Chào các bạn! Truyen4U chính thức đã quay trở lại rồi đây!^^. Mong các bạn tiếp tục ủng hộ truy cập tên miền Truyen4U.Com này nhé! Mãi yêu... ♥

8

      W sytuacji, w której nie miałam pojęcia gdzie jestem ani co się tak dokładnie ze mną dzieje, powinnam przejmować się dużo bardziej swoim położeniem. Natomiast po trzech dniach siedzenia w tej samej zamkniętej sali nie mogłam zrobić nic, oprócz narzekania na koszmarną nudę i wymyślania alternatywnych rozwiązań ucieczki z tego miejsca, które i tak nie miały racji bytu.

Co godzinę przychodziła do mnie ta sama kobieta, która już nawet nie starała się zbywać mnie zdawkowymi odpowiedziami. Sprawdzała tylko mój stan i wychodziła, kompletnie mnie ignorując.

Jedzenie dostawałam trzy razy dziennie. Nie było to nic specjalnego, małe porcje, które mogły zadowolić tylko dziecko, składające się głównie z chleba, kaszy i zup, które nie miały prawie żadnego smaku. Do każdego posiłku dostawałam również kubek wody. Pomimo tak małej ilości serwowanego mi jedzenia nie czułam potrzeby na nic ponad to. Możliwe, że mój żołądek przyzwyczaił się już do minimalnych ilości pożywienia. Nadal również nie uzyskałam odpowiedzi na dręczące mnie pytanie dotyczące stanu mojego zdrowia.

Ciągle milczeli również na pytania dotyczące zadziwiająco szybkiej regeneracji. Nie przypuszczam, że mogłabym być przez tak długi czas w śpiączce, że na skórze nie zostałby nawet jeden ślad po zadanych mi ranach. Znikły nawet wszelkie blizny, których nabawiłam się dużo wcześniej.

Zastanawiało mnie też, co czekało na mnie później. Nie przypuszczałam, że chcieliby mnie trzymać tutaj bez żadnego celu. Znałam już trochę moją matkę i wiedziałam, że prędzej czy później przyjdzie do mnie i wyłoży karty na stół. Pozostało mi czekać na ten moment, gapiąc się w ścianę. Można powiedzieć, iż stałam się już zawodowcem w tej dziedzinie.

Rozmyślałam również nad tym, co myślał o mnie w tej chwili Dylan. Być może stracił do mnie zaufanie lub stwierdził nawet, że go zdradziłam. Nie zdziwiłby mnie taki rozwój sytuacji, moje zachowanie było dwuznaczne. Wątpię również, że James, który pomógł mi w tamtym czasie wydostać się z podziemi, mógłby zechcieć postawić mnie w dobrym świetle. Zapewne wykorzystał sytuację i zmieszał mnie z błotem.

Przez cały ten czas odkąd zostałam pojmana, obwiniałam się za moją lekkomyślność. Wszystko, co zrobiłam było niepotrzebne i do niczego nie prowadziło. Udało mi się narobić tylko kłopotów i pozwolić się zamknąć w izolatce, po ówczesnym skatowaniu mojego ciała.

Owszem, chciałam dobrze, ale powinnam to lepiej przemyśleć. Dylan wiele razy mówił mi, że mojej matce na mnie nie zależy i nie jestem dla niej nikim ważnym. Dlatego też moja osoba nie była na tyle cennym łupem, którym można by dobić targu. Miałam jednak małą nadzieję, że udałoby mi się cokolwiek wskórać.

Rozmyślenia przerwał mi dźwięk otwieranych drzwi. Zdziwiłam się – stanowczo za wcześnie na rutynową wizytę. Moje zdziwienie wzrosło tym bardziej, gdy w drzwiach dostrzegłam dwie uzbrojone strażniczki. Między nimi stała obca mi kobieta, która szybko podeszła do mojego łóżka, zostawiając na nim kupkę nowych ubrań i parę sznurowanych butów, po czym równie sprawnie się wycofała. Przeniosłam wzrok z ubrań ponownie na strażniczki.

— Ubieraj się, nie mamy dużo czasu — rozkazała jedna z nich.

Nie widziałam powodu, aby się sprzeciwiać, ponieważ w końcu nastąpił jakikolwiek rozwój akcji. Jak duży? Tego jeszcze nie wiedziałam. Liczyło się to, że w końcu mogłam opuścić te cztery ściany.

Odpięłam aparaturę, ponieważ nikt inny, kto mógłby to zrobić, nie zjawił się.

Strażniczki stały w tym samym miejscu jak posągi, skutecznie zasłaniając mi drogę ucieczki. Jasne dla mnie było też, że nie mają zamiaru się odwrócić, gdy będę się przebierać. Nie miałam już z tym większego problemu, ponieważ przez jakiś czas musiałam załatwiać swoje potrzeby na oczach kamer.

Gdy tylko zmieniłam swoje ubranie na najzwyklejsze dżinsy, które swoją drogą nie były zbyt wygodne i luźną koszulkę, strażniczki rozsunęły się na boki, aby udostępnić mi drogę do wyjścia. Kiedy je wyminęłam ruszyły niemal zaraz za mną. Spokojnie mogłam poczuć ich ciepły oddech na karku. Nie musiały mną kierować, znajdowałyśmy się w małym korytarzu, który prowadził w jedną stronę.

Po parunastu metrach znaleźliśmy się, w dobrze znanym mi już laboratorium. Po szybkiej analizie otoczenia stwierdziłam, że nic się nie zmieniło i nadal pozostawała mi tylko jedna droga ucieczki, o ile w ogóle zdecydowałabym się podjąć jakąkolwiek próbę czmychnięcia stąd bez żadnej broni i planu. Jedyną rzeczą, a raczej osobą, która się tu znajdowała i wyglądała jakby była nie na swoim miejscu, była moja matka.

W rozpuszczonych, czerwonych włosach i eleganckim komplecie w kolorze indygo kompletnie nie pasowała do tego miejsca. Wiedziałam natomiast, że to właśnie było jej królestwo i pomimo pozorów pasowała tu idealnie.

Cieszyłam się, że konfrontacja z nią nadeszła tak szybko. Możliwe, że uda mi się uzyskać choć namiastkę odpowiedzi.

Gdy stanęłam z nią twarzą w twarz starałam się nie ukazywać żadnych emocji. Po prostu patrzyłam w jej oczy. Nie widziałam już w tym człowieku mojej mamy, ale kogoś obcego. Kogoś, kto zadał mi wiele bólu, psychicznego jak i fizycznego. Nie potrafiłam wyobrazić sobie, że mogłoby być tak, jak kiedyś. Żyć z nią pod jednym dachem, widywać niemal codziennie.

Nie miałam zamiaru odzywać się pierwsza. To ona mnie tu ściągnęła, więc musiała mieć jakikolwiek powód.

— Melanie, proszę usiądź. — Wskazała na krzesło stojące po przeciwnej stronie blatu.

Nie wykonałam polecenia. Pewniej czułam się stojąc na własnych nogach.

Widząc, że nie miałam zamiaru zająć wskazanego miejsca, zrobiła to sama, siadając na wolnym krześle naprzeciw mnie.

— Domyślam się, że nadal nie wiesz czemu tu jesteś. Otóż, nie ma żadnej konkretnej przyczyny.

Mówiąc to, założyła nogę na nogę.

— Wykonałaś już swoją część zadania, więc nie widziałam powodu, abyśmy musiały nadal stać po przeciwnych stronach. — Uśmiechnęła się.

Zmarszczyłam brwi, nie wiedząc, co do końca miała na myśli.

— Jakie zadanie?

— Nie myślisz chyba że Dylan O'Connor tak po prostu trafił w twoje ręce. Szczególnie, gdy miałam świadomość jak niebezpiecznym człowiekiem był.

Użycie przeszłej formy do określenia Dylana spowodowało ucisk w moim gardle. Do tej pory nie rozważałam opcji, że mogłoby mu się cokolwiek stać. Zawsze wychodził cało ze wszelkich opresji, więc tym razem także musiało mu się udać.

Kontynuowała, nie czekając na moją odpowiedź.

— O'Connor od początku miał trafić w twoje ręce, ponieważ doskonale zdawałam sobie sprawę, jak słabą jednostką jesteś, a on nie przepuściłby okazji na tak łatwą ucieczkę. Oczywiście nie przewidziałam tego, iż zabierze cię ze sobą i że zostaniesz ranna podczas waszej ucieczki. Ale nie było to jakimś szczególnym problemem.

— Chciałaś po prostu go śledzić? — Wyczułam narastający we mnie gniew. — Więc stwierdziłaś, że poświęcisz do tego celu swoją córkę, bo dlaczego nie!

— Kochanie, to dla dobra naszego kraju.

— Katowanie mnie na placu, również było dla dobra kraju? — wysyczałam wściekle.

— Musiałam trzymać lud w ryzach, oficjalnie jesteś zdrajcą, więc musiałaś otrzymać karę. Racja, strażniczki odrobinę przesadziły, ale nakazałam to naprawić.

— Odrobinę — zadrwiłam.

— W każdym razie, jesteś już cała i zdrowa. Przygotowano dla ciebie przemówienie, które jutro wygłosisz, okazując swoją skruchę i wyjaśniając, że twoja ucieczka miała wyższy cel. W ten sposób chciałaś pomóc mi i Państwu.

Prychnęłam, ponieważ jej słowa były niedorzeczne.

— Oczywiście mam pominąć twój udział w całym tym cyrku. Wiesz co, myślę że odmówię.

— Widzę, że całkiem nieźle udało im się namącić ci w głowie, córeczko.

— Jedyną osobą, która w jakikolwiek sposób zaburzyła moje spojrzenie na świat, jesteś ty. I nie jestem już twoją córką, nie chcę mieć z tobą nic wspólnego. Brzydzisz mnie ty i wszyscy tutaj.

— Uratowałam ci życie, nie zapominaj o tym — powiedziała ostrym tonem.

— Tak, ówcześnie prawie mi je odbierając, a następnie wstrzykując coś do mojego organizmu? Co to w ogóle za świństwo?

— To był cud, moja droga.

Zamarłam na dźwięk znajomego określenia. O tym właśnie mówiła Maria. Tylko czym dokładnie był ten cud?

— Zostawię cię na ten moment. Widzimy się jutro na konferencji.

Gdy wstawała, do moich uszu dobiegł dziwny dźwięk, który rozległ się tuż obok mnie. Przypominał uderzenie metalu o podłogę. Spuściłam wzrok na moje buty, obok których leżała mała, srebrna puszeczka. Nagle moje uszy zostały potraktowane ogłuszającym jazgotem, a całe pomieszczenie zaczęło ginąć w gęstym, dławiącym dymie.

Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com