Chào các bạn! Truyen4U chính thức đã quay trở lại rồi đây!^^. Mong các bạn tiếp tục ủng hộ truy cập tên miền Truyen4U.Com này nhé! Mãi yêu... ♥

3

Rozdział 3


 Art.10

Jeżeli ktokolwiek będzie świadom, iż łamane jest Prawo naszego kraju poprzez więź z płcią przeciwną i nie zgłosi tego służbom specjalnym, grozi mu kara zawieszenia wolności, bądź w sytuacji, gdy pomagało się owym osobom, kara śmierci.

( Fragment PPW *)

***

     Byłabym głupia, gdybym nie przestraszyła się wtedy słów Dylana. Od razu opuściłam pokój w akompaniamencie jego szyderczego śmiechu. Już tam nie wróciłam. Upłynęły trzy długie dni, a moje myśli nadal zaprzątało to, że rzeczywiście mógł być buntownikiem. Wiele na to wskazywało. Zastanawiało mnie tylko, dlaczego wciąż nie powiedziałam o swoich podejrzeniach matce. Przecież otwarcie nam groził. Możliwe, że to siedziało we mnie, nie chciałam z każdym problemem uciekać do mamy, tylko w końcu zrobić coś sama. 

     Dylan był dla mnie wyzwaniem. Chciałam się dowiedzieć, o co tyle szumu i dlaczego mężczyźni są aż tak podle traktowani. Prawdziwych odpowiedzi mógł udzielić mi tylko on, jeżeli dożyłby końca pobytu, ponieważ nadal nic nie jadł.  Pił od czasu do czasu wodę, ale były to małe ilości. Musiałam wymyślić coś, aby przestał się głodzić. O tym jednak chciałam pomyśleć później, teraz wybierałam się do matki. Przynajmniej taką miałam przykrywkę. Doskonale wiedziałam, że aktualnie była na spotkaniu i chciałam to wykorzystać, zakradając się do piwnic. Możliwe było, że tamte rzeczy w dalszym ciągu tam były. Z tą nadzieją wzięłam dużą torebkę. Miałam możliwość podkraść trochę książek lub płyt, byłam ciekawa, co zawierają. Wraz z dwiema strażniczkami opuściłam mieszkanie, aby udać się do Białego Domu.

Na miejscu zastałam doradczynie mojej matki.

    — Przepraszam Panienko, ale Pani Bencard jest na ważnym spotkaniu.

    — Nic nie szkodzi, poczekam na nią w gabinecie. — posłałam uśmiech tęgiej kobiecie.

   Udałam się na drugie piętro, gdzie znajdował się gabinet mojej matki. Na całe szczęście był otwarty, więc zaczęłam przegrzebywać szuflady w poszukiwaniu zapasowego klucza do piwnic. Dałabym sobie głowę uciąć, że kiedyś go tu widziałam. Oryginalny klucz znajdował się w gablocie, ale nie mogłam ryzykować, że matka zauważy jego zniknięcie. 

     W końcu w najniższej szufladzie, pod stosem papierów odnalazłam niewielki, srebrny kluczyk. Uśmiechnęłam się zwycięsko. Teraz czekało mnie trudniejsze zadanie, a mianowicie zakradnięcie się do piwnic i zostanie niezauważoną. W ciszy przemierzałam korytarze, będąc na parterze usłyszałam zbliżające się kroki i czyjąś rozmowę.

   — ... nie wiadomo też, jak wygląda i gdzie się znajduje.

  — Musicie go znaleźć, on nas do nich doprowadzi.

   — Myślisz, że będzie taki skory do pomocy? Przecież jest jednym z nich i podobno zajmuje wysokie stanowisko.

    Głosy stawały się coraz głośniejsze, więc oznaczało to, że kobiety zbliżały się w moją stronę. Musiałam się gdzieś prędko schować, a jedyną opcją było ukucnięcie za donicą z wielkim kwiatem i błaganie, aby mnie nie zauważyły.

    — Nie rozumiem, jak mógł tak po prostu zniknąć. Podobno został złapany, ale nikt nie ma dokładnych informacji. Niektórzy twierdzą, że wysłano go do GCW.

O kim one mówiły?

Próbowałam wtopić się w ścianę. Ku mojemu szczęściu kobiety szły prosto, nie skręcając w mój korytarz.

   — To nie możliwe, tamci mężczyźni przechodzą gruntowną kontrolę, sprawdzają cały ich życiorys. Na pewno zauważono by coś dziwnego. 

 Nie dane było mi więcej usłyszeć, ponieważ kobiety odeszły za daleko, bym mogła rozróżnić poszczególne słowa. 

    Podniosłam się równe nogi i ruszyłam w dalszą drogę. Zastanawiało mnie, o kim mogły rozmawiać. Zakładałam, że o buntowniku. Wszystko zaczynało robić się coraz dziwniejsze, ponieważ przez ostatnie kilka dni usłyszałam więcej na temat buntowników, niż przez całe życie, a to oznaczało, że działo się coś złego.

      Dalszą trasę pokonałam bez zbędnych problemów. Drżącymi rękami włożyłam klucz do zamka, ówcześnie rozglądając się, czy nikt mnie nie widział.

      W środku panowała ciemność. Zamknęłam drzwi, po omacku szukając włącznika światła, który po jakiejś chwili odnalazłam. Zeszłam kilka schodków w dół, by stanąć między metalowymi regałami. Nie miałam za wiele czasu, więc wrzuciłam do torby kilka przypadkowych książek i płyt. Zdziwiło mnie, że nie było tu tyle kurzu, jak podczas mojej pierwszej wizyty. Jakby ktoś niedawno tu był i wszystko odświeżył, co było trochę dziwne. Może po prostu moja dziecięca wyobraźnia. 

    Kiedy miałam już wszystko, czego potrzebowałam, opuściłam pomieszczenie. Wracając do gabinetu, na korytarzu spotkałam moją matkę, która skrzywiła się na mój widok.

   — Dziecko, jak ty wyglądasz?

   — Ciebie też miło widzieć — posłałam jej sarkastyczny uśmiech.

    — Widziałaś się w lustrze? Ile razy mam ci mówić, że jesteś moją wizytówką i masz się prezentować nienagannie, a nie wyglądać jak jedna z nich!

    — Jakich nich?

    — Nieważne. — ucięła temat, gdyż zdała sobie  sprawę, że powiedziała ciut za dużo.

    — Właśnie, że ważne! Zawsze kończysz temat w odpowiednim dla ciebie momencie!

    — Nie podnoś na mnie głosu, młoda damo! — odwróciła się w moją stronę.

   — Chcę tylko wiedzieć, co się dzieje. Widzę, że coś jest nie tak. 

  — Wszystko jest w jak najlepszym porządku — westchnęła, siadając za biurkiem.

   — Tak, jasne. — parsknęłam. 

   — Co masz w torbie? 

    — Nieważne. — Posłałam jej sztuczny uśmiech. 

 Z tymi słowami odwróciłam się i wyszłam.

    Ta kobieta w ogóle nie zachowywała się jak moja matka, tylko jak szefowa. Czy to coś złego, że chciałabym wiedzieć, co dzieje się w naszym kraju? Słyszałam różne niepokojące rzeczy, jak na przykład to, o czym rozmawiały tamte dwie kobiety na korytarzu. Wiedziałam tylko, że chodziło o buntowników, a na własną rękę nie mogłam się niczego dowiedzieć. 

   Moim kolejnym celem było wyciągnięcie informacje od Dylana. Lecz jeśli moja teoria o tym, że był buntownikiem okazałaby się prawdziwa, a on miał trochę oleju w głowie, to nigdy nie zdradziłby mi nic na ten temat. 

   Westchnęłam sfrustrowana. Niczym burza wpadłam do limuzyny i rozkazałam jechać do domu. Po drodze miałam okazję przyglądnąć się życiu na ulicach.

   Jedna kobieta w fioletowo-różowych włosach prowadziła za rączkę na oko 6-letnią córeczkę, która posiadała blond loczki. Na szczęście, niektóre kobiety wstrzymywały się i nie farbowały dzieciom włosów, gdy były małe.

    Inna kobieta kroczyła dumnie z podniesioną głową, a na skórzanej smyczy prowadziła mężczyznę. Ten widok był raczej rzadki, ponieważ trzeba było mieć specjalne zezwolenia na wyprowadzanie swoich niewolników. Bardzo dużo z tym zachodu, więc nie wiele osób decydowało się na publiczne pokazywanie swoich wybranych. 

    Pewna rzecz szczególnie przykuła moją uwagę. Otóż jedna kobieta pakowała, do i tak już pełnego samochodu, żywność. Trochę dziwne, że potrzebowała tego aż tyle. Spokojnie wykarmiłaby tym jakąś setkę osób. Wątpiłam, że to na bankiet, bowiem takie imprezy organizują tylko bogate osoby, a one  nigdy nie robiły zakupów same. Dziewczyna uniosła głowę, przyozdobioną w duży, czarny kapelusz z kolorowymi piórkami, rozglądnęła się dookoła, po czym jej wzrok padł na moją limuzynę. Przyglądała się chwilę tak, jakby chciała przeniknąć przez przyciemniane szyby pojazdu, po czym szybko wsiadła do swojego samochodu i odjechała. To było osobliwe. 

     W końcu zaświeciło się zielone światło i mogliśmy ruszać dalej. Będąc już w domu, szybko pobiegłam do swojego pokoju i rzuciłam torbę na łóżko, wysypując jej zawartość. Chwyciłam pierwszą z brzegu książkę i przeczytałam jej tytuł. „Duma i Uprzedzenie”. Postanowiłam zacząć od tej. Całą resztę włożyłam do pudełka i schowałam pod łóżkiem. Wiedziałam, że to marna kryjówka, ale musiała wystarczyć, dopóki nie wymyślę czegoś lepszego. Zeszłam do salonu i usadowiłam się na kanapie. Otworzyłam książkę na pierwszej stronie, biorąc się za czytanie. 

„Jest prawdą powszechnie znaną, że samotnemu a bogatemu mężczyźnie brak do szczęścia tylko żony." 

Już pierwsze zdanie dawało wiele do myślenia.

Po pierwsze, już na wstępie przeczytałam o mężczyźnie. Po drugie, nie miałam zielonego pojęcia, co to znaczyło „żona**". A po trzecie, dlaczego mężczyzna jej potrzebował. 

    Postanowiłam czytać dalej. Być może uzyskałam odpowiedzi na moje pytania.

„Jakkolwiek z pojawieniem się takiego pana w sąsiedztwie, niewiele wiadomo o jego poglądach czy uczuciach, owa prawda jest tak oczywista dla okolicznych rodzin, że przybysz zostaje od razu uznany za prawowitą własność tej czy innej ich córki."

   Nie dość dość, że książka była napisana nieznanym mi, zapewne bardzo starym językiem, to na dodatek tekst był tak skomplikowany, że już na samym początku się pogubiłam.. Sfrustrowana odrzuciłam książkę na bok, co okazało się słusznym ruchem, ponieważ w tym samym momencie do pomieszczenia weszła strażniczka.

   — Chłopak nadal nie chce jeść. — poinformowała mnie kobieta.

   Westchnęłam, stając naprzeciwko niej. Była wysoka i umięśniona, bo sięgałam jej zaledwie do ramienia. Ale to nic dziwnego, strażniczki musiały takie być. 

   — Przyprowadźcie go tu. — rozkazałam. 

  Skinęła głową, a następnie odeszła. Postanowiłam pójść do jadalni.

 Tak jak myślałam, stół był już zastawiony. Gosposia weszła, niosąc misę z sałatką.

   — Mogłabyś przygotować jeszcze jedno nakrycie? — poprosiłam, na co kobieta przytaknęła i poszła po dodatkowy talerz.

    Usłyszałam za sobą kroki. Gdy się odwróciłam, zobaczyłam dwie strażniczki, które wlokły ze sobą Dylana. Przeraził mnie jego wygląd. Naprawdę bardzo schudł, był blady, a pod oczami widniały ogromne sińce.

   — Rozkujcie go i wróćcie na górę. — rozkazałam, siadając za stołem.

   — Nie możemy. — odpowiedziała ta sama kobieta, która była u mnie przedtem. 

    — A czy ja was pytałam o zgodę? Macie go rozkuć i natychmiast stąd wyjść! — warknęłam. 

Niechętnie wykonały moje polecenie, po czym zniknęły z mojego pola widzenia. Nie wiedziałam, dlaczego próbowały stawiać opór, miały wykonywać moje polecenia, taka miały pracę. 

    Dylan nadal stał w tym samym miejscu z rękami luźno opuszczonymi wzdłuż ciała. Na sobie miał wymięte ciuchy i nie pachniał zbyt pociągająco, ale nie było jeszcze tak tragicznie.

    — Siadaj. — wskazałam miejsce naprzeciwko siebie.

   Nadal nie wykonał żadnego ruchu, patrząc tym samym zimnym wzrokiem.

— Chcę, abyś coś zjadł. — nadal nic. — Naprawdę nie chcę dla ciebie źle, więc dlaczego, do cholery, zachowujesz się, jakbym była największą zmorą na tej ziemi?! — z każdym wypowiedzianym słowem, mój głos podnosił się o kilka oktaw.

 Chłopak z widoczną niechęcią zrobił to, co kazałam, ale w dalszym ciągu nic nie jadł.

   — Jedz. — powiedziałam już spokojniej. — Wiem, że jesteś głodny, nie jadłeś nic kilka dni. Nie wiem, co zamierzasz osiągnąć, ale głodzeniem się nic nie wskórasz. Nawet gdybyś chciał uciec, nie dasz rady, bo będziesz osłabiony, więc po co ci to? Chcesz umrzeć? Rozumiem. Ale zrób to w bardziej wyrafinowany sposób, niż śmierć głodowa. — i tu go miałam. Niechętnie nalał sobie zupy z wazy i zaczął jeść, ja uczyniłam to samo.

W pewnym momencie spojrzenie Dylana padło na coś za mną. Odwróciłam się, a mój wzrok skierował się na ten sam przedmiot. Była ta książka, którą porzuciłam na kanapie. Głupie zagranie z mojej strony.

 Dokładnie widać było znajdującą się na okładce parę. To nie było coś, co ktoś powinien znaleźć pod moim dachem, a już szczególnie Dylan. 

   
×××

* - PPW -Prawo Państwa Wyzwolonego, coś na wzór  Konstytucji.

**- Związki małżeńskie zostało zlikwidowane na długo przed narodzinami Melanie, więc takie pojęcia były dla niej czymś nowym.

Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com