2
Rozdział 2
Kucharka przygotowała pożywną porcję dla Dylana. Wiedziałam, że nie karmiono go za dobrze. Państwo starało się oszczędzać na mężczyznach, co było dla mnie głupotą, ponieważ to nadal byli ludzie, którzy do tego często ciężko pracowali. Nakazałam strażniczkom zanieść jedzenie do pokoju Dylana. Do póki będzie u mnie, zapewnie mu odpowiednią opiekę.
— Przypilnujcie, żeby zjadł. — dodałam.
Kobieta kiwnęła głową i ruszyła na górne piętro z wazą zupy, druga zabrała pieczonego kurczaka i nakrycie. Matka na pewno nie byłaby zadowolona z tego, jak go traktuję. Według niej mężczyźni powinni siedzieć w izolatkach, które znajdowały się w podziemiach każdego domu i były wyposażone jedynie w metalową prycze. Posiłek natomiast powinien być mizerny i tani, aby nie poczuli się zbyt dobrze.
— Wybrany nie chce jeść. Czy daje Pani zezwolenie na użycie siły?
— Absolutnie nie, macie tego nigdy nie robić!
Kobieta była lekko zszokowana moim wybuchem, ale nie dała po sobie tego zbyt długo poznać. Na szkoleniach uczono ich nie okazywania żadnych uczuć. Było to bezpieczniejsze w starciu z wrogiem.
— Przyjdę tam, gdy skończę swój posiłek. — przytaknęła, po czym odeszła, zostawiając mnie samą przy ogromnym stole.
Nie przeszkadzało mi bycie samą. Przyzwyczaiłam się do tego, ponieważ od dziecka przebywałam w pustym domu, a jedynymi osobami, jakie spotykałam, była służba i straż. Nie wychodziłam także sama z domu, w sumie to nigdy nie wychodziłam z domu, nie licząc podwórka i przejażdżek limuzyną. Mama zabraniała mi wychodzić, ponieważ uważała, że byłam cenną zdobyczą dla buntowników i chcieliby by ją odsunąć od władzy, krzywdząc mnie. Dlatego siedziałam zamknięta w murach Białego Domu.
Miałam przyjaciółkę, Lizzy, którą poznałam na jednym z przyjęć, gdy miałyśmy siedem lat. Lizz była córką jednej z posłów. Nie widywałyśmy się zbyt często, ale po dostaniu własnego domu miałam nadzieję, na zmianę. W końcu byłyśmy już dorosłe. Podejrzewałam, że pojawi się niedługo, chcąc zobaczyć Dylana. Miała bzika na punkcie Ceremonii Wyboru i nie mogła doczekać się własnej. Pod tym względem całkowicie się różniłyśmy. Ona uwielbiała panujący ustrój i modę, o czym świadczą jej kolorowe włosy, które farbowała co tydzień, a jej szafa była pełna najdziwniejszych ubrań. Mimo to i tak ją kochałam i nic tego nie mogło zmienić.
Kończąc posiłek, tak jak powiedziałam, udałam się do Dylana, wcześniej zmieniając swoje ubranie na wygodne dżinsy i zwiewną, zieloną bluzeczkę oraz trampki. Strażniczka otworzyła przede mną drzwi. Moim oczom ukazał się chłopak, który siedział na ziemi, opierając się o ścianę z odchyloną do tyłu głową.
— Dlaczego nie chcesz jeść? — spytałam, gdy drzwi się zamknęły.
— Jeśli nie będę jadł, to umrę i wtedy nie będę musiał być twoim niewolnikiem ani niczyim innym.
— Wolisz śmierć od spędzenia kilku miesięcy tutaj?
— Nie mam zamiaru robić tego, po co zostałem tu sprowadzony.
Westchnęłam ciwrpiętniczo, ponieważ ja też nie chciałam tego robić. Jednak takie było prawo.
— Proszę, zjedz. — powiedziałam, krzyżując ręce.
— Znów mnie prosisz? — zaśmiał się — Dość nisko upadasz jak na osobę z taką władzą.
— Mogę przestać, ale wtedy nie będzie już tak miło.
Wzruszył ramionami, jakby było mu to obojętne. Wiedząc, że nic nie wskóram, postanowiłam wyjść i zająć się sobą.
— Niedługo zostaniesz zaprowadzony do łazienki, gdzie weźmiesz kąpiel i ubierzesz się w nowe ubrania. Moja matka będzie chciała cię widzieć. — z tymi słowami zamknęłam za sobą drzwi.
Z tym chłopakiem będzie naprawdę ciężko. Zaczynałam żałować, że się na niego pokusiłam. Z drugiej strony mógł być dla mnie wyzwaniem i urozmaicić trochę moje nudne dotychczas życie. Usiadłam na kanapie przed telewizorem, włączając ogromny telewizor wiszący na ścianie. Leciał właśnie talk-show z jedną z popularnych gwiazd muzyki pop, Kate. Dziewczyna miała dwadzieścia dwa lata, wysoką i szczupłą sylwetkę oraz złote włosy. Nosiła sukienkę, przypominającą karty do gry. Uśmiechała się szeroko do obiektywu, ukazując śnieżnobiałe zęby i opowiadała o swojej najnowszej płycie. Przez studio przewinęło się jeszcze kilka rozpoznawalnych kobiet, które praktycznie cały czas nawijały o tym samym, co po jakimś czasie stawało się nudne.
Jakąś godzinę później usłyszałam otwieranie drzwi i odgłos stukających szpilek na marmurowej posadzce. Odwróciłam głowę, by zobaczyć niezadowoloną minę mojej matki.
— Melanie — powiedziała surowo.
— Tak, mamo? — spytałam, stając na przeciwko niej.
Skrzywiła się, widząc mój strój i pewnie zaczęłaby dyskusje na ten temat, ale na szczęście przyszła tu w innej sprawie.
— Nie jestem do końca zadowolona z twojego wyboru. Ale... — wtrąciła, gdy chciałam coś powiedzieć. — Był najprzystojniejszy z nich wszystkich, dlatego nie mogę narzekać. Bardziej martwi mnie jego temperament.
— Poradzę sobie z nim. Już na wyborze go zdominowałam. — spróbowałam ją przekonać.
— Przyprowadź go tutaj — usiadła na kanapie, wzdychając i zakładając nogę na nogę.
Poleciłam jednej ze strażniczek przyprowadzenie do nas Dylana. Chłopak, na całe szczęście, spełnił moje polecenie i teraz stał przed nami w odświeżonej wersji. Wyglądał naprawdę dobrze, nawet lepiej niż podczas ceremonii. Całość psuły ręce skute kajdankami, ale była to kwestia bezpieczeństwa. Nie tyle mojego, co Christiny.
Moja matka wstała, po czym stanęła naprzeciwko chłopaka w stosownej dla niej odległości. W oczach bruneta widziałam obrzydzenie i nienawiść skierowaną w stronę mojej rodzicielki. Wydawało mi się, że gdyby miał taką możliwość, rzuciłby się na nią, co trochę mnie przerażało.
— Wygląda przyzwoicie, mam nadzieję, że jest płodny. — oznajmiła moja matka, a ja czując się skrępowanie, uciekłam od niej wzrokiem. — Gdzie pracowałeś? — spytała, okrążając go i pochłaniając każdy szczegół.
Chłopak uporczywie nie odpowiadał, co irytowało moją matkę.
— Zadałam ci pytanie. — stwierdziła groźnie, stając w miejscu.
Strażniczka uderzyła go w bok kolbą karabinu.
Dylan zacisnął szczękę, wpatrując się w jeden punkt przed sobą. Kiedy przeniósł wzrok na mnie, posłałam mu błagalne spojrzenie. Oboje chcieliśmy mieć to za sobą.
— W fabryce samochodów. — odpowiedź wysyczał przez zęby.
Westchnęłam z ulgą, ponieważ nie wiadomo, co by zrobiła moja matka, gdyby po raz kolejny nie otrzymała odpowiedzi.
— Nienajgorzej. Wiesz, kim była twoja matka?
— Nie. — warknął.
— Cóż, trudno. — zignorowała temat, przeczesując swoje czerwone włosy. — Będę już wracać do domu, mam dużo pracy. Buntownicy ukradli dwa pancerne samochody, jestem złej myśli. — przysięgam, że w tamtym momencie kąciki ust Dylana lekko drgnęły ku górze, a to nie wróżyło nic dobrego.
— Przecież są strzeżone. — zauważyłam.
— Właśnie, rosną w siłę, ale to nie potrwa długo, znajdziemy ich i zlikwidujemy. Nie może być ich dużo. — na jej twarz wkradł się chytry uśmiech. — Nie będzie mnie tu już w tym tygodniu, więc gdybyś miała jakieś problemy, dzwoń. — przytaknęłam.
Odwróciła się i wraz z ochroną opuściła dom. Usłyszałam ryk silnika i oddalający się pojazd.
Stałam, wpatrując się w drzwi. Strażniczki nadal pilnowały Dylana. Moja mama naprawdę wiązała wielkie nadzieje, że zajdę niebawem w ciążę. Uważała, że to lepsze niż in vitro. Na dodatek dzięki wybranym kobiety nie zdradzały państwa przez ciekawość doznania rozkoszy spowodowanej mężczyzną.
Sama urodziła mnie mając dziewiętnaście lat, moim ojcem był wybrany, którego nigdy nie poznałam, ale nie byłam odosobnionym przypadkiem. Wybrani nie mieli prawa wiedzieć o dzieciach. Zawsze zżerała mnie ciekawość jak wyglądał wybrany, który mnie spłodził, ale jedyne czego mogłam się domyślić to fakt, że miał ciemne włosy, ponieważ z tego co mi wiadomo, moja matka naturalnie była blondynką, ale tego też nie mogłam być do końca pewna, gdyż nigdy nie widziałam jej w naturalnym kolorze.
— Odprowadźcie go na górę. — zwróciłam się do strażniczek, by później wyjść z pomieszczenia.
Gdy miałam zamiar udać się do ogrodu, przypominam sobie, że byłam umówiona z Natalie, moją fryzjerką. Spojrzałam na cyfrowy zegar umieszczony nad kanapą. Powinna być tu niebawem. Moje myśli cały czas zajmował Dylan i jego reakcja na słowa mamy.
Czy istniała możliwość, że był buntownikiem? Nie wiedziałam o nich nic więcej, oprócz tego, że istnieją. Wątpiłam, że było to możliwe. Gdyby się dowiedzieli, zabiliby go lub zamknęli w więzieniu, ale na pewno nie trafiłby do Centrum Wyboru, mógłby stwarzać zagrożenie, szczególnie dla mnie. Być może tylko był po ich stronie i ucieszył się z ich małego sukcesu, w końcu to mężczyzna.
Pół godziny później ochrona wprowadziła do salonu młodą dziewczynę z irokezem w kolorze indygo, w skąpej skórzanej spódniczce oraz bluzce.
— Hej, jaki robimy dziś kolor? Odświeżmy granat czy szalejmy z czyms nowym.
Natalie zajmowała się moimi włosami odkąd pamiętam. Miałam z nią dobre relacje, dzięki temu łatwo zgadzała się na moje niezbyt modernistyczne pomysły.
— Brąz — nie wiedziałam nawet, dlaczego to słowo wydobyło się z moich ust, ale był to dobry wybór.
— Jesteś pewna? — spytała zaskoczona.
— Tak — odpowiedziałam stanowczo.
Posłusznie wykonała polecenie i niespełna po godzinie mogłam podziwiać swój nowy wygląd. Oczami wyobraźni widziałam reakcję mojej matki, która zacznie przypominać mi dlaczego mój wygląd jest ważny i nie powinien być tak prosty. Wygląd miał pokazywać status społeczny, im większe bogactwo stroju, tym jaśniej można było określić na ile ktoś mógł sobie pozwolić.
Gdy Natalie opuściła moje mieszkanie, znów ogarnęła mnie pustka. Tak właśnie wyglądało moje codzienne życie. Pojawiali się w nim epizdoczni ludzie, którzy równie szybko znikali. Nawet Lizzy i matka nie gościły w moim codziennym życiu zbyt często.
Usłyszałam huk docierający z piętra, więc szybkim krokiem skierowałam się na schody. Zauważyłam otwarte drzwi do pokoju Dylana i nie ukrywałam, że byłam trochę przestraszona. Stając w drzwiach, dostrzegłam dwie strażniczki stojące na środku pokoju.
— Co się stało? — spytałam.
Jedna z nich odwróciła głowę, jeśli dobrze pamiętam miała na imię Cassandra.
— Próbował mnie uderzyć krzesłem. — odpowiedziała.
Przeniosłam wzrok na przewrócone krzesło, a potem na chłopaka, który zwijał się na podłodze, trzymając się za brzuch.
— Zostawcie nas samych. — rozkazałam, nie odrywając wzroku od sylwetki Dylana.
— Nie jestem pewna czy... — zaczęła druga, ale przerwałam jej ruchem ręki, po czym wskazałam na drzwi.
Kiedy byliśmy już sami, podeszłam do Dylana, aby móc przy nim ukucnąć.
— Nic ci nie jest? — spytałam, kładąc rękę na jego ramieniu.
— Nie dotykaj mnie! — warknął, wyrywając się z mojego uścisku, co sprawiło mu ból. — Przeklęte ścierwa. — splunął, opierając się o ścianę. — Jesteście przeklętą zarazą, ty i twoja matka. W końcu was dorwą i wyprują wam flaki. Przysięgam, że tobą zajmę się osobiście.
Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com