sept
Idąc ulicą razem z innymi, nagle w śmieciach zauważył małego kotka. Najprawdopodobniej zwierzę szukało pożywienia. Mężczyzna podszedł bliżej niego. Sierść kota była brudna. Gdzieniegdzie widać było jednak złociste przebłyski. Buru postanowił podejść jeszcze bliżej, lecz nagle wpadł na inny pomysł. Zapominając o tym, że powinien się śpieszyć do przyszłej pracy, poszedł do sklepu. Kupił kocią karmę i wrócił do tamtego miejsca. Otworzył puszkę i wysypał wszystko kotkowi obok kosza na śmieci. Kotek od razu zeskoczył i zaczął jeść. James czekał, aż zwierzę zje wszystko. Następnie pośpiesznie się oddalił, przypominając sobie o stażu. Musiał iść szybko, jeśli nie chciał się spóźnić, chociaż i tak był już spóźniony. Wreszcie doszedł do remizy. Wszedł bez pukania i zaczął wypytywać się, gdzie biuro szefa. Pokierowany przez, być może, przyszłych kolegów z pracy, udał się we właściwym kierunku. Tym razem zapukał, uświadamiając sobie, że nie ubrał się godnie, żeby rozmawiać o przyszłej posadzie. Jego czarna bluzka z napisem, który mógł być uznawany za kontrowersyjny nie była odpowiednim ubiorem. Jednak nie mógł cofnąć czasu. Po usłyszeniu przyciszonego słowa: "proszę", wszedł do środka. Dopiero teraz poczuł obezwładniający stres. Pomieszczenie, do którego wszedł wyglądało jak najzwyklejsze biuro, najzwyklejszego człowieka, który miał pod sobą innych. Ściany były szare, ale gdzieniegdzie mógł zauważyć również też kolor biały i czerwony. Z kolei na szkarłatnym fotelu siedział siwowłosy, starszy mężczyzna. Zmarszczki na czole zdradzały jego podeszły wiek. Ubrany był w strażacki mundur. Jego niebieskawy wzrok zmierzył go od stóp do głów i zatrzymał się na napisie, jednak tego nie skomentował.
- Dzień dobry. Pan Bello, prawda? - wskazał gestem na fotel obok.
- Tak. To ja. Dzień dobry - odparł i usiadł we wskazanym miejscu.
- Chciałby tu pan pracować?
- Tak.
- Wie pan, nasza remiza oprócz zasad ogólnych, posiada również swoje zasady. Musiałby pan przyrzec, że mimo różnych przeciwności losu zawsze będzie pan pod telefonem. Zawsze będzie pan ratował ludzkie życie, nawet kosztem swojego... Rozumie pan?
- Jasne.
- Potrzebuję też pana podpisu, karty zdrowia i jakiegoś dokumentu potwierdzającego pana tożsamość.
Buru zaczął się zastanawiać czy ma swój dowód. Przeklnął siebie w myślach, uświadamiając sobie, że wziął tylko paczkę papierosów.
- Był pan wcześniej karany?
- No tak... Siedziałem w więzieniu dwa lata, ale wyszedłem. Chcę się zmienić, zaczynając od ratowania ludzi z pożarów lub zdejmowania kotów z drzew.
Starszy mężczyzna uniósł brew, jakby chciał powiedzieć: "Ach, tak. Niech pan wraca do domu. Nie przyjmiemy pana".
- Cieszę się, że jesteś ze mną szczery. Twój kolega zapomniał o tym wspomnieć. Masz odpowiednie szkolenia za sobą i jestem skłonny przyjąć cię na ten staż, ale jeśli kiedykolwiek nawalisz, nie wracaj tutaj już więcej albo wrócisz do więzienia.
- Oczywiście. Dziękuję.
- Masz dowód?
- No, zapomniałem.
- Przynieś go jutro koniecznie ze sobą.
- Zrozumiano.
- Przyjdź jutro o ósmej rano. Jeśli się spóźnisz, od razu wylecisz. Nie będę tolerował niepunktualności w tej pracy. Zapoznaj się, proszę, z tymi zasadami do jutra - to mówiąc, wyjął z szuflady wielką czerwoną książkę i położył przed nim.
- Dobrze.
- A teraz podpisz to oświadczenie. Zawiadamia o tym, że świadomie ponosisz konsekwencje swoich błędów. Jeśli coś nawalisz, to wyłącznie twoja wina. Potem podpisz jeszcze, że jesteś świadomy tego, że możesz ratując innych stracić swoje życie i zgadzasz się na przetwarzanie twoich danych osobowych. Dodatkowo zapewnij, że gdyby była taka sytuacja będziesz ryzykował swoim życiem, by ocalić inne. A i przyrzeknij, że nie będziesz rozpowiadał na prawo i lewo tego, czego od ciebie oczekuję. Nie chcę przestraszyć młodych ludzi, którym zależy na życiu swoim jak i innych. Bo ciebie obowiązują inne zasady według tej księgi. Spisał je przed laty mój pradziadek, więc szanuj je, a przede wszystkim przestrzegaj. Inaczej zobaczymy się w sądzie.
- Czemu twierdzi pan, że obowiązują mnie inne zasady?
- Byłeś karany. Nie przyjąłbym cię nigdy, ale ostatnio brak mi ludzi. Wydaję ci się, że to państwowa remiza? Trochę tak, trochę nie. Dopóki ja tutaj rządzę, ta remiza podlega też i moim zasadom, więc radzę ci je przestrzegać.
- Będę się do nich stosował.
- Nie wystarczy mi ustne potwierdzenie. Podpisz te papiery i wróć jutro ze swoimi dokumentami.
- Dobrze.
Mężczyzna wziął do ręki długopis. Jednak zawahał się. Czy rzeczywiście chciał ratować innych za koszt swojego życia? Sprzedaż narkotyków była o wiele prostsza. Jedynym ryzykiem było przyłapanie przez policję. W konsekwencji więzienie. Teraz za jakikolwiek błąd mógł przypłacić życiem. Mimo to kusiło go miesięczne wynagrodzenie i chęci. Naprawdę chciał być strażakiem. Mógł poszukać innych "normalnych" w miarę remiz, ale lubił ryzyko. Podpisał wszystkie papiery jakie podsuwał mu przyszły szef.
- Dam ci jutro ich kopie, żebyś wiedział, co podpisałeś.
- Dobra.
Siwowłosy wziął od przyszłego podwładnego papiery i zaczął je sprawdzać.
- Możesz już iść. Do zobaczenia jutro - usłyszał Buru z jego ust.
- Do widzenia.
Wyszedł stamtąd, zastanawiając się, co przyniesie mu ta praca. Ile zysku, ile potu. Czy będzie żałował, czy nie? Przechodząc obok koszów na śmieci, dostrzegł tego samego kotka, którego widział niedawno. Zaczął się do niego przybliżać. Zwierzę rozpoznało, że to on dał mu karmę, więc podeszło do niego i zaczęło miauczeć. Chciał więcej. Buru podniósł kotka i wziął go do siebie, do domu. Zawsze chciał mieć zwierzątko, dlatego postanowił go przygarnąć.
Hmm... Być może kiedyś ulegnie owy rozdział zmianie... Hmm... Kiedyś xD
Miłego dalszego czytania
Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com