35
Pytania. Pytania. Pytania.
Miałam dosyć. Czy miało być już tak zawsze? Ciągle nasuwające się pytania, domysły i brak odpowiedzi. Nawet sama nie wiedziałam, kogo mogłabym zapytać o to wszystko. Zapewne gdybym znalazła taką osobę, to nawet ona nie znałaby odpowiedzi. Nie wiedziałam, co miałam myśleć o Marii i jej słowach. Po jej zachowaniu i ciągłym mówieniu o "cudzie" stwierdziłam, że zrobili jej tam jakieś pranie mózgu. Jeżeli to prawda, to szkoda mi jej i innych ludzi, którym mogło przydarzyć się coś podobnego. To co wyprawiała moja matka było nieludzkie. Jak można tak traktować ludzi? Nigdy tego nie pojmę.
Zastanawiałam się również, gdzie jest mój ojciec, czy żyje i jaki jest. Może gdybym go znalazła, byłby w stanie mi pomóc. Może nawet jest gdzieś tutaj i wystarczy zapytać Dylana, który powinien wiedzieć, że ktoś taki tu jest. Z drugiej strony byłabym wściekła, gdyby ciągle wiedział taką rzecz i mi nie powiedział. Powinnam znać takie informacje, ale z doświadczenia wiedziałam, że Dylan pomijał wiele ważnych wątków.
Moim pierwszym zadaniem na dziś, zanim znów znalazłam się w kuchni, było znalezienie Dylana i rozmowa w cztery oczy. Musiałam dojść z nim do porozumienia oraz podzielić się planem, na który wpadłam tej bezsennej nocy.
Zjawiłam się na śniadaniu tylko po to, aby go znaleźć, choć wątpiłam, że to się stanie. Rzadko zjawiał się na pierwszym posiłku. Nie tknęłam nawet jedzenia, swoją porcję oddałam Luke'owi, który przyjął ją bez zbędnych sprzeciwów. Przy stole nie było nikogo oprócz niego i Jareda, który nie odezwał nie ani słowem, odkąd usiadł przy stole. Chciałam zapytać go, czy nikt nas nie widział i czy nie mamy problemów, ale stołówka nie była najlepszym miejscem do przeprowadzenia takich rozmów. Dlatego milczałam.
Już chciałam odejść od stołu i przejść się po korytarzach, aby sprawdzić czy nie kręci się gdzieś Dylan, który jak się spodziewałam, nie przyszedł, gdy Jared zaczął rozmowę.
— James wrócił — oznajmił, odkładając chleb i wspierając głowę na dłoniach.
— Wiadomo gdzie był? — zapytałam zaciekawiona.
— Nie, nikt oprócz Dylana z nim nie rozmawiał. Wszedł dziś do swojego pokoju i nie wyszedł. — Zmarszczyłam brwi w zdziwieniu. Czy to ten sam James, który ciągle panoszył się po korytarzach i ustawiał ludzi? Gdzie był tak długi czas?
— Rozmawiałeś z Dylanem? — spytałam po chwili. Mężczyzna pokręcił przecząco głową.
— Ostatnio wszyscy zrobili się jacyś dziwni — wtrącił Luke. — Rok temu zrobiliby tu imprezę, a teraz większość chodzi nabuzowana.
— Sytuacja robi się poważna — stwierdził Jared. — Nagłe pojawianie się Melanie, powrót Dylana, a potem Marii dużo zmienił. Na dodatek, okazuje się, że mamy tu mordercę.
— Nie ma podejrzeń, kto zabił tamtego chłopaka?
— Tego i kolejnego. Dziś nad ranem znaleźli kolejne ciało, niedaleko wyjścia — powiedział zrezygnowanym głosem, sprawiając, że spojrzałam na niego zaskoczona.
— Czy kiedykolwiek zdarzyło się coś podobnego?
Jared znowu pokręcił smutno głową.
Tu zaczynało dziać się coś dziwnego i niedobrego. Wszyscy do tej pory uważali, że to miejsce było azylem. Jedynie tutaj mogli czuć się bezpiecznie, ale okazało się, że to jednak nieprawda. Nie wiadomo kto i kiedy będzie następny. Na dodatek boję się, że priorytetem mordercy będzie dopadnięcie mnie, a co gorsza Dylana i Jamesa. Nie wiadomo z kim mieliśmy doczynienia i czy nie wkradła się tu jakaś osoba z zewnątrz.
— Kamery nic nie zarejestrowały?
— Nagranie wyglądało, jakby brakowało jakichś pięciu minut nagrania. Musiał zrobić to ktoś, kto ma dostęp do monitoringu i doświadczenie z komputerami. Obawiam się nawet, że podejrzenia mogą spaść na mnie, a co gorsza na Luke'a. — Mężczyzna westchnął ciężko, dwoma palcami pocierając nasadę nosa.
.
— Kto zajmuje się dochodzeniem? — dopytywałam.
— Jeszcze nikt konkretny, ale czuję, że Dylan zajmie się tym osobiście. Nie może dopuścić, by działo się coś tak okropnego i barbarzyńskiego. — Mój wzrok padł na zaciśniętą pięść Jareda. Nigdy nie widziałam żeby się denerwował, wręcz przeciwnie, uznawałam tego człowieka za oazę spokoju. Potrafił zachować autokontrolę nawet w bardzo krytycznej sytuacji.
Spojrzałam na wejście do stołówki w idealnym momencie, bo wreszcie pojawił się w nich Dylan. Nadal miał zabandażowaną rękę, wyraz jego twarzy był nieodgadniony. Przeczesywał wzrokiem stolik po stoliku, aż wreszcie natrafił na mój wzrok. Ruszył w naszym kierunku, co przyjęłam ze zdziwieniem i odrobiną ulgi. Ale serce znów podeszło mi do gardła, gdy jego wyraz twarzy zmienił się na wściekły.
— Idziesz ze mną — warknął natychmiast i chwycił mnie za ramię, boleśnie wbijającw nie palce. — Ty też. — Ruchem głowy wskazał na Jareda. Luke spojrzał na nas z przerażeniem. Możliwe, że przewidywał, co się święci, tak jak i my.
Odprowadzeni wzrokiem przebywających na stołówce ruszyliśmy korytarzami, jak mi się wydawało, do biura Dylana. Byłam pewna, że chodzi o naszą wczorajszą wizytę u Marii. Do przewidzenia było, że wygada się o tym przy najbliższym spotkaniu z Dylanem. Miałam prawo do rozmowy z tą dziewczyną i widzimisię Dylana nie powinno mieć tu nic do gadania. Zaczynał zachowywać się coraz dziwaczniej, a ja miałam tego zdecydowanie dość. Miałam wrażenie, że był jak małe, rozkapryszone dziecko, które tupało rozgniewane nogą, gdy coś nie szło po jego myśli.
Gdy przekroczyliśmy próg jego biura, wyrwałam ramię z jego uścisku, które trzymał przez całą drogę tutaj.
— Chodzi o coś poważnego czy wlekłeś mnie tutaj jak bezwartościowy przedmiot dla własnego widzimisię? — sarknęłam, siadając na jego miejscu za biurkiem i zakładając nogi na blat biurka. Wiedziałam, że zachowywałam się prowokująco, ale byłam na niego wściekła.
— Czy nie wyraziłem się jasno, mówiąc, że masz zakaz widywania i rozmawiania z Marią? — zapytał, wskazując na mnie wściekle palcem.
— Podłub sobie nim w nosie — prychnęłam. Nie miałam zamiaru się tłumaczyć.
— A ty? Myślałem, że jesteś w stu procentach po mojej stronie i nigdy nie odstawisz takiej szopki. — To zdanie wypowiedział z żalem do Jareda. Mojej zaczepki postanowił nie komentować. Na razie.
— Jestem po twojej stronie, ale również po stronie Melanie. Jakbyś nie zauważył, to wszyscy jesteśmy po tej samej i walczymy o jedno, ale tobie ostatnio zaczęło odwalać. Myślałem, że jako jeden z nielicznych masz głowę na karku i nie dasz się nikomu manipulować — wytknął mu Jared.
— Nie zwalaj teraz wszystkiego na mnie. Nadal tu rządzę i wymagam posłuszeństwa. A wy sobie robicie, co chcecie — warknął.
— Nie jesteś dyktatorem — odezwałam się jeszcze bardziej zdenerwowana.
-
— Zdejmij nogi — rozkazał gniewnie, podbródkiem wskazując moje stopy.
— Wypchaj się.
Przymknął oczy i westchnął ciężko.
— To ja poprosiłam Jareda, aby mnie zaprowadził do Marii, musiałam z nią porozmawiać — oznajmiłam, patrząc w swoje nie najnowsze buty. — Myślałam, że będzie skłonna mi coś wyjawić, ale jednak się myliłam.
— Mówiła, że jej groziłaś, bo bałaś się, że może coś zdradzić — powiedział poważnie, a ja prychnęłam oburzona na te oskarżenia. — Dziś rano znaleziono martwego chłopaka. Skąd mam wiedzieć czy to nie twoja sprawka?
— Czy ty siebie słyszysz? Wierzysz lasce, której wyprali mózg? Ja rozumiem, że byłeś w niej zakochany, ale jeśli nie zauważyłeś, dużo się zmieniło w ostatnim czasie — sarknęłam zdenerwowana i wstałam z miejsca. — Nie dam się wrobić w żadne morderstwo. Wiem, że najłatwiej jest winę zrzucić na mnie, bo jestem kim jestem, ale sam dobrze wiesz, jaki mam stosunek do zabijania ludzi, tych winnych czy też nie. Powinieneś sobie trochę poukładać w tej głowie, bo nie jesteś tym samym Dylanem. Doprowadzisz nas w końcu do ruiny — wygarnęłam mu bez cienia zawahania.
Stał widocznie skołowany moją przemową. Najwidoczniej nie liczył na taką wrogość i stanowczość z mojej strony. Dobrze mu tak, niech nie myśli, że mną da się pomiatać, jak workiem treningowym.
— Daj mi powód, dlaczego miałbym wierzyć w twoje słowa.
— Znasz mnie najlepiej i najdłużej, dobrze wiesz jaka jestem i do czego jestem zdolna — powiedziałam. Miałam już tego serdecznie dość.
Obiecał mi, że będzie po mojej stronie i będzie się mną opiekował, gdy się tu znajdziemy. Natomiast teraz, to on na mnie naskiwał i okazywał wrogość.
— Mam też teorię, kto mógłby zabić tamtych chłopaków — dodałam. Obaj spojrzeli na mnie zaskoczeni.
— A mianowicie kto taki? — zapytał z uniesioną bawią Dylan, jakby nie wierząc moim słową.
— James.
Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com