Chào các bạn! Truyen4U chính thức đã quay trở lại rồi đây!^^. Mong các bạn tiếp tục ủng hộ truy cập tên miền Truyen4U.Com này nhé! Mãi yêu... ♥

1

Zachęcam do zostawiania gwiazdek i komentowania. <3 To wiele dla mnie znaczy.

Poranek nie należał do najprzyjemniejszych. Potworny ból głowy, mdłości i zawroty głowy. Wszystko za sprawą ogromnej ilości alkoholu, jaką w siebie wlałam poprzedniego wieczoru. Dwa wolne dni od pracy z rzędu nie zdarzały się często, więc odnalazłam idealną okazję na upodlenie się. Zwlekłam się z łóżka, a gdy moje ciało zostało postawione do pionu z prędkością światła, odbijając się od ścian korytarza, wbiegłam do łazienki i upadłam na kolana przed toaleta. Zwróciłam resztki alkoholu i jedzenia. Torsje targały moim ciałem do czasu, aż nie zwróciłam całej zawartości żołądka.

Pomimo beznadziejnego samopoczucia, cieszyłam się, że byłam w domu. Nie wiedziałam jak tego dokonałam, ponieważ zaraz po opuszczeniu klubu urwał mi się film. Jakby ktoś walnął mnie obuchem w głowę i nastąpił koniec rejestracji wydarzeń. Świadomość odzyskałam dopiero rankiem, budząc się naga we własnym łóżku, i na szczęście, bez obcego faceta przy boku. Z zadowoleniem stwierdziłam, że miałam na tyle sił, aby się umyć. Szkoda tylko, że nie zamknęłam szamponu, który leżał przewrócony w kabinie prysznicowej, a jego zawartość dawno spłynęła do ścieków. Cholera. Zapłaciłam za niego osiemset koron.

Wszystko z winy Budweisera, polskiej wódki i „Zielonej wróżki" - okropnego ziołowego absyntu, który nie wiadomo dlaczego wlewałam w siebie litrami. Jednak najbardziej zabójcza okazała się wódka, którą spożyłam za klubem z trzema przystojnymi mężczyznami. Cholerni polscy turyści, którzy lgnęli do Pragi, jak muchy do rozkładającego się ciała.

Oczywiście byli diabelnie przystojni, a ich przekleństwem było uwielbienie do mocnego alkoholu, w tym wypadku czystej wódki, która spijali w niewyobrażalnych ilościach nadal trzymając się świadomie na równych nogach.

Po upewnieniu się, że nie zwymiotuję przez najbliższe pięć minut, wróciłam do sypialni, gdzie z głębokiego, żółciutkiego, miękkiego fotela służącego mi do czytania, zabrałam szary, puchaty szlafrok i owinęłam nim nagie ciało. Najwidoczniej na założenie piżamy nie starczyło mi już energii.

W kuchni wstawiłam wodę na kawę. Byłam pewna, że napój w cudowny sposób postawi mnie na nogi. Spojrzałam na okrągły zegar kupiony na giełdzie starości, który idealnie wpasował się w przestrzeń pomiędzy framugą drzwi a sufitem. Była zaledwie dziewiąta rano, nic dziwnego, że ledwie patrzyłam na oczy. Lecz w tym także dostrzegłam pozytywy, miałam cały dzień na odpoczynek. Mogłam poświęcić go na regenerację przed jutrzejszym dniem pracy. Czekał mnie fascynujący dzień poszukiwania oszustów internetowych i miejskich złodziejaszków, których roiło się po weekendzie. Obiektem ich zainteresowania padały najczęściej stacje benzynowe, z których kradli głównie alkohol i papierosy, a winowajcami nierzadko okazywali się studenci, którym zabrało pieniędzy na dalsze, nocne imprezowanie.

Zalałam granula, który tylko z nazwy przypominał kawę. Rozpuszczalne gówno. Zdecydowanie musiałam zainwestować w ekspres i nowy zawias do szafki, ponieważ kiedy chciałam wyjąć z niej cukier, drzwiczki omal nie złamały mi nosa.

Otworzyłam lodówkę i wyjęłam z niej białą butelkę. Mleko było zsiadłe. Genialny początek dnia. Kac i ohydna czarna kawa z za dużą ilością cukru. Upiłam łyk i czując przyciąganie łóżka, wróciłam do sypialni. Przysiadłam na skraju materaca, a mój wzrok powędrował na mały, okrągły stolik stojący obok regału pełnego kryminałów i romansów, często połączonych w jedno. Z utęsknieniem spojrzałam na rozpoczęty kilka dni temu egzemplarz „Księżniczki z lodu" autorstwa Camilli Läckberg.

- Jeszcze do ciebie wrócę - wymamrotałam w stronę książki, wskazując na nią palcem.

Następne zakopałam się w pościeli, pamiętając wcześniej o odłożeniu kawy na szafkę nocną. Czekał mnie ciężki dzień oglądania dennych filmów, przewracania się z boku na bok i biegania do toalety, aby raz za razem opróżniać już i tak pusty żołądek. Robiłam to sobie średnio raz na tydzień, ale zeszłej nocy przekroczyłam wszelkie swoje granice.

Do moich uszu dobiegł najokropniejszy dźwięk, jaki mogłam usłyszeć tego dnia - dzwonek telefonu. Dźwięk urwał się w połowie, a ja wysunęłam głowę spod kołdry. Kolejna szczęśliwa rzecz w nieszczęściu, nie zgubiłam komórki.

Bateria zapewne padła, a ja chciałam tylko olać sprawę, przewrócić się na drugi bok i zasnąć. Miałam jednak pewną wadę, którą w niektórych przypadkach można było nazwać też zaletą, w zależności od której strony na to spojrzeć. Nie potrafiłam nie odebrać telefonu lub nie odczytać wiadomości, niezależnie od pory dnia, myśląc, że gdy tego nie robię, ktoś akurat niezwłocznie potrzebuje pomocy. Zwalałam to na karb zboczenia zawodowego.

Podłączyłam telefon do ładowarki wystającej zza łóżka i odczekałam kilka minut, aż bateria wystarczająco się podładuje.

Gdy tylko uruchomiłam urządzenie, od razu pożałowałam jego włączenia. Telefon ponownie wydał zbyt głośny, jak na mój obecny stan dźwięk, a ja odczytałam z jasnego ekranu nazwisko głównego komendanta policji, który na nieszczęście był moim przełożonym. Cholerna praca, dopadała mnie nawet w niedzielę.

- Tak, Radim? - Nie ukrywałam wylewającej się ze mnie irytacji.

- Zbieraj swoje zapijaczone dupsko i przyjeżdżaj do komendy - warknął wściekle.

W tle coś upadło, a komendant przeklął siarczyście.

- Niech złodziejaszki nacieszą się dodatkowym dniem wolności, mam wolne - odburknęłam.

Automatycznie sięgnęłam po kubek z kawą i upiłam duży łyk, czego od razu pożałowałam. Była okropna, a mój żołądek zaburczał w proteście.

- Cała cholerna Republika Czeska wie co się stało dzisiejszej nocy w Pradze. Media huczą od kilku godzin tylko o jednym, a ty leżysz nawalona w niczym się nie orientując.

Radim Král był smutnym człowiekiem, z tak samo smutnym życiem, który wyżywał się na każdym, kto akurat stanął mu na drodze. Jego jedynym celem było zakończenie pracy komendanta i emerytura. Nieszczęśliwie dla niego i dla mnie zostało mu jeszcze pięć lat.

- Mam wolne - powtórzyłam uparcie.

Ostatnim czego chciałam to spędzić wiele godzin wytężając umysł w pracy na morderczym kacu.

- Nie, masz sprawę. Chcę widzieć twój chudy tyłek za godzinę w biurze z papierami rękach. Masz mi znaleźć cholernego mordercę. - Trzasnął słuchawką, nie pozwalając mi protestować.

Zdecydowanie za dużo dziś komentarzy na temat mojego tyłka. Oznaczało to, że miał gorszy dzień niż zwykle.

Przyłożyłam poduszkę do twarzy i krzyknęłam w nią ile sił w płucach. Mogłam zostać sprzątaczką lub niczym nie wyróżniającym się pracownikiem korporacji, ale moje odwieczne zamiłowanie do kryminałów i zbrodni zaprowadziło mnie na stanowisko detektywa śledczego, a taka posada wymagała wyrzeczeń.

Pierwszym etapem moich przygotowań było ponowne zwrócenie wnętrzności do sedesu. Następnie wzięłam prysznic, bardzo zimny prysznic. Zauważyłam na swojej prawej dłoni zadrapania ewidentnie pozostawione przez paznokcie oraz dwa siniaki na nadgarstku. Świetnie i jeszcze pobiłam się z jakąś cizią. To także zdarzało się mniej więcej, co drugi tydzień, kiedy jakaś zazdrosna, nawalona dziewczyna postanowiła walczyć o swojego rozwiązłego chłopaka. Starałam się w takich sytuacjach nie reagować, ponieważ nie mogłam dopuścić do ściągnięcia na swoją głowę policji. Pracowałam w służbach państwowych i tak naginałam prawo chodząc do nocnych spelun i paląc darmowe zioło od natarczywych, za młodych dla mnie chłopaczków.

Wcisnęłam się w czarne, ciasne dżinsy oraz równie przyległą czarną bluzkę z długim rękawem. Napuszone, brązowe loki spięłam wysoko dużą klamrą w kolorze złota. Jeszcze ulubiona dżinsowa kurtka, która przeszła ze mną więcej niż niejeden mężczyzna oraz najzwyklejsze czarne wiązane botki. Wszystko dopełniłam kolejnym bełtem do toalety i dwoma tabletkami paracetamolu, który miałam nadzieję przetrawić nim znów zwymiotuję.

Nie zabrałam kluczy do samochodu, ponieważ mój stan z pewnością nie pozwalał na prowadzenie pojazdu. Ze smutkiem spojrzałam na moją czarną Skodę Fabię obdartą gdzieniegdzie z lakieru i ruszyłam na przystanek. Czekała mnie około czterdziestu minutowa podróż do centrum Pragi. Może trochę krótsza, zważając na to, iż była niedziela rano i nikt o zdrowych zmysłach nie kręcił się po mieście od tej porze w wolny dzień. Tak czy siak, zachciało mi się oszczędności wynajmując mieszkanie z dala od centrum, więc od czasu do czasu przecierpieć podróż tramwajem lub autobusem.

Trasa była męczarnią opierającą się na walce z własnym żołądkiem. Przegrałam tylko raz i targana potrzebą wysiadłam na jednym z przystanków, aby zwymiotować do kosza. Na szczęście zdążyłam wrócić do tramwaju, w innym wypadku skończyłabym czekając dwadzieścia minut na kolejny. Dzięki temu zostało mi na tyle dużo czasu, żeby odwiedzić Starbucks i kupić porządną kawę. Na jedzenie nie mogłam patrzeć, więc czekoladowa babeczka musiała zaczekać na moje kolejne odwiedziny w lokalu.

Komenda była opustoszała, gdyż większość policjantów wyjechała na patrole. Przywitałam się z kilkoma kolegami po fachu i udałam się na pierwsze piętro do swojego biura, wcześniej wymieniając spojrzenia z Petrą asystentką komendanta, której niezadowolenie było porównywalne do mojego. Nikt tego ranka nie chciał znajdować się w pracy.

Upiłam duży łyk kawy, składającej się w osiemdziesięciu procentach z mleka i pchnęłam drzwi do mojego ciasnego, ale prywatnego biura. Zatrzymałam się jak wryta z dłonią na klamce.

Za biurkiem siedział mężczyzna, na oko w moim wieku, czytając coś z kartki, którą trzymał w ręku. Kiedy zauważył pojawienie się mojej osoby, podniósł się do pionu i uśmiechnął się, jak na mój gust, zbyt szeroko. Tylko te oczy...diabelnie piękne błękitne tęczówki okolone długimi, gęstymi rzęsami, i włosy w odcieniu smoły, albo nie, atramentu. Tak, to był atrament.

- Radim! - krzyknęła przekręcając głowę w prawo, aby mój głos poniósł się po korytarzu, ale tak żeby nie tracić z oczu intruza. - Co w moim gabinecie robi obcy i w cholerę przystojny facet!?

Za moimi plecami rozległy się odgłosy ciężkich i szybkich kroków. Komendant stanął obok mnie, dopinając guzik marynarki na dużym, okrąglutkim brzuchu.

- Twój asystent - wyjaśnił Král, odchrząkując.

Czekał na moją reakcję, która mogła być tylko jedna.

- Pracuję sama. Jeśli będę potrzebować asystenta pożyczę sobie Petrę - skrzyżowałam ramiona na piersi.

Skrępowany i zdezorientowany mężczyzna wpatrywał się w nas bez słowa.

- Pomoże ci w sprawie, która nie jest łatwa. - Radim poluzował krawat, a jego i już tak czerwona twarz, poczerwieniała jeszcze bardziej. - Miał zacząć od jutra, ale wyjątkowo musiał zacząć dziś.

- Nie zamierzałeś mnie o nim poinformować? - Wskazałam palcem w kierunku mężczyzny.

- Nie. Niespodzianka! - Zamachał rękami w udawanej ekscytacji.

- Ja tutaj jestem - odezwał się nieznajomy.

Ton jego głosu był przyjemnie niski. Został jednak zignorowany.

- Bierzcie się do pracy. Oboje - uściślił Radim. - A od ciebie wali jak z gorzelni. -Skrzywił się i wyszedł.

Spojrzałam z niesmakiem na mojego nowego towarzysza i zatrzasnęłam drzwi.

Podeszłam do wieszaka po to by odwiesić na nim kurkę, wcześniej wyciągając telefon, aby móc podłączyć go do zapasowej ładowarki, gdyż nie zdążył naładować się w mieszkaniu.

- Sio - powiedziałam do mężczyzny, który nadal stał za biurkiem zajmując moje miejsce.

Kiedy wykonał polecenie, z ulgą opadłam na fotel. Sięgnęłam po otwartą dwa dni temu butelkę wody i pociągnęłam z niej kilka długich łyków.

- Samuel Novák. - Wysunął w moją stronę dużą dłoń.

Westchnęłam przyjmując gest, tylko dlatego, iż nie miałam innego wyjścia. Zostałam na niego skazana, a raczej on na mnie.

- Aloisie Dvořáková. - Uścisnęłam ciepłą dłoń, spoglądając na jego twarz o wyraźnie zarysowanej szczęce i uroczymi dołeczkami w policzkach, które pojawiały się nawet, gdy mówił. Przystojny bydlak. - Co za los skazał cię właśnie na mnie? - zapytałam odkładając wodę, tylko po to, aby powrócić do kawy.

- Przeniesienie. Nie lubiliśmy się z poprzednim partnerem. - Zajął krzesło po przeciwnej stronie biurka.

W gabinecie ledwo mieściłam się sama, a teraz musiałam dzielić go z wielkim, umięśnionym facetem. Chyba nabawię się klaustrofobii.

- Skąd jesteś? - zapytałam, opierając łokcie na blacie.

- Z Ostrawy.

- Ile masz lat?

- Trzydzieści dwa.

Mierzyliśmy się spojrzeniami.

- Przyjechałeś do Pragi w poszukiwaniu awansu?

Parsknął oburzony.

- Zostałem przeniesiony do zdolnej, ale zapijaczonej pani detektyw, która potrzebuje mojej pomocy - wyjaśnił z cwanym uśmieszkiem.

- Nie lubię cię - stwierdziłam odchylając się w fotelu.

- Ja ciebie wręcz uwielbiam.

Starałam się odgadnąć, czy w zdaniu zawarto sarkazm, ale na próżno.

- Dlaczego nie lubiłeś się z poprzednim partnerem? - kontynuowałam.

- Udzielam wywiadu? Jeśli chcesz mnie lepiej poznać, możemy wyskoczyć na drinka po pracy. Choć sądząc po twoim samopoczuciu i odcieniu, jaki właśnie przybrała twoja twarz, nie masz dziś ochoty na więcej alkoholu.

Miał rację, nie czułam się dobrze. Zwymiotowałam do kosza na śmieci. Następnie upiłam łyk kawy, aby pozbyć się nieprzyjemnego posmaku.

Samuel wpatrywał się we mnie zniesmaczony. Ja natomiast udałam, że tego małego incydentu nie było i kontynuowałam przesłuchanie.

- Więc?

- Emil wolał pączki od poważnego zajmowania się swoją pracą, więc mieliśmy sporo spięć na tej płaszczyźnie - wyjaśnił cierpliwie, choć po jego nerwowych ruchach domyśliłam się, że chciał już zakończyć temat. - A ty? Kim jesteś? Bo na razie widzę laskę na potężnym kacu, a nie poważanego detektywa śledczego.

Mlasnęłam z niesmakiem. Miał tupet, szczególnie, że pracował pode mną.

- Trzydziestoletnia, znakomita detektyw śledcza, której poleceń masz słuchać. To wszystko, co potrzebujesz wiedzieć.

- A także zapijaczona stara panna.

- Niezależna singielka - odpysknęłam.

- Niezależne singielki nie prezentują sobą tak żałosnego, zrzędliwego obrazu. - Podniósł się z miejsca i odszedł w stronę wąskiego, wysokiego okna, aby je rozchylić.

Przez to, że oddalił się o parę kroków dalej, nic go już nie zasłaniało, więc mogłam mu się dokładniej przyjrzeć.

Atletyczna budowa wskazywała na to, iż był stałym bywalcem siłowni. Czarne bojówki z milionem kieszeni i zwykła czarna koszulka, pasowały jak nikomu innemu. Buty zdecydowanie wojskowe, zapewne dorwane na targach militarnych. Wypastowane na wysoki połysk. Na karku, tuż pod linią włosów widniał tatuaż w kształcie pięcioramiennej gwiazdy wypełnionej w całości czarnym tuszem.

Kiedy wracał do biurka, sięgnął na metalową szafkę i zdjął z niej dużą kopertę. Nigdy nie wpadłabym na pomysł, aby położyć tam coś, poza rzeczami, których rzadko używałam. Samuel był wysoki, choć zakładając wysokie szpilki, mogłabym mu dorównać.

Rzucił brązową kopertę na biurko.

- Podwójne morderstwo. Dwie młode kobiety znalezione na obrzeżach parku Botič - Milíčov, w szczerym polu, nie daleko zabudowań. Ślady walki w błocie. Zginęły najprawdopodobniej od ran kłutych wykonanych śrubokrętem ze stopionym trzonem.

- To, że trzon był stopiony to jakaś istotna informacja? - zapytałam, otwierając w międzyczasie kopertę.

- Może. Warto zwrócić uwagę na każdy szczegół.

Ponownie zajął miejsce na krześle, a ja zaczęłam przeglądać dowody przygotowane przez prokuratora i lekarza biegłego.

- Wkurzający, ale chociaż mądry.

- I przystojny - zauważył z zadowolonym uśmieszkiem.

Przewróciłam oczami.

- Coś jeszcze? - zapytałam mając na myśli sprawę.

Pokiwał głową.

- Morderca zrobił to z czystą premedytacją. Jedna z nich miała, aż trzydzieści pięć ran kłutych.

Cholera.

- A druga?

- Tylko sześć. Więc obstawiam, że to ta pierwsza była celem ataku.

Pokiwałam głową z uznaniem dla Sama.

- Przygotowałeś się - pochwaliłam mężczyznę.

Otworzyłam mniejszą kopertę, w której znajdowały się zdjęcia. Byłam pewna, że mój żołądek nie był na to gotowy, jednak taka była moja praca.

- Zidentyfikowano do kogo należały ciała? - Spojrzałam na pierwsze dwa zdjęcia, które przedstawiały narzędzie zbrodni utopione w błocie.

Samuel nie zdążył odpowiedzieć, gdyż natrafiłam na zdjęcie przedstawiające dwie zakrwawione kobiety ubrane w imprezowe sukienki.

- Kurwa. - Podniosłam się na równe nogi. - Ja je znam.

Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com