34
Jared obiecał mi, w miarę możliwości, spotkanie z Marią już dziś w nocy. Jamesa nadal nie było, co zaczynało wzbudzać powszechny niepokój. W większości był to lęk, że został złapany. Mniejsza garstka osób obawiała się raczej, że James mógł wspomagać działania mojej matki. Obie rzeczy były niepokojące i jeśli nie pojawi się w bazie w ciągu dwóch najbliższych dni, trzeba będzie wysłać ekipę poszukiwawczą. To niestety będzie kolejny kłopot jak i ryzyko, dla naszych ludzi.
Dylan nadal zachowywał się niedorzecznie, jego zachowanie w ciągu tych paru godzin nie zmieniło się nawet odrobinę. Nie mam pojęcia, co strzeliło mu nagle do głowy, ale miałam nadzieję, że mu wkrótce przejdzie, ponieważ przestanę uważać go za mądrego człowieka. Jeśli nagle zaczął mieć ze mną jakiś problem, to dlaczego mi tego nie powie? Myślałam, że jak na dorosłego mężczyznę, który rządzi tak wielką organizacją, a nawet całym państwem, ma odrobinę więcej oleju w głowie. Oczywiście wiem, że ma to jakieś powiązania z Marią i tym, co wydarzyło się w Waszyngtonie, ale brak jakichkolwiek szczegółów doprowadza mnie do szaleństwa. Dlaczego nie mogłam urodzić się wiek wcześniej, cieszyć się życiem i brakiem problemów, którymi są wojna i wolność ludzi? Życie teraz jest niedorzeczne. Żyjemy tylko aby żyć i nikt nam tego nie ułatwia. Stąpam po tym świecie od niedawna i jestem na skraju wyczerpania. Nie chcę nawet myśleć, co przeżywają osoby, których życie wyglądało tak na co dzień.
Nie zjawiłam się na kolacji, nie byłam głodna. Nie miałam też większej ochoty na kolejną konfrontację z Dylanem, o ile w ogóle by się zjawił. Rose przyniosła mi dwie, lekko wysuszone już kromki chleba i kubek wody. Byłam jej za to wdzięczna. Jako jedna z nielicznych przejmowała się moim losem tutaj i widzi we mnie coś więcej, niż moją matkę. Tylko że Rose jest typem człowieka, który pomoże każdemu bez względu na to kim jest. To tylko zasługa jej wrodzonej empatii.
Siedziałam na prowizorycznym łóżku wykonanym tylko z materaca, wyposażonego w jedną, małą poduszkę i dwa koce, mimo których nadal czasami marzłam. Naciągnęłam rękawy szarego, starego swetra na dłonie. Wszystkie rzeczy, które nosimy pochodzą z niewiadomych mi miejsc. Wiem jedynie, że ubrań jest tu masa.
Byłam zmęczona i chciałam jedynie położyć się spać, niestety nawał myśli o Dylanie, Marii i wszystkich dotychczasowych wydarzeniach przytłaczał mnie do tego stopnia, że gdy zamknęłam oczy, widziałam tylko obrazy, które zapewne nie znikną z mojej głowy do końca życia. Zastanawiałam się, czy jeszcze kiedykolwiek będę spać spokojnie i czy inni tutaj czują to samo.
Chciałabym coś zmienić, ale żaden pomysł nie przychodzi mi do głowy. Jared twierdzi, że tylko ja będę w stanie powstrzymać moją matkę i wszystko naprawić, ale to nie prawda. Staram się tak myśleć. Widzę jednak, że jestem jedną z ostatnich osób, którym może się to udać. Organizacja Państwa Podziemnego istnieje dziesiątki lat, a jeszcze nikt nie poczynił konkretnych kroków w tym kierunku. Więc dlaczego ja? Dlaczego nie powstrzymali poprzednich prezydentów, którzy z całą pewnością nie byli tacy, jak moja matka? To ona, z tego, co wiem, wprowadziła zaostrzony rygor. Pytań jest wiele i co dzień pojawiają się nowe, choć nikt nie znalazł odpowiedzi na wcześniejsze.
Nie wiem, kiedy udało mi się zasnąć, ale lekkie potrząsanie i szept wyrwały mnie z przyjemnego i chwilowo spokojnego snu. Zamrugałam kilkukrotnie powiekami, by spróbować rozpoznać twarz skrywającą się w ciemności.
— O co chodzi, Jared? — szepnęłam zaspanym głosem.
— Mamy niewiele czasu, żebyś mogła porozmawiać z Marią. Musisz iść szybko ze mną. — W jednej chwili poczułam się rozbudzona. W drugiej zakładałam już buty na nogi.
Przemieszczając się przez korytarze musieliśmy być bardzo cicho. Wiedziałam, że jeśli zostalibyśmy przyłapani, Jared jakoś by z tego wybrnął, ale sprowadzanie na nas niepotrzebnych podejrzeń nie było czymś, czego teraz potrzebowaliśmy. Szczególnie, gdy ja starałam się zdobyć przychylność ludzi.
Jared zaprowadził mnie do części więziennej, trzy piętra wyżej. Nie miałam okazji tu być, ponieważ jak się okazało, Rose miała nakaz pokazania mi tylko najpotrzebniejszych miejsc, reszta miała mnie nie interesować.
Część więzienna składała się tylko z małych pomieszczeń, oddzielonych od wąskiego korytarza pancernymi drzwiami z malutkimi okienkami, nad którymi widniały numerki. Zatrzymaliśmy się przed tymi, które znajdowały się prawie na samym końcu. Zdziwiło mnie, że nie ma tutaj żadnych strażników, ale wydawało mi się, że to sprawka Jareda.
— Masz jakieś osiem minut, byłoby genialnie, gdybyś wyrobiła się w pięć — powiedział Jared, wyciągając z kieszeni pojedynczy klucz i wsadzając go do urządzenia obok drzwi, by potem wpisać długi kod. — Osiem minut — powtórzył i otworzył przede mną drzwi.
Niepewnie weszłam do środka, w pomieszczeniu panował półmrok. Cele oświetlała tylko mała, pojedyncza żarówka. Wydaje mi się, że była używana tylko w dzień, aby mocne światło świetlówek nie przeszkadzało we śnie. Drugą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy było ustawione pod ścianą łóżko, a raczej prycza. Nawet nie siadając na nim, mogłam stwierdzić, że mój materac na podłodze jest milion razy wygodniejszy.
Postać siedząca na owym łóżku przyglądała mi się z uwagą. Przystanęłam zaraz obok drzwi, nie czułam potrzeby podchodzić bliżej.
— Sądząc po porze w jakiej mnie odwiedzasz, stwierdzam iż to nie Dylan cię tu przysłał. — Spokojny głos Marii obił się o ściany celi.
— Słyszałam, że chciałaś ze mną porozmawiać. — Zignorowałam jej poprzednią wypowiedź.
— Wydaje mi się, że ty też masz do mnie parę pytań. — Nastała chwila ciszy. — Dlaczego tutaj jesteś? — zapytała w końcu.
— Bo chcę — odpowiedziałam. Kobieta zareagowała mi jej zimny śmiech.
— Nikt nie chce tutaj być, to miejsce jest jak klatka. Stąd nie ma ucieczki.
— Może ja nie chcę uciekać, tak jak ty — mruknęłam, zaplatając ręce na klatce piersiowej.
— Miałaś wszystko, zmarnowałaś to. Wiem, że w Dylanie jest coś, co przyciąga i głównie dlatego go kocham, ale gdybym drugi raz miała wybierać, wybrałabym życie na górze. — Palcem wskazała sufit.
— Ja nie miałam tam niczego — powiedziałam szczerze. Bo tak właśnie jedyną rzeczą, która pozwalała mi się tam jakoś trzymać, była Lizzy, ale to już minęło. — Nad czym pracujecie w tamtym laboratorium? — zapytałam.
— Nad czymś ważnym, wielkim. Nad cudem. — Na jej twarzy dostrzegłam uśmiech. Szczery, szeroki uśmiech.
— Co to za cud? — Zmarszczyłam brwi.
— Możesz jeszcze wrócić, pani prezydent cię przyjmie. Nie wiesz nawet ile możesz zyskać. Pomóż mi się stąd wydostać, obie tam wrócimy i wszystko ci pokażę. — Miałam wrażenie, że rozmawiam z osobą, która postradała zmysły. Jakby ktoś zrobił jej pranie mózgu.
— Dziękuję za propozycję, ale jednak wolę zostać tutaj. — Posłałam jej krótki, sztuczny uśmiech.
— Ty nic nie rozumiesz. Możesz być w samym centrum czegoś wielkiego, obie możemy. — Podniosła się z łóżka.
— Nie sądzę, bym chciała brać udział w czymkolwiek, co związane jest z moją matką.
— Oni już ci to zrobili — powiedziała jakby przerażona i znów usiadła na łóżku.
— Co takiego? — Zmarszczyłam brwi. Jej słowa budziły we mnie niepokój.
— Jesteś stracona, jak oni wszyscy. — Podkuliła kolana i objęła je ramionami. — Nie spotka cię cud, mnie też nie — wypowiedziała te słowa ściszonym głosem.
Drzwi za mną się otworzyły.
— Musimy już stąd znikać — powiedział Jared. Jego wzrok ani na moment nie skierował się na dziewczynę, uporczywie wpatrywał się we mnie.
— Jeszcze minuta — poprosiłam.
Pokręcił głową. Spojrzałam ponownie na Marię.
— Ich spotka cud, mnie nie — szeptała uparcie pod nosem. Jak mantrę, najświętszą modlitwę, która miała wyzwolić ją z celi i zaprowadzić z powrotem do niej, do mojej matki. Przerażało mnie to.
Opuściłam cele wraz z nowymi, pojawiającymi się pytaniami.
Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com