37
Art. 3
Jeśli dziecko płci męskiej jawnie zechce szukać matki, skazany jest na odcięcie palców u dłoni.
Jeżeli nie porzuci swych zamiarów, skazany jest na śmierć.
(Fragment PPW)
***
W milczeniu spoglądałam na martwego chłopaka, leżącego na ziemi kilka kroków ode mnie. Lewa część jego twarzy była zupełnie spalona. Wyglądał, jakby ktoś przyłożył jego twarz do czegoś bardzo gorącego i trzymał ją tak przez długi czas.
Spojrzałam na Jareda, który klęczał obok zwłok. W gumowych rękawiczkach przekręcał głowę nieboszczyka, starając się dokładniej przyjrzeć uszkodzeniom, by stwierdzić co mogło być przyczyną śmierci.
Od razu stwierdzono, że to morderstwo. Oczywiście pierwsze podejrzenia, gdy James znalazł ciała, padły na mnie. Ciekawiło mnie, w jaki sposób, tak szybko po śmierci udało mu się znaleźć zwłoki, które zostało porzucone w odległym zakątku tuneli. Po sprzeczce i wzajemnym obrzuceniu się winą, Dayo zaproponował, by najpierw zbadać nieboszczyka, a dopiero później dociekać, kto mógł być sprawcą. Oczywistym było, że była to ta sama osoba, która zabiła pozostałą dwójkę.
Dylan, James oraz Dayo stali obok zwłok zawzięcie dyskutując i sprzeczając się na temat motywu morderstwa. Trochę dalej stała Kaya, która z kamienną twarzą przyglądała się całemu zajściu, co jakiś czas spoglądając na mnie spode łba. Nie miałam pojęcia skąd się tu wzięła ani po co tu była, ale na pewno działała mi na nerwy.
— Wygląda na to, że twarz została spalona żywym ogniem — stwierdził Jared wstając i ściągając rękawiczki.
— Jest to w ogóle możliwe? — zapytał Dylan kucając obok ciała.
— Tak, ale ciężko podpalić samą twarz nie naruszając innych kończyn.
Spojrzałam ponownie na ciało. Robiło mi się niedobrze, ale nawet jeśli bym stąd odeszła w myślach miałabym ten obraz. Kolejny trup do kolekcji snów, westchnęłam w myślach.
Potarłam zmarznięte ręce. Do panujących tu temperatur nie byłam w stanie się przyzwyczaić. Ciągle panował ziąb, miałam zmarznięte stopy i dłonie. Nie rozumiałam, jak przez tyle lat można ukrywać się pod ziemią i to w takich warunkach. Niektórzy od dawna nie widzieli światła słonecznego. Rozumiałam, że było to koniecznością i lepiej było trochę zmarznąć niż ciągle obawiać się o swoje życie, będąc na zewnątrz.
Patrząc na zwłoki, zaświtała mi w głowie pewna teoria.
— A miotacz ognia? — zapytałam.
Przypomniałam sobie, gdy Luke pokazywał ich zasoby broni. Wśród niej były miotacze ognia różnych kalibrów. Nie wiedziałam, jak dokładnie działały, ale myślałam, że mogłyby spowodować coś takiego.
— To nie możliwe — powiedział gorączkowo Jared. — Dostęp do pełnego arsenału ma ograniczona liczba ludzi.
— Jeśli uda nam się ustalić, co spowodowało śmierć tego chłopaka, zawęzimy znacznie krąg poszukiwań.
— Niech jej ktoś zamknie usta — odezwała się w końcu znudzona Kaya.
Miałam ochotę jej wygarnąć. Stała tu bezczynnie się wszystkiemu przeglądając. Byłam ciekawa, czy przez chwilę ruszyła głową. Dla niej było to po prostu ciekawe widowisko. Raczej rzadko coś się tutaj działo, więc nie mogła przegapić okazji.
— Daj jej mówić, Kaya — zwrócił się do niej Dayo.
— Jeśli teoria Melanie się potwierdzi, podejrzenia spadną głównie na nas — stwierdził Dylan.
— Nie widzicie, że właśnie o to jej chodzi? — warknął James. — Chce żebyśmy zaczęli obwiniać siebie nawzajem. Wtedy wszystkie podejrzenia odsuną się od niej!
Nie mogłam już tego słuchać. Wrogość Jamesa stawała się coraz bardziej uciążliwa. Rozumiałam, że mnie nienawidził, ale powinien myśleć racjonalnie. Jeśli chciał mnie oskarżać, to niech znajdzie ku temu dowody. Same słowa spowodowane otwartą nienawiścią niczemu nie dowodziły. Sama uważałam, że James może być w to zamieszany, ale potrafiłam podać powód dlaczego tak uważam, a samo moje pochodzenie o niczym nie dowodziło.
— Skoro jesteś niewinny, to czego się tak boisz? — naskoczył na niego Dylan. — Jeśli krąg podejrzeń będziemy zawężać tylko do Melanie, nigdy nie znajdziemy prawdziwego mordercy.
Chciałam już stąd odejść. Miałam dość tego towarzystwa. Najchętniej przeszłabym się po świeżym powietrzu, ale wątpię, że ktokolwiek by mnie stąd wypuścił. Były tego dwa powody: mogłabym zostać zauważona oraz to, że w ogóle mi nie ufali. Nawet Dylan nie miał do mnie pełnego zaufania. Było ono, oczywiście, większe od innych, ale nadal trzymał dla mnie lekką rezerwę.
— Kto jak kto, ale ty powinieneś wiedzieć, że nie powinieneś ufać swoim kobietom. — James uśmiechnął się złośliwie w stronę Dylana.
Serce zabiło mi mocniej. James nazwał mnie jego kobietą. Nie powinnam na to tak mocno reagować, doskonale wiedziałam, że daleko mi do tego by być z Dylanem. Pomimo tego, jakaś część mnie cieszyła się na taką ewentualność. Nie rozumiałam, w jaki sposób tak szybko przywykłam do obecności mężczyzn i do świadomości, że mogłabym pozwolić sobie na głębszą relację z jednym z nich. Z jednej strony ta myśl mnie zadowalała, z drugiej zaś, czułam ucisk w żołądku.
— Na podłodze mamy trupa, a w bazie grasuje seryjny morderca. Nie chcę się czepiać, ale trochę zbaczacie z tematu — znów wtrącił Dayo.
Miałam ochotę mu za to podziękować. Im szybciej się z tym uwiniemy, tym prędzej będę mogła stąd zniknąć i zaszyć się z dala od ludzi, a wraz z tym przestać czuć na plecach nienawistne i oceniające spojrzenia, kierowane w moją stronę zawsze, gdy pojawiałam się wśród innych.
— Ktoś coś proponuje? — zapytał Jared, chowając telefon do kieszeni.
Musiał dostać jakąś wiadomość lub ją komuś wysłać.
Przez chwilę zastanowiłam się, gdzie może być moja komórka, ale w końcu stwierdziłam, że została prawdopodobnie w pokoju, schowana pod materacem łóżka.
— Ja proponuję... — odezwałam się, lecz nie dane mi było się wypowiedzieć do końca.
— Oczywiście, któż by inny — prychnął James.
Dylan kiwnął głową na znak, abym kontynuowała. Miał rację, nie powinnam się tak przejmować każdym słowem wypowiedzianym przez Jamesa.
— Proponuję, aby wydać oświadczenie, w którym przedstawiona zostanie sprawa mordercy i seryjnych zabójstw. — Po spojrzeniu na słuchaczy i stwierdzeniu, że każdy mniej lub chętniej mnie słucha, kontynuowałam wypowiedź. — Zaproponujecie mordercy pewien warunek; jeśli przyzna się do winy, kara będzie mniej sroga. Jeśli się nie przyzna, a zostanie znaleziony, czeka go śmierć. — Zebrani spojrzeli po sobie.
— Nie zamierzamy nikogo zabijać.
— Tak właśnie działają na górze. Liczyliście na coś bardziej ambitnego z jej strony? — skomentował James.
— Nie skończyłam — przerwałam im dalszą dyskusję. — Nie wiemy z kim mamy do czynienia. Morderca może się przestraszy i chcąc uniknąć kary śmierci, przyzna się. Jeśli nie, to prawdopodobnie chociaż się przestraszy i zaprzestanie działań, przynajmniej na jakiś czas i może uda nam się go złapać nim zabije następną osobę — wyjaśniłam. — Nie zamierzamy nikogo zabijać, ale oni o tym nie wiedzą.
Zapadła cisza. Tylko Dayo pokiwał głową na znak, że plan mógłby zadziałać.
— Nie wiadomo czy morderca postąpi według którejś z tych opcji — zauważył Jared.
— Racja, ale tego nie wiemy. Na dodatek ludzie może staną się ostrożniejsi. Może też ktoś coś wie i sypnie informacjami — zasugerowałam.
— To nie jest zły plan. W każdym razie, lepszego nie mamy — stwierdził Dylan.
— Oczywiście, słuchajmy jej. — James wskazał na mnie. — Niech poczuje, że ma choć trochę władzy i skończy z każdym z nas, po kolei.
— Czy mógłbyś się w końcu uspokoić? — zwrócił się do niego poirytowany Dylan.
Prawdopodobnie już każdy tutaj miał dość Jamesa i jego ciągłego napadania na moją osobę.
— Staram się ją pilnować. — Dylan przewrócił oczami, a ja cicho westchnęłam.
— Odkąd wróciłeś, zachowujesz się dziwniej niż zwykle. Wygląda jakbyś się bał Melanie.
Spojrzałam na Dylana i pokręciłam głową. Nie powinien go teraz prowokować.
Na szczęście sytuację uratował Seth, który wpadł na korytarz tak szczęśliwy, jakby zgarnął dwie dodatkowe porcje gulaszu.
— Coś wam upadło — stwierdził beztrosko, wskazując na trupa.
Dylan wraz z Dayo parsknęli pod nosem cichym śmiechem.
Seth podszedł bliżej zwłok, by po chwili przy nich ukucnąć. Każdy z nich, nawet Kaya, zachowywali się przy martwym ciele tak swobodnie, jakby była to kubka śmieci, nic więcej. Było to na swój sposób przerażające. Ile już trupów musieli widzieć, że udało im się nawet do nich przywyknąć?
— A mama mówiła żeby nie bawić się zapałkami — zażartował. — Nie, chwila, nie mówiła.
Dylan postukał się w czoło, by pokazać przyjacielowi, jak głupie jest to, co mówi. Seth natomiast nadal się uśmiechał. Zaczynałam podejrzewać, że rzeczywiście zgarnął dodatkową porcję jedzenia.
Zastanawiałam się, jak długo mają zamiar tu stać i obradować nad leżącym na ziemi trupem, który miał wypalone pół twarzy. Byłam pewna, że niebawem zacznie śmierdzieć.
Dayo chyba zauważył moją zniesmaczoną minę skierowaną w kierunku zwłok.
— Zabierzemy go do kostnicy. Niech zrobią dokładnie oględziny.
Wszyscy się na to zgodzili.
Gdy trup był już przykryty jasnym płótnem na noszach, cały korytarz nagle się zatrząsł, a zewsząd dochodził głuchy, głośny huk. Po kilku sekundach znów się powtórzyło, światła zamigotały. Musiałam przytrzymać się ściany, by nie stracić równowagi.
— Bomby. Ktoś zrzuca na nas bomby! — krzyknął Dylan. — Trzeba szybko sprawdzić monitoring, nim go doszczętnie rozwalą!
— Dayo, Seth idzie do węzła i pokierujcie ludzi do schronów! — wydał rozkaz James.
Każdy po kolei zaczął wybiegać z korytarza. Ogarnęła mnie panika. Wszystko mogło się na nas zaraz zawalić i pogrzebując nas na wieki. Nasz dom stanie się naszym grobem.
Dopiero w obliczu zagrożenia pomyślałam o tym miejscu jak o domu. Doskonale wiedziałam, że jeśli zniszczą bazę, ona oraz tysiące ludzi nie będą miały gdzie się podziać, jeśli przeżyją.
Nie mogła stać i bezczynnie się temu przyglądać.
Wyminęłam ciało, które zostało porzucone na ziemi i pobiegłam za resztą. Nie pozwolę swojej matce zniszczyć tego, co budowali ludzie przez dziesiątki lat. Nie dam zniszczyć szansy na ich wolność.
Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com