Chào các bạn! Truyen4U chính thức đã quay trở lại rồi đây!^^. Mong các bạn tiếp tục ủng hộ truy cập tên miền Truyen4U.Com này nhé! Mãi yêu... ♥

huit

Błękitne tęczówki blondynki dyskretnie śledziły poczynania Patrici, która była skłonna opiekować się nią, mimo że się w ogóle nie znały. Niedawno wyszły z łazienki. W zasadzie nastolatka nie potrafiła uwierzyć w siłę kobiety, której jakimś cudem udało się przenieść ją dwukrotnie. Wprawdzie, w pewnym momencie, ciągnęła ją po podłodze, ale paraliż sprawiał, że dziewczyna tego nie czuła. Kobieta po uśpieniu dzieci sprzątała mieszkanie przyjaciela.

- Czemu jesteś dla mnie taka dobra? - odważyła się zadać pytanie.

- Nie wiem. James poprosił mnie o opiekę nad tobą, bo sam nie dałby rady. Zgodziłam się i tyle. Aczkolwiek planuję niedługo go nauczyć wszystkiego, co powinien wiedzieć, jeśli chce cię mieć przy sobie. Nie zawsze będę na każde jego zawołanie. Dodatkowo mam w planach zeswatać go z jakąś kobietą, bo długo nie pociągnie sam.

- Aha. Ma pani już jakąś dla niego na oku?

- Nie, ale może moja przyjaciółka. Wydaję mi się, że są wprost dla siebie stworzeni, ale nikogo zmusić do miłości nie mogę, więc kiedyś zaaranżuję ich spotkanie. Na razie ona jest w podróży, więc moje plany muszą poczekać.

- Opowie mi, pani, coś o Buru?

- Kto to? Ach, no tak. Zapomniałam, że James ma jeszcze to swoje afrykańskie imię. Chwilkę tylko pójdę zaparzyć herbatkę.

Po odłożeniu miotły w kąt Patricia udała się w stronę kuchni. Tam zaczęła się zastanawiać, co opowiedzieć dziewczynie i wlała wodę do czajnika, który następnie położyła na ogniu. Wyjęła dwie szklanki, które położyła na blacie. Następnie dodała do nich cukru i wrzuciła woreczek z herbatą. Postanowiła poczekać. W tym czasie zdążyła się namyśleć, co powiedzieć nastolatce. Gdy usłyszała charakterystyczny dźwięk czajnika, od razu wzięła go do ręki i jego zawartość wlała do szklanek. Położyła obie na tace i poszła do salonu.

- Wiesz, że jutro ma on urodziny? - zagadnęła, kładąc to, co miała na stolik kawowy.

- Już jutro?

- Tak. Gdybyś miała wózek inwalidzki, poszła bym z tobą do sklepu, ale zamiast tego mogę mu kupić coś od ciebie. Co chciałbyś mu dać? - usiadła na krześle.

- No nie wiem, może skarpety albo kubek?

- Klasyk. Czy udałoby ci się wpaść na coś oryginalnego?

- Musiałabym się zastanowić. Jestem tu dopiero dwa dni i w sumie nadal czuję się jak intruz.

- Dobrze. Powiedz, jeśli na coś wpadniesz. A i spokojnie mów do mnie na ty. Nie obrażę się za to - uśmiechnęła się.

Kobieta przyciągnęła do siebie wózek z dziećmi. Cała jej uwaga skupiła się na bliźniętach. Natomiast w głowie Léi zaczęły pojawiać się myśli nad tym, co by kupić mężczyźnie, który wbrew jej woli uratował ją od skończenia na wysypisku, tym samym, najprawdopodobniej, od śmierci. Wiedziała, że musi wybrać coś taniego, by budżet Patrici, aż tak na tym prezencie nie ucierpiał, ale i też coś wyjątkowego. Oprócz kubka i skarpet nic nie przychodziło jej do głowy. Może podarować mu koszulkę z jakimś ciekawym napisem, ale czy nie byłaby za droga? Dziewczyna od czasu wypadku nie była w żadnym sklepie. Rodzice nie kupili jej specjalnego wózka inwalidzkiego, więc w ogóle nie wychodzili z nią na dwór. Zresztą bez niego byłoby ciężko. Dlatego nie miała pojęcia jakie są aktualnie ceny, ale postanowiła spróbować powiedzieć swój pomysł prezentu.

- Myślisz, że Buru ucieszyłby się z koszulki? Dodatkowo dałoby się napis w stylu: Hé, je suis libre. Prends l'argent*.

- Genialne. Może ten napis zmieniłby jego stosunki z kobietami - ciemna blondynka swym piwnym wzrokiem powróciła na twarz nastolatki.

- Oczywiście, jeśli cena nie byłaby problemem.

- Ależ skąd. Remy i ja mamy dobrze płatne prace. Z naszej trójki, tylko James się obijał i został na bezrobociu, więc czasem możesz usłyszeć jak narzeka na to w swoim pokoju - nie wiedzieć czemu, zaśmiała się.

- Spoko. Myślę jeszcze nad tym czy zmienić napis na: Souriez tant que vous avez des dents**. Albo dać coś innego. W końcu mogą się nie wyrobić z zrobieniem koszulki na jutro.

- Moja w tym głowa. Gwarantuję ci, że przyjdę tutaj z samego rana i położę prezent od ciebie gdzieś, gdzie na pewno go zauważy. W końcu ostatnio dorobiłam sobie klucze do jego mieszkania.

- Dziękuję.

- Ależ nie ma za co, kochanie.

Po tych słowach Patricia wróciła wzrokiem do swoich pociech, które zaczęły się budzić. Przelała na nie całą swoją matczyną miłość i starała się, by niczego im nigdy nie brakowało. Widząc jak ona patrzy na nie z ogromną czułością, w sercu Léi pojawiło się małe uczucie zazdrości. Dopiero po chwili doszło do niej słowo: kochanie. Jedna łza spłynęła po jej policzku. Mogłaby się założyć, że nie usłyszała tego słowa od, bodajże roku. Może dwóch lat. Obudziła się w niej tęsknota za rodzicami, lecz szybko ona zgasła, gdyż przypomniały jej się ostatnie cztery miesiące. Chciała uronić więcej łez. Poczuła ochotę na płacz, ale stwierdziła, że tym razem będzie silna, chociaż by spróbuje.

*Hej, jestem wolny. Bierz mnie
**Uśmiechnij się, póki masz zęby.

Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com