Chào các bạn! Truyen4U chính thức đã quay trở lại rồi đây!^^. Mong các bạn tiếp tục ủng hộ truy cập tên miền Truyen4U.Com này nhé! Mãi yêu... ♥

36

      Obaj patrzyli na mnie, jakbym powiedziała największe głupstwo świata. Wiem, że tym oskarżeniem mogłam sprawić sobie wiele kłopotów oraz zdenerwować jeszcze bardziej Dylana, z którym chciałam już się pogodzić i normalnie porozmawiać.

— Rozumiem, że nie lubisz Jamesa i masz ku temu powody, ale nie uważasz, że to oskarżenie jest zbyt przesadzone? — zapytał Jared.

— Jest podejrzany w równym stopniu, co ja. Gdy natknęłam się na tamtego chłopaka, nagle pojawił się James i Dayo. Dziś, gdy pojawił się kolejny trup, wrócił też James. Nie uważacie, że to zbyt duży zbieg okoliczności?

— Przesłuchamy wszystkich podejrzanych — stwierdził Jared, ucinając dyskusję. Byłam niemal pewna, że James jakoś wywinie się z przesłuchania i główne podejrzenia spadną na mnie, ale nie mogłam nic z tym zrobić. Byłam tą mniej wiarygodną osobą.

— Róbcie co chcecie, byleby były tego skutki. A teraz wybaczcie, praca czeka. — Udałam się do drzwi, chcąc opuścić już to ciasne pomieszczenie, w którym zaczynałam się czuć jak szczur w klatce. Przypuszczałam, że najbardziej przytłaczająca była obecność Dylana. Nie wiedziałam, czy obecnie mieliśmy szansę na dojście do porozumienia. Nawet gdybym chciała, on stawiał kolejne przeszkody, jak gdyby chciał się ode mnie siłą odciąć. Nie miałam pojęcia dlaczego i zaczynałam się zastanawiać, czy chcę to wiedzieć i czy próbować utrzymywać z nim przyjazne stosunki. Może powinnam się odsunąć, jeśli on tego chciał? Dopiero teraz zauważyłam, jakim mogłam być dla balastem. Miał dużo spraw na głowie, a ja ciągle sprowadzałam na niego kłopoty. W Waszyngtonie szala się przeważyła i postanowił to zakończyć. Takie przynajmniej było moje zdanie. Mogły być tego też inne powody, mniej oczywiste dla mnie. Czy chciałam je poznać? Już sama nie wiedziałam. Chciałam tylko, aby to wszystko się już skończyło, ale to był dopiero początek i czułam, że gdy wszystko się rozwinie, będę w samym centrum tej katastrofy.

— Jeszcze nie uciekaj — powiedział twardo Dylan. — Jared, zostaw nas samych.

Stałam do nich tyłem, zaledwie metr od drzwi. Mogłam po prostu stąd wyjść i mieć gdzieś, czego on chciał, ale zostałam. Nie wiem czy to dlatego, że byłam słaba i podatna na niego, czy zwyczajnie zaciekawiona tym, co chciał mi powiedzieć. Przypuszczałam, że nie było to nic ważnego, po prostu chciał kontynuować swoje kazanie.

Jared wyminął mnie, ale zanim zniknął za drzwiami, posłał mi współczujące spojrzenie i wzruszył bezradnie ramionami.

— Usiądź. — mruknął Dylan w akompaniamencie dociśnięcia wrót do framugi.

— Nie mam ochoty z tobą rozmawiać. — powiedziałam, odwracając się zdenerwowana w jego stronę.

Siedział na swoim miejscu za biurkiem, przenikliwie wpatrując się w moją twarz. Czekał aż spełnię jego prośbę i będziemy mogli porozmawiać. Nie usiadłam, ponieważ czułam się silniejsza, gdy stałam i mogłam przemieszczać się po pokoju. On, widząc że nie mam zamiaru usiąść, zaczął rozmowę.

— Nie wiem, co się z tobą ostatnio dzieje. — oznajmił krótko. Prawie się roześmiałam, słysząc te słowa.

— Co się ze mną dzieje? To ty zachowujesz się niedorzecznie! — Machnęłam w jego kierunku ręką. — Od Waszyngtonu zachowujesz się tak, jakbym specjalnie sprowadziła na nas całe tamto nieszczęście — wygarnęłam mu. Siedział z założonymi ramionami, wpatrując się w blat biurka. Tak po prostu. Można było dokładnie zauważyć, że jego szczęka była mocno zaciśnięta. Wtedy zrozumiałam. On naprawdę tak myślał, wiedziałam, że ma mi za złe, to jak się wtedy zachowywałam i że w jakimś stopniu była to moja wina, ale nie przypuszczałam iż myśli, że celowo sprowadziłam na nas strażniczki ówcześnie, wszczynając w jakiś sposób, alarm. — Nie wierzę, że naprawdę tak pomyślałeś — prychnęłam z pogardą.

— Nie mogę tak łatwo ufać ludziom, sytuacja właśnie na to wskazywała, więc takie wyciągnąłem wnioski.

— Mogłeś po prostu zapytać.

— Powiedziałabyś mi prawdę? — Wbił we mnie wzrok.

— Tak, powiedziałabym, ale ty i tak zapewne byś mi nie uwierzył, bo kim ja jestem? Przecież skoro moją matką jest Christina, to automatycznie jestem taka sama. —

Byłam na niego wściekła, ale czułam również ogromny żal. Nie potrafiłam zmienić swojego pokrewieństwa z kobietą, ale mogłam pokazać, że jestem lepsza. Gdyby tylko ktoś wreszcie mi na to pozwolił, dał jedną, głupią szansę.

— Wydaje się, że już wyczerpaliśmy limit zrzucania na mnie win i już nie mamy o czym rozmawiać.

— Mamy.

— Nie, nie mamy — zaprzeczyłam.

— Jest jeszcze sprawa tego, co nas łączy.

Pokręciłam z niedowierzaniem głową.

— Nic nas nie łączy.

— A pocałunek i te kilka godzin po nim? Nie możesz powiedzieć, że nic się wtedy między nami działo. — Mężczyzna wstał ze swojego miejsca.

— No właśnie, wtedy. To była nic nie znacząca chwila naszej słabości, nie znam się do końca na tym, ale jesteśmy tylko ludzi i mamy różne odruchy.

— Nazywasz to tylko odruchem? — Podszedł bliżej mnie. Lepiej, by tego nie robił; czułam się wtedy mniej pewnie.

— O co ci chodzi? Pięć minut temu oskarżałeś mnie o najgorsze rzeczy, a teraz twierdzisz, że coś nas łączy. —

Naprawdę nie rozumiałam jego toku myślenia. Jeszcze niedawno byłam pewna, że chciał mnie poćwiatrować samym wzrokiem.

— Pora, byśmy wyjaśnlili sobie parę rzeczy — powiedział, opierając się o blat biurka. — Znamy się krótko, żadne z nas, na dobrą sprawę, nic o sobie nie wie. Jestem natomiast pewien, że stałaś się dla mnie odrobinę ważniejsza niż cała reszta ludzi tutaj i to, że mogłabyś okazać się nie w porządku, byłoby dla mnie ciosem. Ciężko mi przyjąć tę myśl, bo nadal, choć nie chcę i staram się to zwalczyć, jestem odrobinę uprzedzony co do ciebie.

Byłam oszołomiona jego słowami.

— To przez Marię? — Pomimo, że sformułowałam to zdanie jako pytanie, tak naprawdę bardziej było stwierdzeniem.

— Myślę, że tak. Miałem do niej stuprocentowe zaufanie i byłem pewien, że jest po naszej stronie, nie mogło być inaczej, szczególnie ze względu na to, jakie łączyły nas relacje. Potem jednak okazało się, że byłem w ogromnym błędzie. Jestem za to zdziwiony, że po poprzednich doświadczeniach jestem w stanie zaufać ci nawet w małym stopniu.

Teraz wyraźnie zauważyłam jego rozdarcie.

— Doskonale cię rozumiem, sama nie ufam tutaj prawie nikomu. Boję się, że będą chcieli nagle negocjować z moją matką i mogłabym zostać kartą przetargową. — Wzruszyłam ramionami, jakby to nie było coś wielkiego.

— Rozejm? — zapytał, wyciągąc rękę.

— Rozejm. — Podeszłam bliżej i uścisnęłam jego dużą i twardą dłoń.

Uśmiechnęliśmy się do siebie. Nagle jego mina spoważniała, a on gwałtownie przyciągnął mnie do siebie, wpadłam na jego klatkę piersiową. Jego ręce wylądowały na mojej twarzy, kciukami musnął moje policzki. Cała zesztywniałam, a serce zaczęło bić szybciej, jak po maratonie. Czułam to samo, co wtedy w tunelu. Nie miałam już wątpliwości, co się stanie, gdy zaczął przybliżać swoją twarz do mojej. Tym razem wokół nas paliło się światło, więc doskonale mogłam przyjrzeć się mimice jego twarzy, która była skupiona, ale kryło się w niej coś jeszcze. Coś, czego nie potrafiłam odgadnąć. Przestałam się nad tym zastanawiać, gdy jego usta naparły na moje. Pocałunek nie był tak delikatny, jak za pierwszym razem. Był bardziej natarczywy i nerwowy. To było dla mnie kolejne nowe doznanie. Nie wiedziałam, że mogę się wyłączyć do tego stopnia, że słyszałam tylko szum krwi w uszach i czułam dotyk Dylana. Nie wiedziałam w jaki sposób udało mi się tak szybko i niepostrzeżenie coś do niego poczuć. Byłam natomiast szczęśliwa, że nie jest to jednostronne uczucie. Nie kochałam go, ani on mnie, ale zdecydowanie było to coś więcej zwykłe lubienie się.

Gdy oderwaliśmy od siebie usta, on natychmiast mnie przytulił, nie dając nawet szansy na ponowne przyjrzenie się jego twarzy. Ale nie narzekałam. Było mi dobrze i czułam kojące ciepło w sercu.

— Co z Marią? — zapytałam w końcu. Chciałam być pewna, że nie robi tego tylko po to, aby oderwać od niej myśli. Poczułam, że wzrusza ramionami.

— Nie potrafię już spojrzeć na nią jak kiedyś. Zmieniła się i nie wiem czy to dobrze. Gdybym powiedział, że tak, byłoby to bardzo egoistyczne z mojej strony.

— W tym świecie każdy jest egoistą, bo nie pozostaje już nic innego, niż walczyć o swoje.

— Masz rację — powiedział, opierając brodę na czubku mojej głowy. — Więc cieszę się, że jest taka, jaka jest i nie muszę mieć wątpliwości, co z nią począć i mogę traktować ją, jak zwykłego więźnia.

— Ja za to jestem egoistyczna, ponieważ cieszę się, że wtedy popełniła błąd swojego życia. — Spojrzałam na niego z delikatnym uśmiechem, który odwzajemnił.

— Musimy jeszcze tylko nauczyć się sobie ufać.

Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com