Chào các bạn! Truyen4U chính thức đã quay trở lại rồi đây!^^. Mong các bạn tiếp tục ủng hộ truy cập tên miền Truyen4U.Com này nhé! Mãi yêu... ♥

39

      Gdy moja noga stanęła w ciemnym, zagruzowanym budynku, a drzwi za mną zamknęły się z cichym trzaskiem, wiedziałam, że nie było już odwrotu.

Nie znałam kodu, który mógłby pozwolić wrócić mi z powrotem. Ściskając w dłoni łuk, spojrzałam na urządzenie z lekko podświetloną klawiaturą.

Nie mogłam już tam wrócić.

Ścisnęło mnie w żołądku. Nie potrafiłam zmusić się do zrobienia kolejnego kroku. Teraz wyraźnie słyszałam wybuchy i spadający w różne miejsca gruz.

Byłam sama, a na zewnątrz czekało prawdopodobnie kilkadziesiąt lub więcej, strażniczek.

Porwała się z motyką na słońce.

Moim jedynym planem było nie dać się zabić, by dotrzeć w całości do matki, o ile tu jest lub do głównodowodzącej. Udało mi się wziąć kilka głębokich wdechów oraz zmusić do wyjścia zza ołtarza. Gdy znalazłam się na środku budynku, zrobiło się jaśniej. Ławki były zniszczone i porozrzucane. Wszędzie leżał gruz, z konstrukcji wystawały druty. Ściany, na których dało się zauważyć wyblakłe freski, były popękane. Miałam wrażenie, że cała budowla zwali się mi na głowę.

Gdy w pobliżu wybuchła kolejna bomba, pył i drobne odłamki, wpadły przez okna pozbawione szyb. Nie potrafiłam stwierdzić czy wypadły one już dużo wcześniej, czy może w wyniku niedawnych eksplozji.

W mozolnym tempie ruszyłam do wyjścia.

Na początek musiałam zorientować się w jakiej odległości od wojska się znajdowałam. Musiałam też szybko przeanalizować czy lepiej użyć łuku czy pistoletu. Pistolety były szybsze, ale robiły hałas, więc natychmiastowo zdradziłyby moją pozycję. Nałożyłam więc strzałę na łuk i palcami szybko przeliczyłam pozostałe strzały. Trzydzieści, w drugim kołczanie było tyle samo, co dawało mi sześćdziesiąt.

Jeśli trafiłabym za każdym razem, miałabym szerokie pole do popisu.

Na lekcjach z Dayo udało mi się opanować technikę i szybkość nakładania strzał, niestety z celnością było gorzej.

Pchnęłam duże, podwójne drewniane wrota. Pierwsze co zobaczyłam, to pył, który był wszędzie, co ograniczało widoczność. Nie mogąc dostrzec strażniczek okrążyłam kościół. Wtedy moim oczom ukazało się istne piekło.

Na placu, gdzie niegdyś znajdowało się wyjście były tylko gruzy. Nawet jeśli nie było już czego bombardować, zrzucono kolejną bombę. Ponownie skryłam się za murem kościoła. Ówcześnie zdążyłam naliczyć dwadzieścia strażniczek oraz cztery wozy, w odległości nie większej jak dwieście metrów, tak jak mówił James. Każda z nich była uzbrojona po uszy i jedynie moja ostrożność i umiejętność cichego poruszania się, co zauważył Dylan wraz z Dayo, mogły mnie uratować.

Zanim zaczęłam natarcie, musiałam zorientować się, gdzie znajduje się mój cel.

Początkowo planowałam dać się złapać, ale uświadomiłam sobie, że widząc uzbrojoną osobę zaczną strzelać bez najmniejszego zastanowienia. Mogłam również udać się tam bez broni i oddać na pożarcie wilkom, ale tu także nie miałam pewności czy nie zareagują ogniem.

Jednym słowem, każdy mój ruch mógł skończyć się moją śmiercią.

Wychyliłam się na moment, by ocenić sytuację.

Dwie strażniczki, które prawdopodobnie pilnowały tyłów były najbardziej wysunięte w moją stronę. Oszacowałam, że nałożenie, naciągnięcie łuku i strzał zajmują mi średnio trzy sekundy. Jeśli uda mi się trafić za pierwszym razem, zlikwidowałabym je obie, nim ta druga by się zorientowała.

Z resztą muszę działać bardzo szybko, ponieważ zauważenie dwóch martwych strażniczek nie zajmie im zbyt długo. W między czasie musiałam zorientować się także gdzie znajduje się dowództwo.

Będąc już gotową do działania i pogodzoną z własnym losem, przywołałam obraz Dylan. Wściekłego, ale także niesamowicie przerażonego chłopaka, młodego chłopaka, na którego barkach spoczywała zbyt duża odpowiedzialność.

Ogarnęło mnie przerażenie, że być może zechce znów mi pomóc. Pojawi się jak bohater, którym stara się być dla każdego i wybawi mnie z opresji narażając własne życie. Nie mogłam na to pozwolić. Ja musiałam znaleźć się tam, gdzie mogłam coś zrobić. On natomiast musiał zająć się ludźmi, którzy zostali na dole.

Wszystko co robił i co robię od niedługiego czasu ja, jest właśnie dla nich. Nie mogę więc zmarnować szansy i postarać się, by moje trudy, spowodowane dostaniem się tu, nie poszły na marne.

Wychodząc zza muru nakierowałam łuk na jedną ze strażniczek. Strzała trafiła ją w gardło, więc nawet nie mogła wydać ostrzegawczego krzyku. Nim zdążyła runąć na ziemię, nałożyłam już drugą strzałę. Gdy ciało z uderzyło całą siłą o podłoże, kolejna strzała wbiła się w pierś jej towarzyszki.

Nie miałam czasu nad zastanowieniem się nad tym, że właśnie zabiłam dwoje ludzi. Musiałam jak najszybciej schować się za część muru, która została częściowo nietknięta przez bomby.

W trakcie biegu nałożyłam kolejną strzałę, która o mało nie wyślizgnęła się z moich palców przez trzęsące się dłonie. Przylgnęłam plecami do brudnego muru. Kołczany nie pozwalały mi na zrobienie tego dokładnie, więc musiałam odsunąć się dalej od krawędzi, by pozostać niezauważoną.

Tym razem miałam do zlikwidowania większą grupę. Pięciu strażniczek nie mogłam pozbyć już się tak łatwo.

Po za tym znajdowały się o wiele bliżej od większej grupy.

Za pierwszym razem nie trafiłam. Strzała przeleciała ze świstem obok głowy jednej ze strażniczek, co spowodowało poruszenie.

Spróbowałam ponownie.

Udało mi się trafić w strażniczkę, która zaczęła odwracać się w moim kierunku. Nie mogłam pozwolić, aby mnie zauważyły.

Przy strzelaniu z łuku mogłam zostać ukryta za murem tylko częściowo.

Przy kolejnych strzałach spudłowałam tylko raz, czego prawie nie przepłaciłam życiem, ponieważ strażniczka zdążyła mnie zauważyć i wyciągnąć broń.

W odległości pięćdziesięciu metrów dostrzegłam jedną ze strażniczek, która na masce samochodu miała rozłożony sprzęt. Domyśliłam się, że musiał być to dowódca.

Obok kobiety znajdowały się jeszcze trzy strażniczki.

Z bronią w gotowości spoglądały w stronę ciał, rozglądając się równocześnie za winowajcą.

Przerzuciłam łuk przez ramię dołączając go do kołczanów. Obawiałam się, że tym razem na nic się nie zda.

Wyciągnęłam pistolety i załadowałam magazynki. Teraz mogłam liczyć wyłącznie na własne szczęście, ponieważ musiałam nawiązać rozmowę.

Ponownie oparłam się o ścianę, biorąc głębokie oddechy.

Broń ciążyła mi niemiłosiernie.

Zaczynałam uświadamiać sobie, że z zimną krwią zamordowałam siedem osób. Nie chciałam stać się taka. Nie chciałam zabijać. Lecz dzisiejsza sytuacja dobitnie uświadomiła mi, że to nie są gierki. Właśnie rozpoczęła się wojna, dopiero teraz odczułam to na własnej skórze.

Z wyciągniętymi przed siebie pistoletami wyłoniłam się zza muru.

— Zdaje się, że to mnie szukacie! — krzyknęłam w ich kierunku. Strażniczki nakierowały na mnie swoją broń, były gotowe do zadania śmiertelnego ciosu.

— Nie strzelać! — rozkazała kobieta, którą wzięłam za dowódcę.

Osoba mojej płci ubrana w strój bojowy schowała broń za pasek spodni.

— Córeczko, mogę poświadczyć, że jesteś ostatnią osobą, którą miałam w planach teraz znaleźć.

Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com