38
Przeciskanie się przez tłum, który wyległ na korytarze, sprawiło mi nie małą trudność. Ludzie mnie blokowali, co skutkowało spowolnieniem mojego tempa.
Wstrząsy, które spowodowane były nieustannym bombardowaniem, także nie pomagały.
Mogłam przynajmniej stwierdzić, że choć raz, nikt nie spogląda na mnie wrogim sposobem. Teraz wszyscy byliśmy towarzyszami niedoli. Każdy z nas znajdował się tu, pod ziemią i jedyne co mogliśmy zrobić, to się ukryć i błagać o przetrwanie.
W końcu, choć wydawało mi się, że trwało to wieki, dotarłam do biura.
Wewnątrz panował istny gwar, każdy każdego przekrzykiwał. Dylan z Jamesem stali przy monitoringu i zacięcie się kłócili. Luke i Jared żwawo o czymś dyskutowali, co jakiś czas wskazując na ekrany. Seth po prostu krążył podenerwowany, co kilka minut krzycząc na wszystkich, żeby się zamknęli.
W końcu Dylan nakazał mu udać się do skrzydła szpitalnego i sprawdzić jak ma się stan rannych. Chłopak zrobił to niechętnie. Sama stałam niezauważona, przyglądając się całej sytuacji. Nie mogłam stwierdzić jak się czułam. Czułam dziwną pustkę, nie byłam ani zła ani przerażona. Możliwe, że tą pustką była bezradność.
Gdybym mogła coś zrobić.
Właśnie, przecież chodziło o mnie. To ja sprowadziłam ludzi matki na bazę. Gdybym nie zgodziła się pomóc Dylanowi, żadna z tych rzeczy nie miałaby miejsca. Powinnam to naprawić, nikt inny nie będzie w stanie nic zrobić. Pozostanie im tylko siedzieć i czekać aż ataki ustaną.
— Dylan — zwróciłam się do nieg, ale nawet nie spojrzał w moim kierunku. — Dylan — powtórzyłam.
Nadal brak reakcji.
— Dylan! — krzyknęłam.
Wszystkie cztery pary oczu spojrzały w moim kierunku.
— Nie mam czasu, Melanie — warknął.
— Pójdę tam.
— Zwariowałaś!?
— Kiedy będą mieć mnie, dadzą spokój.
— Tam u góry zrzucają bomby! Zmiotą cię w drobny mak! — krzyknął.
— Chętnie wesprę ten lekkomyślny akt samobójczy — oznajmił chętnie James. — Zaprowadzę cię do wyjścia.
Już ruszył w moim kierunku, ale Dylan szybkim ruchem złapał go za ramię.
— Ona nigdzie nie pójdzie.
Ziemia się zatrzęsła, światła zgasły, by ponownie rozjaśnić pomieszczenie kilka sekund później.
— Dziewczyna wreszcie chce zrobić coś pożytecznego, co wyjdzie nam wszystkim na dobre, a ty jej zabraniasz? — oburzył się James.
— Nie będziemy nikogo poświęcać. Usiądź — wskazał na krzesło obok biurka — i nie przeszkadzaj.
Zdenerwował mnie.
Myślał, że tylko on jest w stanie coś zaradzić. Prawda była taka, że on nie mógł w tej sprawie nic. Skoro nie chciał nikogo poświęcać, to nie wyśle ludzi na powierzchnię aby odparli atak.
Jeśli jego planem były kłótnie i czekanie aż bombardowanie ustanie albo co gorsza, aż tunele się zawalą, to nie mogłam bezczynnie się temu przyglądać.
Ci wszyscy ludzie nie zasłużyli na taki los, na pogrzebanie pod ziemią, jak szczury.
Kiedyś musi się to skończyć i ktoś musi zapoczątkować rewolucję, która uwolni wszystkich ludzi.
Jeśli miałam być to ja, w porządku, zrobię to.
— Nie — odpowiedziałam. Odwróciłam się na pięcie i opuściłam biuro.
Zamierzałam odnaleźć kogoś, kto doprowadziłby mnie do wyjścia. Jeśli nikt się nie zgodzi, sama to zrobię.
Wiedziałam, że jedno z wyjść umiejscowione było nieopodal martwego chłopaka. Drugie wyjście znajdowało w pracowni Jareda, ale tam potrzebny był klucz i kod.
Tłum na korytarzach już przerzedł. Miałam tylko nieliczne grupki, które spanikowane biegły w kierunku schronów.
Zauważyłam, że wiele lamp zostało porozbijanych. Korytarze stały się ciemniejsze, z daleka było słychać wybuchy, ziemia lekko drżała.
Udało mi się zaczepić młodego chłopaka, ale spanikowany powiedział, że musi znaleźć rodzeństwo, więc nie byłam w stanie go dłużej zatrzymywać.
Podobnie było z innymi. Każdy kogoś szukał, każdy chciał znaleźć się jak najszybciej w schronie. Pozostało szukać wyjścia na własną rękę.
Kiedy wchodziłam w najciemniejszą część korytarza, ktoś chwycił mnie za ramię. Serce zatłukło mi się ze strachu.
Spojrzałam przez ramię i w bladym świetle ujrzałam twarz Jamesa.
— Pomogę ci wyjść. I tak nie znasz kodów, więc nic nie zdziałasz — mruknął, choć w jego głosie słyszałam strach. Przytaknęłam.
Nie wiedziałam jak mam się zachowywać. To była pierwsza, w miarę normalna rozmowa, którą dane mi było z nim przeprowadzić. Przynajmniej nikt nikogo nie obwiniał i nie rzucał wyzwiskami.
— Najpierw udamy się do zbrojowni. Chętnie puściłbym cię tak jak stoisz, nadal to ciągle kuszące, ale Dylan zabiłby mnie na miejscu.
Zastanowiła mnie jego postawa. Chciał się mnie po prostu pozbyć czy może naprawdę wierzył w to, że może mi się udać. Na pewno nie była to bezinteresowna pomoc. To nie w stylu Jamesa. Zawsze musi wyciągnąć ze swoich działań jakiekolwiek korzyści.
Zmieniliśmy kierunek na przeciwny.
Niecodziennie szło się z wrogiem ramię w ramię, więc trudno było nawyknąć do tego uczucia.
Miałam natomiast pewność że był to jedyny, pierwszy i ostatni raz, spowodowany kryzysową sytuacją.
— Dylan jednak zmądrzał i się zgodził?
— Skądże! Nie jest ani w połowie tak inteligentny jak ja — prychnął. — Wymknąłem się pod pretekstem znalezienia Dayo, który miałby cię pilnować.
— I on w to uwierzył?
— Oczywiście. Mówiłem, że jest głupi.
— Myślę raczej, że był zbyt zajęty wpatrywaniem się w te jeszcze działające ekrany.
— Jest głupi. — Obstawał przy swoim.
Gdy udało nam się dostać do zbrojowni, James wręczył mi kamizelkę kuloodporną, dwa naładowane pistolety i ku mojemu zdziwieniu, łuk.
Prawdopodobnie zauważył moje zaskoczenie.
— Uczysz się na nim strzelać, prawda?
— Tak, ale...
Przerwał mi.
— Skąd to wiem? Muszę wiedzieć o wszystkim, co się tu dzieje. Tak jakby tu rządzę. — Przewrócił oczami.
— Nie umiem się nim w pełni posługiwać.
— Więc musisz się szybko uczyć. — Uśmiechnął się fałszywie i wypchnął za drzwi.
W ręku trzymał kołczan ze strzałami i parę skórzanych rękawieczek bez palców, które zapobiegały otarciom od cięciwy.
Właz wyjściowy znajdował się na najwyższym poziomie.
Była to niewielka winda o kulistym kształcie, mogła pomieścić najwyżej dwie osoby. Aby nie wzbudzała w nikim klaustrofobii, była przeszklona. Pomimo to, nie wzbudzała we mnie zaufania. Szkło wydawało się kruche, mogło popękać, szczególnie przy wstrząsach.
A co jeśli zabraknie prądu i tam utknę?
Ręcę zaczęły mi drżeć. Tak naprawdę nie miałam planu.
Myślałam nad znalezieniem dowódcy, ówcześnie nie pozwalając się zabić. Stało przede mną nie lada wyzwanie.
Jeśli się nie uda, trudno. Nie miałam nic do stracenia. Szybko otrząsną się po mojej śmierci i przynajmniej nie będą nękani z mojego powodu.
Liczyło się to, że próbowałam coś zrobić.
A jeśli jednak uda mi się dotrzeć do dowódcy? Poproszę o zaprzestanie bombardowania i o niezwłoczne skontaktowanie się z matką.
Powinni się na to zgodzić.
— Wyjedziesz za ołtarzem w kościele. Będziesz jakieś dwieście metrów od głównego pola walki — wyjaśnił James. — Zajdziesz ich od tyłu, więc nie powinni cię szybko zauważyć.
Pokiwałam głową na znak zrozumienia. Nie potrafiłam mówić, strach ściskał mnie boleśnie za gardło. Weszłam do kapsuły. Gdy drzwi się zamknęły miałam ochotę walić w nie pięściami i błagać o uwolnienie.
Nie poczyniłam natomiast żadnego kroku. Stałam jak słup soli.
James zaczął wstukiwać kod na panelu. Wtedy też na korytarz wpadł Dylan.
Krzyczał coś do Jamesa wskazując w moim kierunku. Niestety ściany windy wygłuszały dźwięki dochodzące z zewnątrz.
Kiedy winda drgnęła w górę, posłałam mu krótki blady uśmiech.
Potem straciłam go z oczu.
Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com