Chào các bạn! Truyen4U chính thức đã quay trở lại rồi đây!^^. Mong các bạn tiếp tục ủng hộ truy cập tên miền Truyen4U.Com này nhé! Mãi yêu... ♥

7

      Były dwa główne problemy, które musiałem rozwiązać jak najszybciej. Po pierwsze, znaleźć mordercę. Po drugie, nakłonić Jareda do rozmowy z Marią. Żadna z tych rzeczy nie była prosta. Mężczyzna zapierał się rękami i nogami, choć dane mu było zobaczyć na własne oczy, jak miewa się jedna z jego córek. Uważałem go za inteligentnego człowieka, który jest w stanie pokonać uprzedzenie do drugiej z nich, aby pomóc Melanie. Nie potrafiłem zrozumieć jego zachowania. Nawet Luke nie zdołał go przekonać.

Ceniłem Jareda, ale chętnie przyłożyłbym mu pistolet do skroni i zaprowadził do celi Marii. Byłem temu bliski.

Bezradność rozdzierała mnie wewnętrznie. Chciałem, aby Melanie była już tutaj, bezpieczna. Nie potrafiłem znieść myśli, że działo jej się coś złego. Nadal przed oczami miałem obraz jej skatowanego ciała. Cudem nie uzewnętrzniałem swojej złości, ale to również miało się skończyć niedługo.

Byłem na skraju. Jeszcze kilka dni bezczynności i byłem gotów sam wyruszyć na poszukiwania. Nie zwracałem uwagi na konsekwencje. Doskonale rozumiałem, że mogła być to pułapka, ale nie mogłem jej tak zostawić. Nie wyobrażałem sobie, że już nigdy nie mógłbym jej zobaczyć, dotknąć.

Zabawne, że właśnie w takiej sytuacji uświadomiłem sobie ogrom uczuć, jakie do niej żywiłem. Zaśmiałem się sam do siebie i rzuciłem nożem, który wbił się w oparcie drewnianego krzesła w moim gabinecie.

Musiałem ją znaleźć, choćbym miał zginąć. Liczyło się tylko to, abym zobaczył ją choć jeszcze raz i wiedział, że jest bezpieczna.

Cała ta sytuacja wpłynęła również na sprawę morderstw, które chwilowo znikły. Nie sądziłem, że mogło trwać to długo. Morderca wróci, a ja nie mogłem pozwolić, aby nadal ginęli bezbronni ludzie, szczególnie w miejscu, które powinno być dla nich bezpieczne.

Tu również czułem się bezradny. Wariowałem. Nie mogłem zrobić nic, tylko czekać. A była to najgorsza z możliwych opcji. Nienawidziłem siedzieć z założonymi rękami. Czułem wtedy jakbym zawodził sam siebie, postawione sobie cele, a także ojca Jamesa, który powierzył nam to miejsce, wszystkich ludzi i przyszłość całej ludzkości.

A ja? Po prostu siedziałem pod ziemią nie wiedząc już, co robić.

Drzwi do gabinetu otworzyły się. W nich stanął Luke.

— Próbowałem znów rozmawiać z tatą — oświadczył, wchodząc do środka.

— Coś z tego wyszło?

Pokręcił głową, a ja przekląłem.

— Nawet się nie odezwał.

— Nie rozumiem, sam chciał sprowadzić tu Melanie gdy była jeszcze dzieckiem, a teraz nie chce jej pomóc?

Luke wzruszył bezradnie ramionami.

Rzuciłem kolejnym nożem w krzesło.

Miałem tego dość. Byłem gotów zrobić coś Jaredowi.

— Tobie nic nie powiedziała?

Znów pokręcił głową.

Przeklęta Maria! Przeklęty Jared! Przeklęty ja, który nie potrafiłem powstrzymać Melanie. I przeklęta ona, ponieważ zawsze chciała wszystkich ratować, bez względu na konsekwencje.

Dlaczego musiałem trafić w jej ręce? Dlaczego wszystko musiało się tak skomplikować? Dlaczego musiałem pokochać właśnie ją? Cholera.

— Dokąd idziesz? — zapytał Luke, gdy nagle wyszedłem z gabinetu.

— Do Rose, a później do Marii.

Szedłem przez korytarz mijając ludzi, którzy uważnie mi się przyglądali. Ostatnio rzadko można było mnie zobaczyć gdzieś indziej niż w gabinecie.

— Co tak właściwie zamierzasz zrobić?

Chłopak usiłował zrównać się ze mną krokiem.

— To czego twój ojciec nie potrafi. Pomóc Melanie — warknąłem.

— W jaki sposób? Chyba nie zamierzasz tam jechać, doskonale wiesz, jak to wyglądało w wypadku Marii.

Zatrzymałem się na moment.

— Chcę negocjować z Marią, tylko Rosie musi jej najpierw podać leki uspokajające.

Luke spojrzał na mnie z rezygnacją. Miał spojrzenie Jareda. W jego oczach zawsze widać było rozsądek i inteligencję. Szkoda, że tego rozsądku nie mogli przekazać Melanie, bo ona najwidoczniej wcale go nie miała. Posiadała za to dobre serce. Zbyt miękkie, jak na zaistniałe czasy. Pomimo tego nadal była silna i uparta. Tylko to pozwoliło jej tak długo przetrwać.

— Ona nic ci nie powie. Nie rób sobie nadziei.

Zignorowałem jego słowa i udałem się do Rose. Byłem pewien, że tym razem się uda. Miałem dla niej propozycje nie do odrzucenia.

Po dotarciu do skrzydła szpitalnego i odnalezieniu Rose, od razu przedstawiłem jej mój plan. Nie wydawała się być nim zachwycona, ale nie oczekiwałem tego od niej.

— Nie zrobię tego — stwierdziła w końcu.

— To rozkaz — warknąłem.

Bądź, co bądź nadal tu rządziłem.

Musiała podać te leki Marii, inaczej cały mój plan, jak i szansa na odzyskanie Melaniei pójdą w cholerę.

— Nie mogę podać jej tych leków. Ma zbyt osłabiony organizm, po tym będzie już jedną nogą w grobie.

Westchnąłem bezradnie. Może byłem zdesperowany, ale nie mogłem narażać życia Marii. Pomimo tego jaka jest teraz i co mi zrobiła, przez długi czas była moją podporą i kimś bliskim, a nie miałem wielu takich osób w swoim życiu.

Postanowiłem, że obiorę inną taktykę rozmowy z nią. Błagałem, aby poskutkowała.

Nie chciałem wchodzić znów do jej celi. Nie mogłem patrzeć na jej wychudzone ciało ani spoglądać w jej obłąkane oczy. Niestety, musiałem stawić temu czoła, tak jak wielu innym rzeczom.

Siedziała na łóżku i wpatrywała się w ścianę pustym wzrokiem. Zastanawiałem się, o czym ciągle myśli, będąc dzień i noc zamknięta samotnie w tych czterech ścianach.

Usiadłem obok, ale nie zwróciła na mnie uwagi. Nie wiem czy po prostu nie chciała, czy nawet nie zdawała sobie sprawy z mojej obecności. Wydawało mi się, że było z nią coraz gorzej.

— Maria, wiesz, dlaczego tu jestem — odezwałem się lecz nie uzyskałem reakcji. Postanowiłem więc kontynuować. — Wiem, że to wszystko jest dla ciebie trudne, ale możesz pomóc sobie i nam, jeśli na to pozwolisz. — Moja dłoń wylądowała na jej kolanie w opiekuńczym geście. — Powiedz mi, gdzie znajdziemy Melanie, żeby móc ją uratować. W telewizji pokazywali, co jej robią. Musimy jej pomóc. Wiesz, że to twoja siostra. Chcesz, żeby ją zabili? Chcesz pozwolić sobie na życie ze świadomością, że mogłaś jej pomóc, a tego nie zrobiłaś?

Po jej policzkach spłynęły dwie łzy, ale nadal uporczywie wpatrywała się w ścianę.

— Nie musisz tu siedzieć i być więźniem. Możesz znów z nami współpracować, być wolna. Jedyne czego od ciebie chcę, to informacja, gdzie znajdę twoją siostrę. Jeśli nadal mnie kochasz, to błagam, pomóż mi. — Kciukiem otarłem jej łzy z policzków.

— Przecież mu powiedziałam — wymamrotała, w końcu na mnie spoglądając.

— Komu powiedziałaś? Kiedy? — Zmarszczyłem brwi.

— Tacie.

Rozpłakała się na dobre i wpadła w moje ramiona. Nie miałem serca jej odtrącać, choć zaczęła narastać we mnie wściekłość.

Jared wiedział, ale milczał. Niech go cholera, straciliśmy tyle czasu. Nie wiadomo nawet w jakim stanie była aktualnie Melanie. Ostatnio nie wyglądało to dobrze.

— Maria, muszę teraz wyjść. — Odsunąłem ją.

Nie wydawała się tym faktem zadowolona. Niestety, nie miałem więcej czasu do stracenia. Wybiegłem z celi, by zaraz za drzwiami znów natknąć się na Luke'a.

— Odsuń się, muszę znaleźć Jareda. — Chciałem go wyminąć, ale zatrzymał mnie, chwytając za ramię.

— Nie ma go.

— Jak to go nie ma?! — zapytałem wściekle. Jared zawsze był, rzadko wychodził z bazy, szczególnie w takich okolicznościach.

— Miałem odwrócić twoją uwagę. Poszli po nią.

Zamurowało mnie. Nie rozumiałem, dlaczego zrobili wszystko za moimi plecami.

— Kto po nią poszedł?

— Seth, Dayo, Kaya i tata.

Prychnąłem. Niezła ekipa, zabiją się nim tam dotrą. Gdziekolwiek się udawali.

— Gdzie jest Melanie? — zapytałem już poważnie zdenerwowany.

— Nie powiedzieli mi. Nikomu nie powiedzieli.

Szczyt inteligencji! Gdyby coś się stało, nie wiadomo nawet gdzie ich szukać. Miałem już dość, a okazało się, że znów pozostawało mi tylko czekać.

Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com