1
Rok 2100, Ameryka Północna, Waszyngton.
Jedni mówili, że na Ziemię spadnie wielki meteoryt. Inni natomiast, że wszystko zaleje woda. Jednak nikt nie wpadł na to, że zniszczą go właśnie ludzie. Nie wiedziałam, jak świat wyglądał wcześniej, ale byłam pewna, że nie tak.
Jako mała dziewczynka zakradłam się do piwnic Białego Domu. Znajdowało się tam mnóstwo regałów z książkami i innymi przedmiotami, których nie potrafiłam zidentyfikować. Wiedziałam tylko, że były stare. Niestety, nie umiałam jeszcze dobrze czytać, więc nie mogłam sprawdzić zawartości owych książek. Dla małego dziecka były to nic nie warte, zakurzone przedmioty. Teraz wiedziałam, że było zupełnie inaczej. Te rzeczy miały wielkie znaczenie, dlatego były schowane głęboko w podziemiach, aby nikt ich nie znalazł.
Wróciłam tam tylko raz, gdy w Białym Domu wydawane było huczne przyjęcie. Tym razem też nie widziałam zbyt wiele, ponieważ jedna ze strażniczek zauważyła uchylone drzwi i mnie stamtąd wyprosiła. Skłamałam, że wejście było otwarte i przywiodła mnie tu czysta ciekawość, a ona obiecała, że nikomu nie piśnie ani słówka.
Nikt nie wiedział, czego przez te kilka minut zdążyłam się dowiedzieć. Mianowicie, jedna z książek opowiadała o miłości między kobietą, a mężczyzną. Na początku myślałam, że to jakiś głupi żart lub książka napisana przez jedną z buntowniczek, czyli kobiety, które podobno chciały żyć w symbiozie z mężczyznami. Z ciekawości spojrzałam na rok wydania - 2013. Otworzyłam jeszcze kilka książek, które były wydane w podobnym okresie. W mojej głowie zaczął tworzyć się mętlik. Nikt nigdy nie mówił, że coś takiego istniało. Po kilku dniach rozmyśleń doszłam jednak do wniosku, że nie powinnam interesować się tym, co działo się sto lat temu. Skoro moja matka nic o tym nie mówiła, znaczyło to, że te sprawy nie są istotne.
Pewnie wiele osób zastanawiałoby się, dlaczego tyle wspominałam o Białym Domu i mojej matce.
Byłam córką prezydenta i przez całe dotychczasowe mieszkałam w rezydencji.
- Melanie! - usłyszałam nawoływanie mojej mamy.
Przyjechała, aby zabrać, mnie na Ceremonię Wyboru. Tydzień wcześniej skończyłam osiemnaście lat i z tej okazji dostałam własny dom, jak każda kobieta w tym wieku. Takie było prawo. W wieku osiemnastu lat musiałyśmy dostać własne lokum i udać się na swoją pierwszą ceremonię wyboru, czy tego chcemy, czy też nie. Niestety, nawet ja nie mogłam go nagiąć.
Jeszcze raz przeglądnęłam się w lusterku, aby wygładzić swoje granatowe spodnie. Spodziewałam się reprymendy, ponieważ nie założyłam sukienki, jak rozkazała matka. Nigdy nie lubiłam kusych i wymyślnych strojów, przez co zawsze toczyłyśmy wojnę. Wyszłam z garderoby, zamykając za sobą drzwi. Szpilki stukały o podłogę, a głuchy odgłos roznosił się po pustej przestrzeni korytarza. Krętymi schodami zeszłam do salonu, w którym czekała już moja rodzicielka, wraz z dwiema strażniczkami, które miały przerzuconą przez ramię broń.
- Cześć, mamo - przywitałam się.
- Co ja ci mówiłam o noszeniu spodni? - skrzywiła się.
Szybko otaksowałam ją wzrokiem. Miała na sobie dopasowaną czarną suknię, sięgającą połowy uda, białą marynarkę oraz dwunastocentymetrowe, czarne szpilki. Jej fryzura jak zawsze była nienaganna, a usta miały krwiście czerwony kolor, tak samo jak jej włosy.
- Już o tym rozmawiałyśmy. Nie zrezygnuję z noszenia spodni i nawet nie próbuj się ze mną więcej kłócić.
- Jeszcze zobaczymy. - powiedziała z przekąsem. - Ale o tym potem, teraz musimy jechać.
Odwróciła się do mnie plecami, po czym ruszyła w stronę wyjścia. Strażniczki czekały, abym uczyniła to samo. Przed domem czekała na nas czarna limuzyna. Jedna ze strażniczek otworzyła przed nami drzwi, abyśmy mogły wsiąść. Kiedy wszystkie znalazłyśmy się w środku, odjechałyśmy, kierując się do GCW, czyli Głównego Centrum Wyboru.
- Teraz kwestie organizacyjne. Przez cały czas będę w centrum dowodzenia, więc jeśli będziesz chciała któregoś mężczyznę, po prostu kiwnij głową, a wyłączę zasilanie guzików pozostałych uczestniczek. Nie zwlekaj zbyt długo, ponieważ uczestniczek jest sześć, a mężczyzn tylko dwunastu, więc pod koniec nie będzie już zbyt dużego wyboru. Można zabrać ze sobą maksymalnie dwóch mężczyzn. Jak na pierwszy raz radzę zabrać ci jednego. Pozostałe rzeczy wyjaśnią wam przed wejściem. - skinęłam głową dając znak, że rozumiem.
Oczywiście, nie miałam zamiaru przyjmować jej propozycji, jednak nie chciałam wywoływać niepotrzebnej sprzeczki. Byłam na to zbyt zestresowana. Pierwszy raz miałam zobaczyć mężczyznę z bliska. Widywałam ich jedynie z dużej odległości, gdy przechodziłam obok fabryk i kopalń, w których pracują, ale byli oni jedynie małymi plamkami, których nie zauważałam. Dzisiaj miałam zabrać jednego do domu, co nie wzbudzało u mnie pozytywnych emocji.
Zatrzymałyśmy się przed ogromnym, szklanym budynkiem. Wraz ze strażniczkami, skierowałyśmy się do głównego wejścia. Windą wjechałyśmy na piętnaste piętro. Jak się okazało, dotarłyśmy na miejsce ostatnie. Wszyscy na nas czekali, ale nikt nie śmiał się odezwać. Moja matka pojechała piętro, gdzie znajdowało się centrum dowodzenia.
- Skoro wszyscy już są, możemy zaczynać. - odezwała się kobieta, na oko nieco po czterdziestce.
- Witam was na waszym pierwszym wyborze. Zaraz wylosujecie miejsca, które zajmiecie po wejściu. Każde siedzenie jest oddzielone kuloodporną szybą od sceny głównej, a w środku znajduje się tylko fotel i guzik. Będziemy po kolei przedstawiać dwunastu mężczyzn. Po każdej prezentacji będzie czas na wciśnięcie guzika, więc kto pierwszy, ten lepszy. Jeżeli któraś z was wybierze sobie już jakąś partie i będzie przekonana, że nie chce brać więcej udziału, proszona jest o udanie się na pierwsze piętro, by dokonać odbioru. - wytłumaczyła.
- Są jakieś pytania?
Nikt nie odpowiedział.
- Doskonale. Zatem możemy zaczynać. - kobieta otworzyła drzwi, a naszym oczom ukazał się rząd kolejnych ponumerowanych od jednego do dziesięciu.
Kolejna kobieta w granatowym uniformie, składającym się z marynarki i spódnicy nad kolanko, stała z przygotowaną misą, w której znajdowały się karteczki z numerami. Każda z nas podchodziła i losowała numerek. Ja dostałam liczbę pięć, która znajdowała się centralnie na środku. Podeszłam do czarnych drzwi oznakowanych moim numerem, a po ich otwarciu ujrzałam brązowy skórzany fotel, a przed nim czerwony guzik wielkości pięści. Usadowiłam się wygodnie na wskazanym miejscu, wzrokiem szukając mojej matki. Zajmowała miejsce w auli, która umieszczona była kilka metrów nad nami. Ją także odgradzała gruba, kuloodporna szyba.
- Witamy na Ceremonii Wyboru. - z głośników umieszczonych wewnątrz komory wydobył się głos. - Za chwilę wprowadzimy pierwszego kandydata.
Odchyliłam się na oparcie fotela, przyglądając się pozostałym dziewczynom. Każda, w przeciwieństwie do mnie, miała na sobie sukienkę, wysokie szpilki, wymyślnie upięte, różnokolorowe włosy, oraz tony makijażu. Nie było ubogich osób, dzięki czemu każda mogła pozwolić sobie na dosłownie wszystko.
Po sali rozszedł się dźwięk, oznajmiający otwarcie głównych drzwi, które powoli zaczęły się uchylać. Dwie strażniczki wprowadziły do środka młodego chłopaka o blond włosach i niebieskich oczach. Na jego twarzy widniał zawadiacki uśmiech, który posyłał każdej uczestniczce. Był wysoki, miał umięśnione ramiona i lekki zarost na twarzy. Kiedy prezentacja się rozpoczęła, przyglądałam mu się z zainteresowaniem. Chłopak nosił imię Nash, miał dwadzieścia jeden lat i pracował w fabryce samochodów. Oczywiście kazali mu się rozebrać do bokserek, aby zaprezentować ciało. Chłopak wydawał się być z tego zadowolony i przy każdej możliwej okazji napinał mięśnie. Nim się spostrzegłam, przyszedł czas na głosowanie. Kobiety ustawiły się nad guzikami. Tylko ja siedziałam nadal wygodnie rozłożona w fotelu i nie uczyniłam żadnego ruchu. Matka posłała mi mordercze spojrzenie. Najwyraźniej kandydat przypadł jej do gustu, w przeciwieństwie do mnie.
Pierwsza była dziewczyna o niebieskich włosach i mnóstwem kolczyków w uszach. Miała na sobie krótką, czarną, dopasowaną sukienkę, udekorowaną cekinami, a na ramiona zarzuciła różowe boa. Nasha wyprowadzono, ale dziewczyna została, z czego wywnioskowałam, że chce wybrać jeszcze kogoś.
Kolejny mężczyzna także był przystojny, ale nie aż tak, jak jego poprzednik. Dodatkowo wyglądał na przestraszonego. Tym razem wybrała go dziewczyna w wymyślnej sukience, która sięgała jej do kolana. Falbany przypominały fale oceanu, rażące po oczach błękitem. Włosy miała w kolorze zgniłej zieleni, a cerę bladą, zapewne za sprawą pudru.
Byłam doskonale świadoma, że na tle tych wszystkich dziewczyn wyglądałam jak odmieniec. Moja fryzura nie była wymyślna, ponieważ miałam jedynie rozpuszczone włosy. Nie wygrałam z matką walki o ich naturalny kolor, więc doszłyśmy do porozumienia, iż nie będą to jaskrawe barwy, tylko granat lub stonowana czerwień. Mój strój również pozostawiał wiele do życzenia, nie wpisywał się w panującą modę.
Siedziałam na swoim fotelu prawie do końca, a oprócz mnie zostały jeszcze trzy inne dziewczyny. Moja matka spojrzała na mnie z dezaprobatą. Nie dziwiłam jej się. Nie chciała, abym trafiła na złą partię, ponieważ chciała mieć wnuczki, a jeśli urodziłby się chłopiec dobrze byłoby, gdyby on też kiedyś został przydzielony do Ceremonii Wyboru.
Gdy drzwi ponownie się otworzyły, strażniczki wepchnęły jakiegoś chłopaka, który przez siłę ich pchnięcia wylądował na ziemi. Z zaciekawieniem pochyliłam się do przodu. Poprzednicy byli różni, ale żadnym tak nie pomiatano. Strażniczki chwyciły go za ramiona i podniosły do pionu, a chłopak zaczął się szarpać, próbując się wyrwać, co mu się nie udało. Uniósł głowę otaksowując wzrokiem kobiety, w tym mnie. W jego oczach dojrzałam tak głęboką nienawiść, że aż mnie to przeraziło.
- Pierdolone suki. - splunął, przez co oberwał w tył głowy kolbą pistoletu. Zajęczał z bólu.
Przyjrzałam mu się dokładniej i stwierdziłam, że jest naprawdę przystojny. Pasma brązowych włosów opadały na jego ciemne oczy. Miał dokładnie zarysowane kości policzkowe i ciemną karnację. Był bardzo wysoki, a pod czarną koszulką można było zauważyć zarys mięśni. Zdziwił mnie trochę fakt, iż miał ją na sobie, ponieważ jego poprzednicy byli bez, ale sądząc po jego zachowaniu, raczej ciężko było go do tego nakłonić.
- Podaj swoje imię i wiek. - z głośników znów wydobył się kobiecy głos.
Chłopak tylko prychnął, najwidoczniej mając gdzieś całą ceremonię. Polecenie powtórzyło się, ale chłopak nadal ignorował to, co miał zrobić. Zajęty był bardziej nieudolnymi próbami wyrwania się strażniczkom.
- Puśćcie go. - powiedziałam, a wszystkie głowy odwróciły się w moją stronę z zaskoczeniem. Nawet owy brunet wydawał się być zdezorientowany.
- Przepraszam, ale nie możemy. - odezwała się jedna z uzbrojonych kobiet.
- Powiedziałam, żebyście go puściły i stanęły pod drzwiami. - mój głos stał się twardszy i nieuznający sprzeciwu.
Kobiety z wahaniem puściły chłopaka i powoli oddaliły się w wyznaczone miejsce. Mężczyzna wyprostował się, poprawiając swoją koszulkę.
- Jak masz na imię? - zwróciłam się do ciemnookiego.
- Myślisz, że chcę z tobą rozmawiać? - prychnął, krzyżując ręce.
- Nie oczekuję tego. Chcę tylko wiedzieć, jak mam się do ciebie zwracać.
- Niezła próba. - spojrzał na mnie z pogardą.
- Proszę. - dodaję, a przez twarz chłopaka ponownie przebiega cień zaskoczenia.
Byłam świadoma tego, że mężczyzn nikt nigdy o nic nie prosi. Byli w końcu niewolnikami i mieli wykonywać nasze polecenia. Kątem oka spoglądałam na moją matkę, której twarz nie wyraża żadnych uczuć. Beznamiętnie wpatrywała się w odbywającą się przed nią scenę.
- Prosisz mnie? - zadrwił, w jego głosie nadal było słychać pogardę.
- Tak, proszę cię. Czy nie to właśnie powiedziałam?
Chłopakiem targały emocje, dogadanie się z nim będzie moim małym sukcesem.
- Jestem tutaj tylko dla waszej rozrywki. Nas się o nic nie prosi. Mamy być posłuszni, jesteśmy dla was niczym, jedynie zabawkami i narzędzie do spłodzenia dzieci w bardziej interesujący sposób niż in vitro.
Nigdy nie słyszałam jeszcze w niczyim głosie takiej nienawiści.
- Ja to zrobiłam. Podasz mi swoje imię, czy one będą musiały wydobywać je siłą? - wskazałam na uzbrojone kobiety, stojące kilka metrów dalej. - Wiesz, że nie opuścimy tego pomieszczenia, dopóki tego nie zrobisz. - jego wzrok w tym momencie mógłby zabijać, ale na mnie to nie działało.
Ten chłopak był inny. Wiedziałam, że muszę go mieć, ale nie mogło się to wydarzyć, dopóki nie dokona prezentacji. Spojrzałam na pozostałe trzy uczestniczki. Jedna wyglądała na przerażoną, druga na znudzoną, a trzecia na rozbawioną.
- Dylan. - chłopak wycedził przez zęby.
- Czy to było aż tak trudne? - spytała jedna z dziewczyn, która była bardziej zaciekawiona oglądaniem swoich krwistoczerwonych paznokci, które kontrastowały z jej włosami, niż sceną przed nią.
Dylan nawet nie zwrócił na nią uwagi, ponieważ był zbyt zajęty przyglądaniu się mnie. Chyba zauważył diametralną różnicę między mną, a resztą.
- Ile masz lat? - zapytałam, przerywając ciszę.
- Dwadzieścia trzy. -odpowiedział od razu. - Ale nie będę się rozbierał - dodał groźnie.
Rozbawiło mnie to. Zabrzmiał jak rozkapryszone dziecko.
- Niech będzie. - westchnęłam.
Wcale nie zależało mi na tym, aby się rozbierał. Ta rzecz była akurat najmniej istotna.
Spojrzałam na matkę i ledwo zauważalnie skinęłam głową. Jej twarz nie wyrażała aprobaty, ale nie mogła zaprzeczyć, że był przystojny. Odwróciła się do kobiety, siedzącej przy panelu kontrolnym i powiedziała coś, dziewczyna kiwnęła głową, po czym zaczęła wciskać przyciski na ekranie. Matka posłała mi znak, że wszystko gotowe. W samą porę, ponieważ rozległ się dźwięk pozwalający na wciskanie przycisków. Czerwono i fioletowo włosa wpadły w furię, nie mogąc wcisnąć guzika. Ja za to nachyliłam się do przodu i wcisnęłam go bez żadnych oporów. Nad moją kabiną zaświeciła się czerwona lampka. Dylan spojrzał na mnie z uniesioną brwią. Albo nie spodziewał się, że to ja go wybiorę, albo odkrył, że niedziałające guziki to moja sprawka.
Posłałam mu tajemniczy uśmiech. Strażniczki podeszły do niego i wyprowadziły z sali, a ja po chwili zrobiłam to samo. Po opuszczeniu kabiny wraz ze strażniczką udałam się na pierwsze piętro, gdzie miałam zgłosić się po Dylana. Podeszłam do recepcji, gdzie siedziała młoda kobieta o łososiowych włosach. Podałam jej numer kabiny, w której przebywałam, by mogła odczytać, którego z mężczyzn ma mi wydać. Już po kilku minutach pojawiły się trzy strażniczki prowadzące Dylana. Chłopak znów się szarpał, ale tym razem nie mogłam rozkazać im, aby go puściły. Na dodatek ręce z tyłu miał spięte kajdankami. Ruszyłam przodem wraz z jedną z moich strażniczek. Wsiadłam do limuzyny, a zaraz za mną został wepchnięty Dylan. W środku razem z nami zostały tylko dwie kobiety. Po chwili ruszyliśmy w kierunku mojego mieszkania.
- Teraz nie każesz im mnie zostawić? - zapytał z drwiną.
- Niestety nie. - odpowiedziałam, spoglądając na niego, jednak już po chwili powróciłam do wpatrywania się w okno.
- Dlaczego?
- Ponieważ nie dzieli nas już szyba. - wyjaśniłam, jakby było to oczywiste.
- Boisz się? - uniósł brew, a ja wyczułam jego rozbawienie.
- Naturalnie. Byłabym głupia, gdybym się nie bała. - odparłam, ponownie na niego spoglądając, ale tym razem nie odwróciłam wzroku.
Włosy miał potargane, a cerę ziemistą. Zapewne jego skóra dawno nie widziała słońca. Jego ciemne, wręcz hipnotyzujące oczy wpatrywały się we mnie uważnie, jakby chciał dojrzeć co siedzi mi w głowie.
- Mądrze. Jak masz na imię? - zaskoczyło mnie jego pytanie.
- Melanie. - ruchem ręki odgarnęłam włosy, opadające mi na oczy.
- Jesteś jakaś inna. - oznajmił z namysłem.
- Wytłumaczysz?
- Nie wyglądasz jak tamte. I się tak nie zachowujesz.
- Być może, ale co z tego? Ludzie są różni. Nie możesz wrzucić wszystkich do jednego worka.
- Nieważne. - skwitował, ale ja wiedziałam, że coś konkretnego chodzi mu po głowie.
Kiedy podjechaliśmy pod mój dom, strażniczki wyprowadziły Dylana. Poprowadziłam ich prosto do pokoju, w którym miał zamieszkać. Matka stwierdziła, że musi przebywać w celi, ale skoro miał mieszkać tu przez rok lub więcej, powinien mieć jako-takie warunki. Sypialnia zachowana była w jasnych kolorach. Ściany miały odcień kawy z mlekiem, na dużym łóżku leżała biała pościel, a w kącie stał stół z krzesłem. Znajdowały się tu tylko najpotrzebniejsze przedmioty. Okna wykonane były z kuloodpornego szkła, a na zewnątrz znajdowały się mocne i solidne kraty. Drzwi także były wykonane z mocnego tworzywa oraz posiadały kilka zamków.
- Milusio. Oczekiwałem raczej śmierdzących lochów po takiej czarownicy jak ty. - zakpił.
- Uważaj, bo jeszcze możesz tam wylądować. - odpowiedziałam surowo.
Kiedy opuściłam pomieszczenie, chłopak został rozkuty. Rozmasował nadgarstki, rozglądając się po wnętrzu.
- Co ja mam tu niby robić? - zwrócił się do mnie.
- Prześpij się. Za godzinę zostanie przyniesiony ci posiłek, a o reszcie porozmawiamy później. - powiedziałam, po czym odeszłam, słysząc w tle zatrzaskujące się drzwi i szczęk zamków.
Czułam, że z tym chłopakiem będą niemałe kłopoty.
Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com