Chào các bạn! Truyen4U chính thức đã quay trở lại rồi đây!^^. Mong các bạn tiếp tục ủng hộ truy cập tên miền Truyen4U.Com này nhé! Mãi yêu... ♥

22

   — Dziewczynę? — zapytałam zdziwiona takim obrotem spraw. Tego akurat nigdy nie spodziewałam się usłyszeć.

— Tak, wiesz całowali się, przytulali trzymali za ręce, spali w jednym łóżku–

— Okay. Wiem o co chodzi. — Przerwałam wywód Rose. — Jestem po prostu zdziwiona. — Wzruszyłam ramionami. — Przez ten czas, który z nim spędziłam dosyć dosadnie pokazał mi co sądzi o kobietach.

— Tylko o tych z zewnątrz, ale to jak każdy tu. Na dodatek uprowadzili mu ukochaną, więc się mu nie dziw. — Wtrącił Luke.

— Dayo na przykład... Nienawidzi wszystkich. — stwierdziła Dizzy biorąc kolejny kęs chleba.

— Bo to Dayo, widzi tylko czubek własnego nosa i strzały. — prychnął Luke. — Na dodatek ma gigantyczne stopy i chodzi, jak słoń.

Zaśmiałam się na tę uwagę. Nie znałam Dayo, więc nie mi było go oceniać. Jedyne, czego się domyślałam, to żeby trzymać się od niego z daleka.

Zastanawiałam się, co tu będę robić? Dylan będzie uczył mnie walczyć czy może czegoś innego? Zupełnie nie miałam pomysłu na to, co ze sobą zrobić. Po śniadaniu każdy pójdzie do swojej pracy, a ja zostanę sama. Nie mogę przecież przyczepić się do Rose, jak rzep psiego ogona i przeszkadzać jej w pracy. Będę musiała znaleźć sobie jakieś zajęcie.

Jedną ręką podparłam brodę, a drugą mieszałam w misce. Przysłuchiwałam się złośliwym uwagom płynącym od ludzi siedzących przy stoliku Dylana. Robiłam to do momentu, w którym mój wzrok nie zatrzymał się na wiszącym pod sufitem, ogromnym telewizorze, w którym nadawane były wiadomości prosto ze stolicy. I to nie byle jakie wiadomosci. Właśnie mówiono o moim zaginięciu. Ktoś zwiększył głośność, a uwaga wszystkich skupiła się na urządzeniu. Obok prezenterki, której krótko ścięte włosy w kolorze wściekłej pomarańczy raziły oczy, widniało moje zdjęcie.

Teraz obok mojego zdjęcia wyświetlono zdjęcie Dylana, które wykonano, gdy przebywał w Centrum Wyboru. Po sali rozeszły się szepty. Spojrzałam przez ramię w stronę Dylana, który patrzył w ekran z zaciśniętą szczęką. Teraz prawie każda para oczu patrzyła w jego kierunku.

Z całej siły próbowałam zasłonić twarz włosami. Bałam się reakcji ludzi, gdy mnie rozpoznają. Najprawdopodobniej już poniektórzy domyślają się, że tu jestem. Musiałam stąd wyjść, ale gdybym zrobiła to teraz, prawdopodobnie zwróciłabym na siebie uwagę wszystkich. Najlepszą opcją było więc pozostanie na miejscu i wtopienie się w tłum.

Spojrzałam błagalnym wzrokiem na towarzyszy ze stolika. Rose zacisnęła usta rozglądając się dookoła. Wtedy nagle poczułam dotyk na swoim ramieniu. Spojrzałam w tamtą stronę i zobaczyłam stojącego obok mnie Dylana. Teraz już na pewno nie uda mi się ukryć.

— Wychodzimy — powiedział i nawet nie zdążyłam zareagować, gdy pociągnął mnie za ramię w górę i zaczął prowadzić w stronę wyjścia. Szepty się nasiliły, co odważniejsi zaczęli krzyczeć. Każdy był oburzony, a nawet wściekły, że ktoś taki jak Dylan sprowadził do ich kryjówki śmiertelnego wroga. Nie dziwiłam im się, sama nie byłabym zadowolona z takiego obrotu spraw.

W drzwiach wyminął nas James, który kazał nam iść do jego gabinetu. Schodami wyszliśmy na wyższy poziom. O ile dla Jamesa i Dylana taka wspinaczka nie była żadnym problemem, dla mnie wchodzenie po takiej liczbie stromych, kamiennych schodów było męczarnią. Dziękowałam w duchu, gdy zobaczyłam mocniejsze światło wylewające się z korytarza. Aby dojść do gabinetu Jamesa musieliśmy przejść przez całą jego długość. Gdy znaleźliśmy się już w środku, mężczyzna zatrzasnął za nami drzwi. Stałam blisko Dylana, ponieważ z Jamesa widocznie emanowała wściekłość.

— Czy ty czasem myślisz zanim coś zrobisz? — zapytał zdenerwowany, oskarżycielsko wskazując palcem na Dylana. — Będziemy mieć coraz więcej tych szczurów na głowie!

Dylan nie odpowiedział. Czułam tylko, jak jego ramię drży od zaciskania pięści.

— Może sprowadzisz do nas samą panią prezydent? Usiądziemy, wypijemy herbatkę. Bo czemu nie? Skoro jej córka już tu jest, to chyba nie zrobi wielkiej różnicy! — Nie wiedziałam, jak mam się zachować. Nie chciałam chować się za Dylanem jak tchórz, ale z drugiej strony bałam się Jamesa.

— Pomogła mi uciec — odpowiedział spokojnie.

— Gdybyś nie był taki lekkomyślny, to nie musiałbyś znikąd uciekać! — Od jego krzyku ciarki przeszły mnie po plecach. — A ty panienko? — Zwrócił się do mnie. — Ile mamy czekać, aż przekażesz informacje i sprowadzisz nam ich na głowy? — Spuściłam wzrok.

— Ona jest po naszej stronie. — Dylan stanął w mojej obronie.

— Doprawdy? Jesteś tego absolutnie pewien? — James spojrzał na niego z dziwnym, krzywym uśmiechem.

— Zgadza się, nie powinieneś mi ufać. — Postanowiłam się wtrącić. — Gdybyś to zrobił, uznałabym Cię za szalonego. Dylan też mi nie ufa. Ale jako przywódca pomyśl praktycznie. Zobacz ile cennych informacji mogę ci przekazać.

— Skąd mam wiedzieć, że powiesz mi prawdę? — zapytał podejrzliwie.

— Nie możesz. — Wzruszyłam ramionami. Czułam, że zaczynałam go coraz bardziej irytować.

— Nie prościej byłoby ciebie zabić?

— Pomyśl, że wtedy straciłbyś jedyną przewagę jaką masz. — Oparł się o brzeg biurka, drapiąc się po brodzie.

— Cóż, zawsze mogę zaproponować coś twojej matce w zamian za ciebie. — Dylan poruszył się niespokojnie, ale nie przerywał naszej wymiany zdań.

— Musisz wiedzieć, że wcale nie jestem ważna dla swojej matki. Jestem jedynie nie liczącym się tłem. Nawet nie zamierzała przekazać mi władzy. — Szłam na ślepo. Nie byłam do końca pewna swoich słów. Sugerowałam się tylko i wyłącznie domysłami Dylana. — To całe poszukiwanie mnie jest spowodowane tylko tym, żebym nie zaczęła z wami współpracować, ponieważ wiem rzeczy, o których nikt oprócz mnie nie ma pojęcia. Mam bystre oko, będąc wewnątrz tego wszystkiego widzę wiele rzeczy.

— Gdyby nie to, że ci z góry zaczynają węszyć, to nawet nie zawahałbym się zastrzelić cię nawet w tym momencie — powiedział, zabierając do ręki pistolet leżący na biurku obok. — Niestety jestem coraz bardziej pod ścianą, więc nie mam zbyt wielu opcji. Będę miał was na oku. Jeden zły ruch — przeładował magazynek — i możecie pożegnać się z życiem.

— Nie zapominaj, że ja też tu rządzę James. I radzę ci, abyś nie popełnił kolejnej wpadki, takiej jak ta z Deanem. — James zmarszczył brwi. Przyglądając się mu zastanawiałam się, czy każdy mężczyzna tu jest przystojny. Wszyscy, z którymi miałam okazję rozmawiać, byli niczego sobie.

— Nie rozumiem.

Dylan go zignorował. Najwidoczniej stwierdził, że to nie czas na wspominanie o naszym spotkaniu z Deanem.

— Idź najlepiej do swojego pokoju i dziś już nie wychodź. Nie mam dziś czasu na rozstrzyganie tej sprawy, zaginął mi patrol. Powiem komuś, żeby przyniósł ci jedzenie. — Jego głos znów był tak samo obojętny, jak na początku naszej znajomości. Jak gdyby rozmawianie ze mną było tylko koniecznością.

— Teraz tak będzie wyglądać moje życie? Będę siedzieć w pokoju i chować się przed wściekłym tłumem? Przypominam, że to ty mnie tu ściągnąłeś, a zostawiasz mnie w tym miejscu samą sobie. — Byłam zła. Nie znałam tu prawie nikogo. Ludzie mnie nienawidzili, a Dylan już prawie nie zwracał na mnie uwagi.

— Mam dużo na głowie. Chciałbym ci pomóc, ale na chwilę obecną nic nie zrobię. Muszą się uspokoić i przywyknąć. — Przeczesałam ręką włosy sfrustrowana. Chyba dostrzegł moje nerwy, ponieważ znów się odezwał. — Postaram się znaleźć godzinę dziennie, aby zacząć z tobą ćwiczyć.

— Ćwiczyć co?

— Walkę, strzelanie. Wszystkiego, co pozwoli ci przeżyć. Bardzo ci się to tutaj przyda. 

Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com