczałam, że Dylan mnie o wszystkim poinformuje. Stawiałam bardziej na podstępnie uzyskiwane informacji.
— Oczywiście nie bierz tego do siebie, James mało kogo lubi. Taki typ człowieka "jestem duży i groźny, lepiej się nie zbliżaj, bo zamorduje ci chomika". — Ostatnie zdanie wypowiedział naśladując gruby głos Jamesa.
Mimo woli zachichotałam pod nosem. Dylan posłał mi lekki uśmiech. Naprawdę miał dziś dobry humor. Chyba jeszcze nigdy nie odnosił się do mnie tak normalnie i wypowiedział więcej niż dziesięć słów.
— Nie posiadam żadnych ważnych informacji. — Wzruszyłam ramionami — Dobrze wiesz, że byłam trzymana od wszystkiego z daleka.
Stanął zaraz przy moich wyciągniętych nogach, więc zmuszona byłam patrzeć w górę.
— Mieszkałaś tam, coś musiało ci się obić o uszy lub widziałaś cokolwiek, co mogłoby nam jakoś pomóc. Każdy szczegół jest ważny. — Przygryzłam wargę.
Czy na pewno chciałam zdradzić własną matkę? Co prawda zrobiłam już to, pomagając Dylanowi i zgadzając się na pozostanie tutaj. Przekazanie informacji wiązało się z ostatecznym wybraniem strony. Tylko czy nie tego chciałam od początku? Wyrwać się stamtąd, przestać żyć w tym sztucznym świecie w otoczce kłamstw? Co prawda tutaj wcale nie było lepiej, ale mimo krzywych spojrzeń i złośliwych komentarzy nie czułam się tutaj, jak w potrzasku. Co było paradoksem, ponieważ znajdowaliśmy się parę kilometrów pod ziemią. Po za tym, chcę pomóc Dylanowi i całej reszcie. Nie zasługują, by ukrywać się tutaj, jak szczury.
— W moim domu, w piwnicach. Znalazłam kiedyś klapę w podłodze. Z ciekawości zeszłam tam, myślałam, że to jakieś ukryte pomieszczenie, ale okazało się, że to tunel, prowadził w dwóch różnych kierunkach. Niestety nie miałam odwagi sprawdzić dokąd prowadził. — Dylan zawiesił wzrok na czymś za mną, intensywnie się zastanawiając. Zawsze, gdy to robił poruszał delikatnie szczęką na boki.
— W takim razie musimy się tam jakoś dostać i to sprawdzić. — Zmarszczyłam brwi.
— Nawet ja uważam, że to głupie. Nie damy rady dostać się tam niepostrzeżenie, nikt nie da rady. Dom jest monitorowany. Na pewno teraz pilnują go jeszcze bardziej, możliwe że liczą, iż po coś tam wrócę i mnie złapią. To zbyt duże ryzyko. — Nie mogłam dopuścić, by ktoś został złapany. Od razu zostałby zabity.
— Bez ryzyka nie ma zabawy. To moje motto życiowe. — Wyszczerzył zęby w uśmiechu.
— Jesteś... — Zdjął z siebie koszulkę. Otworzyłam usta ze zdziwienia. Po jaką cholerę on to zrobił? Zarumieniłam się wiedząc, że patrzę na nagą klatkę piersiową mężczyzny. Dobrze zbudowanego mężczyzny. Poza Ceremonią Wyboru nigdy nie widziałam mężczyzny bez koszulki, a fakt iż nie oddzielała nas gruba szyba wcale nie pomagał.
— Jaki jestem? Niesamowicie seksowny? — Strzelił mi cwaniacki uśmiech.
— Tak. Nie. — Strzeliłam jeszcze większego buraka i odwróciłam głowę. — Jesteś głupi i lekkomyślny. — Jeśli chciał sprawić, żebym wreszcie się zamknęła, to z pewnością mu się to udało.
— Lepiej wracamy do treningu — powiedziałam, wstając z podłogi i unikając gapienia na górne partie jego ciała.
Przez następną godzinę nie włożył koszulki.
Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com