23
Gdy szłam przez korytarz byłam omijana szerokim łukiem, a złowrogich lub przerażonych spojrzeń nie sposób było nie zauważyć. Nie czułam się z tym dobrze, brakowało mi Lizzy, która mimo tego iż zawsze popierała Państwo, była moją najlepszą przyjaciółką i mogłam porozmawiać z nią w każdej chwili, choćby przez telefon. Oczywiście mam Rosie, która stara się, abym czuła się tu jak najlepiej, ale nie może być ze mną w każdym momencie, ponieważ jej praca zobowiązuje.
Próbowałam znaleźć Dylana, lecz bezskutecznie, Z tego, co się dowiedziałam, pojechał na patrol i nie wróci w najbliższym czasie.
Pół dnia zajęło mi włóczenie się po tym miejscu i poznawaniu dróg. To bardzo przydatna rzecz, na przykład wtedy, gdy wściekły tłum chciałby mnie kiedyś wreszcie dorwać, a ja musiałabym uciekać. Oczywiście mam nadzieję, że nigdy nic takiego się nie wydarzy.
Co odważniejsi zwrócili mi uwagę, że nie powinnam się tutaj panoszyć jakbym była u siebie. Po kilkunastu kolejnych nienawistnych spojrzeniach i kilku uwagach postanowiłam schować się w swoim pokoju, w którym czułam się choć trochę bezpieczniej.
Wznowiłam pochód późno w nocy, gdy po wielu próbach zaśnięcia nie udało mi się zmrużyć oka. Zdarzało się to coraz częściej. Gdy tylko zamykałam oczy widziałam twarz Dean'a i tamtej kobiety, która stała się jak dzikie zwierzę tylko przez moją matkę.
Będąc na poziomie, gdzie znajdowały się biura Dylana i Jamesa usłyszałam przytłumione krzyki dochodzące zza drzwi jednego z pomieszczeń. Podeszłam bliżej, gdy rozpoznałam głos Dylana.
— Jeszcze jakieś głupie pomysły? — warknął. Musiał stać bardzo blisko drzwi, ponieważ słyszałam go bardzo wyraźnie.
— Po prostu ją tam wyślijmy, skoro uważasz, że jest po naszej stronie, to niech się do czegoś przyda i robi za tego cholernego szpiega! Będziemy mieć informacje z pierwszej ręki! — Trochę mniej wyraźnie usłyszałam drugi głos, który z pewnością należał do Jamesa.
— Nie rozumiesz, że ta wywłoka odstawia przedstawienie? Ani trochę nie ufa Melanii i wie, że wcale nie została uprowadzona. Nie wyślę jej do gniazda szerszeni tylko dlatego, że chcesz zakończyć wszystko, jak najszybciej. Rozumiem, każdy chce być wolny, ale nie kosztem innych! — Chłopak z całej siły uderzył pięścią w drzwi. Odskoczyłam przestraszona, ale postanowiłam zostać, ponieważ temat ewidentnie tyczył się mnie.
— Ona nie jest jedną z nas! Nie obchodzi mnie jej nędzne życie, sam chętnie bym ją zastrzelił, mam ochotę zrobić to za każdym razem, gdy ją widzę!
— Co się stało z zasadą, że przyjmujemy każdego, kto chce być jednym z nas i nam pomóc? — zapytał z wyrzutem.
— Jest córką naszego największego wroga, jak chcesz aby ktoś jej zaufał?
— A jeśli udowodni, że jest z nami, wtedy dasz jej cholerny spokój?
— Ciekawe jak? - zaśmiał się.
— Przekaże nam informacje.
James prychnął.
— Powodzenia. Jeśli nie zda egzaminu, wraca do Waszyngtonu i działa jako wtyka.
— Wiesz co mnie dziwi? To, że nie boisz się, że przekaże im informacje o nas.
Wiedziałam, że rozmowa dobiega już końca, ponieważ klamka zaczęła się powoli ruszać. To oznaczało iż Dylan chciał już zakończyć temat i wyjść. Jak najszybciej opuściłam piętro, by nikt mnie nie zauważył.
Miałam już wrócić do swojego pokoju, gdy skusiło mnie światło wylewające się na ciemny korytarz zza lekko uchylonych drzwi prowadzących do nory. Uchyliłam lekko drzwi i zajrzałam do środka. Nie było tam nikogo. Postanowiłam wejść głębiej, nie miałam jeszcze okazji zobaczyć to miejsce z bliska, ponieważ zawsze ktoś tu był i nie czułam się komfortowo przebywając tutaj. Pomieszczenie było naprawdę ogromne, mogło pomieścić kilkaset osób. Moją uwagę przyciągnęła wielka mapa rozwieszona na jednej ze ścian. Papier był zżółknięty i podarty, widać że była wiele razy klejona.
— Mapa pochodzi z czasów przed wojną. — Usłyszałam za sobą męski głos. Odwróciłam się i zobaczyłam za sobą mężczyznę w średnim wieku. Miał na twarzy lekki uśmiech, a w jego oczach widać było zmęczenie. — Jestem Jared. — Wyciągnął w moją stronę dłoń, spojrzałam na nią lekko się wahając. — Ah, tak zapomniałem. — Schował rękę do kieszeni spodni.
— Melanie — odpowiedziałam nie wiedząc, jak mam się zachować.
— Dobrze wiem, kim jesteś. — Uśmiechnął się ponownie. — Mapa pochodzi z roku dwa tysiące jedenastego, przedstawia kulę ziemską i kontynenty istniejące przed wojną. — Zmienił temat.
— Co się stało z resztą świata? — zapytałam, wskazując na kontynenty po drugiej stronie oceanu.
— Nie wiadomo, nie mamy kontaktu z drugą stroną. Możliwe, że nikogo już tam nie ma.
— A jeśli jednak są, dlaczego nam nie pomogą? Czy u nich może być tak samo? — Byłam ciekawa tego wszystkiego.
— Nie sądzę, by było tak, jak u nas. Jesteśmy całkowicie odcięci, nawet jeśli żyją tam ludzie, nie mają pojęcia, co dzieje się u nas. — Wzruszył ramionami.
— Nie próbujecie nawiązać z nimi jakiegokolwiek kontaktu? — Zmarszczyłam brwi.
— Oczywiście, że próbujemy. Dlatego mamy podstawy by sądzić, że nikogo tam nie ma.
Staliśmy w ciszy wpatrzeni w obraz świata, który prawdopodobnie już nie istnieje i nigdy istniał nie będzie.
— Jesteś piękna i mądra, jak matka. — Spojrzałam na niego zaskoczona. On nadal wpatrywał się w mapę.
— Nie jestem taka jak matka — warknęłam.
— Jesteś, tylko ona obrała złą ścieżkę, źle wykorzystała swoją mądrość i zdolność do rządzenia. — Wzruszył ramionami, jakby to nie było nic wielkiego.
— Chyba nie wiesz, o czym mówisz.
— Doskonale wiem. — Spojrzał na mnie. — Jesteś taka sama i dlatego tylko ty będziesz potrafiła się z nią uporać. Może inni tego nie widzą, ale jesteś najpewniejszą szansą na uratowanie nas i całego świata. — Otworzyłam usta, chcąc zapytać skąd może wiedzieć takie rzeczy, ale nasza rozmowa została przerwana.
— Melanie? Co ty tu robisz? — zapytał wściekły Dylan.
— Ja tylko–
— Idź do siebie — warknął.
Spojrzałam na Jared'a, skinęłam mu głową na pożegnanie i udałam się do swojego pokoju.
Cały czas zastanawiałam się, co konkretnie miał na myśli Jared. Jak ja mogłam uratować świat? To było głupie.
Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com