5
Siedziałam w dużym holu, utrzymanym w stonowanych barwach. Taki już był kodeks. Jaskrawe kolory mogły dominować tylko i wyłącznie w miejscach, które wiązały się z rozrywką i na prywatnej przestrzeni. Musiałyśmy mieć szacunek do tego, co jest dla nas najważniejsze - prawa. Jeśli czyjś dom znajdował się zbyt blisko budynków rządowych, również należało uważać na wystrój zewnętrzny.
Założyłam wysokie białe szpilki i niebieską sukienkę. Chciałam choć trochę mniej wyróżniać się z tłumu, ale wiedziałam, że mało się postarałam. Nie byłam w stanie przystosować się do istniejącej mody.
Nerwowo przekładałam nogi, co chwilę czując na sobie czyjś wzrok, co nie było ani trochę komfortowe. Niby przywykłam do tego, że cały czas byłam pod bacznym okiem, obywateli naszego kraju, ale w takich małych miejscach nasilało się to bardziej, niż na publicznych wystąpieniach.
Zdecydowanie można było mnie zaliczyć do nieudaczników. Moja mama na pewno wolałaby mieć taką córkę jak Lizzy, która dawała przykład swoim wyglądem, a także zachowaniem. Kilka razy próbowałam się zmienić, ale za każdym razem skutek był katastrofalny. Udało mi się wytrzymać zaledwie kilka godzin w jednej z tych dziwacznych sukienek i kilogramami makijażu na twarzy. Oczywiście, nie uszło mojej uwadze, że podczas tych najdłuższych godzin w moim życiu, moja matka była niezmiernie zadowolona. Zapewne miała nadzieje, że w końcu postanowiłam wziąć się w garść. Jak wielkie było jej rozczarowanie, gdy następnego dnia zobaczyła mnie w zwykłych dżinsach i białej koszuli. Jedynie moje włosy jakiś czas pozostały bordowe, ale nie na długo.
Znów poprawiłam się na krześle. Siedziałam w kolejce już przeklęte dwie godziny. Ile czasu można analizować kilka kartek papieru? Cieszyłam się, że przede mną były zaledwie cztery osoby, za to współczułam kobiecie, która była ostatnia w kolejce, bo na oko znajdowało się przed nią trzydzieści osób. W trakcie rozglądania się, mój wzrok napotkał błękitne tęczówki młodej dziewczyny, która mi się przyglądała. Dałabym sobie głowę uciąć, że ją już gdzieś widziałam, ale nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie. Odwróciła wzrok, gdy ktoś otworzył biuro, a ona podniosła się z miejsca, by zniknąć za mahoniowymi drzwiami. Zdążyłam jej się przyjrzeć. Miała zielone - neonowe włosy, bladą karnację, długie zgrabne nogi, wąską talię, a całość zwieńczyła żółta, asymetryczna sukienka, która od pasa w dół wykonana była w całości z piór. Kobieta zdecydowanie była piękna i zdawała sobie z tego sprawę. Gdybym tylko potrafiła taka być.
Pokręciłam głową, odrzucając złe myśli. Rozmyślałam nad takimi rzeczami, a tak naprawdę byłam tu tylko dlatego, że chciałam pomóc jakiemuś mężczyźnie, który nie koniecznie mógł mieć dobre zamiary. Im dłużej tutaj siedziałam, tym bardziej wątpiłam w cały ten plan i jego powodzenie. Rozsądek nakazywał opuścić urząd jak najszybciej i najlepiej pozbyć się Dylana raz na zawsze. Planowałam właśnie bardzo poważne przestępstwo.
Po kolejnych trzydziestu minutach, w końcu nadeszła moja kolej. Dziewczyna o zielonych włosach po opuszczeniu gabinetu nie zaszczyciła mnie już ani jednym spojrzeniem. Pewnie przyglądała mi się tylko i wyłącznie dla tego, iż mnie poznała lub zainteresował ją mój wygląd. Przekroczyłam próg przestronnego gabinetu, w którym znajdowały się trzy biurka, a za każdym z nich siedziała kobieta w średnim wieku. Ich wygląd był zgodny ze standardami obowiązującymi urzędników, czyli szaro-białe uniformy składające się z wąskiej, szarej spódnicy i białej bluzki z bufiastymi rękawami. Jedynie włosy nie odróżniały się niczym od tych, które miała każda kobieta zamieszkująca to miasto.
— Dzień dobry — przywitałam się kulturalnie.
— Witam panią. Czy zechce się pani czegoś napić? — och, czyli dlatego te kobiety przesiadywały tu godzinami.
— Nie, dziękuję. Zależy mi na jak najszybszym załatwieniu sprawy. — powiedziałam do kobiety, zajmującej środkowe biurko.
Miała fiołkowe, kręcone, sięgające do ramion, włosy.
— Więc zapraszam. — wskazała ręką na krzesło, znajdujące się po drugiej stronie biurka.
— Jak się pani nazywa? — zapytała, wystukując coś na komputerze.
— Melanie Bencard.
Kobieta uniosła wzrok, przyglądając mi się dokładniej.
— Faktycznie, jak mogłam panienki nie poznać! Przepraszam za moje zachowanie. — gołym okiem było widać, że czuła się głupio.
— Nic nie szkodzi. — uśmiechnęłam się. — Naprawdę. — dodałam, widząc niepewny wzrok kobiety.
— Pokiwała głową, po czym zabrała się z powrotem do pracy. Kliknęła jeszcze kilka razy w klawiaturę, która była wyświetlona na blacie biurka. Chwilę potem winda z papierami zaczęła się poruszać. Gdy się zatrzymała, Yvona, bo takie imię widniało na przyczepionej do bluzki kobiety plakietce, podniosła się, by wyciągnąć niewielką teczkę w kolorze kości słoniowej.
— Numer 517 — powiedziała, odczytując numer mojej teczki.
Otworzyła ją i zaczęła wertować kartki. Po znalezieniu tego, czego szukała, odłożyła zbędne papiery na bok, pozostawiając cztery kartki, które uważnie studiowała wzrokiem.
— Dziwne. — oznajmiła, marszcząc brwi.
Spojrzałam na nią zaniepokojona. Czy coś było nie tak? Co, jeśli nie wydadzą mi pozwolenia?
— Coś się stało? — starałam się, aby mój głos brzmiał normalnie.
Nie chciałam, aby wykryli moje zdenerwowanie.
— Nie mam podanego nazwiska pani Wybranego.
Ponownie otworzyła teczkę i zaczęła wertować kolejne kartki.
— Cóż, najwidoczniej to nasze przeoczenie, ale wszystko powinno być w komputerze. — zamilkła na moment. — O, jest! O'Connor. — uśmiechnęła się zwycięsko, po czym zapisała je na kartce.
— Jak długo potrwa wyrabianie papieru? — zapytałam, niby od niechcenia.
— Do trzech tygodni. Mamy masę zgłoszeń, ciężko jest się nam przez to przekopać.
— A nie dałoby się tego jakoś przyspieszyć? — dopytwałam, przygryzając wargę.
— Dla pani? Nie będzie żadnego problemu.
Z ulgą na sercu pożegnałam się z urzędniczkami i opuściłam budynek.
Godzinę później byłam już w domu. Dylan wpadł na korytarz, niczym strzała. Udało nam się pozbyć strażniczek z wnętrza domu, lecz straż z zewnątrz została podwojona. Moja matka była naprawdę ostrożna.
— Masz? — zapytał zniecierpliwiony.
Widać, że nie mógł się doczekać mojego powrotu.
Pomachałam mu kartką przed nosem.
— Całe szczęście. — wyrwał mi ją z dłoni, po czym zaczął ją dokładnie czytać. — Wszystko się zgadza, oprócz nazwiska.
Zmarszczyłam brwi.
— To nie jest twoje nazwisko?
— Chyba nie myślałaś, że w waszych aktach będą widniały moje prawdziwe dane? — uniósł kpiąco brew. — Miałem ci powiedzieć kim jestem, jak tylko zdobędziesz pozwolenie, więc potwierdzam twoje przypuszczenia.
— Wiedziałam. — bąknęłam pod nosem. — Skoro jesteś buntownikiem, to jakim cudem znalazłeś się na wyborze? — zaciekawiłam się.
— No nie wiem, może od początku chciałem się dostać do tego domu? — podrapał się po brodzie, a ja wytrzeszczyłam na niego oczy.
Było to dość przerażające. Jeśli mówił prawdę, musiał mieć w tym jakiś konkretny interes i wcale mi się to nie podobało. Całkiem możliwe, że użył mnie jako pionka, a ja naiwnie dałam się wykorzystać. Choć nie było to niczym nowym.
— Albo byłem szpiegiem, którego złapano. — zbił mnie z tropu kolejną wypowiedzią. — Powodów może być wiele, ale ty niekoniecznie musisz o nich wiedzieć.
— Pomagam ci. — przypomniałam.
— Tak, ale obiecałem powiedzieć ci kim jestem, a nie jak się tu znalazłem. Umowa to umowa.
Cholera, mogłam dokładniej sformułować mój warunek.
— A jak brzmi twoje prawdziwe nazwisko? — być może chociaż tego uda mi się dowiedzieć.
— Kochanie, nadal jesteśmy wrogami, nie zdradzę ci zbyt wielu informacji, a zwłaszcza tak cennych. Nie wiem, kiedy będziesz mogła to wykorzystać przeciwko mnie. — Chłopak swoją postawą zaczynał działać mi na nerwy.
Gdy tylko dostał to, czego chciał, od razu zrzucił maskę milutkiego i pokrzywdzonego przez los. Dałam się podejść jak mała dziewczynka. Byłam głupia, tylko tak mogłam to ująć.
— Może powiesz mi przynajmniej, do czego było ci potrzebne to pozwolenie? — powiedziałam mniej przyjemnie.
— Czas na dalszą część mojego planu. — z tymi słowami i chytrym uśmieszkiem, odwrócił się i odszedł.
O nie, ze mną nie mogło być tak łatwo. Musiałam mu udowodnić, że nie trafił na naiwniaczkę – pomyślałam w tamtej chwili.
Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com