Rozdział 1
- Jestem! - krzyknął w głąb mieszkania, zamykając drzwi stopą. Pies z głośnym szczekaniem wystrzelił przed siebie, a po chwili z salonu dobiegło coś między sykiem a "nie dotykaj mnie, pchlarzu!".
- Rou jest głodny - wyjaśnił, z rozbawieniem przypatrując się różowemu jęzorowi molestującemu twarz jego współlokatora. - Zresztą ja też.
- To sobie coś zrób - wycharczał, odpychając namolne zwierzę, a w każdym razie próbując. - I zdejmij buty.
- To drugi dzień, jak w nich chodzę. Nie są takie brudne.
- Mhm - wstał z kanapy, zręcznie wyminął psa i ruszył do kuchni. - Co chcesz? - spytał po chwili, otwierając lodówkę, podczas gdy pies już opróżniał swoją miskę.
- Nie wiem, jakieś mięsko - gdzieś z dołu dobiegło burczenie. Uśmiechnął się krzywo.
- Nie ma - warknął, wyjmując z lodówki garnek z jakąś niezidentyfikowaną potrawą. Postawił go na gazie i zabrał się za bogu ducha winny czajnik, by zrobić herbatę.
- Ile? - Aż mu ślinka pociekła.
- Jakieś pięć minut - wzruszył ramionami i wyciągnął z szafki pierwszy lepszy kubek. Przypadkowo ten czarny z czerwonym iksem.
- Matko... - zatarł ręce. - Nie chcę tyle czekać...
- To masz problem.
- Ej, no weź...
- Zamknij ryj - zalał torebkę z herbatą wrzątkiem i podał mu kubek. - Pij.
- Po co? - spojrzał z ciekawością na naczynie, jednak ujął je w dłonie. W tym samym momencie poczuł, jak po jego ciele rozchodzi się rozkoszne ciepło. Poważnie? Od kiedy było mu tak zimno?
- Przedwiośnie jest zdradliwe - parsknął, wyjmując dwa talerze. Postawił je na stole i ułożył obok nich sztućce. - Myślisz, że jest ciepło, a potem leżysz w łóżku z grypą. Właśnie... - czerwone oczy przeszyły struchlałą istotę siedzącą na kuchennym krześle z kubkiem w dłoniach. - Gdzie twoja czapka?
- Ee... - zgarbił się nad herbatą. Wolał unikać tego tematu. Tym bardziej, że jego współlokator był tak nieprzewidywalny, jak tylko się dało.
Wbrew oczekiwaniom, usłyszał tylko westchnięcie. Po chwili na jego talerzu wylądowała spora porcja gulaszu pachnącego niczym danie główne w pięciogwiazdkowej restauracji. Z nieskrywanym entuzjazmem zabrał się do jedzenia, czy też może wciągania posiłku. Pies przypatrywał się temu z zazdrością.
- Wiesz, że jak już złapiesz przeziębienie, to za chwilę będziesz miał grypę i zapalenie płuc - mężczyzna spojrzał na niego poważnie, aż ten przerwał jedzenie.
- Noo... wiem? - spojrzał na niego z ostrożnym zaciekawieniem. - I co w związku z tym?
Nie odpowiedział. Patrzył się gdzieś w przestrzeń nieobecnym wzrokiem.
- Ej, Katsun - szturchnął go. Jego blond włosy zafalowały w specyficzny dla siebie sposób, gdy drgnął i spojrzał na niego z przerażeniem. Sekundę później opanował się jednak i potrząsnął głową, aby przywrócić sobie jasność myślenia.
- Zamyśliłem się - wytłumaczył szybko.
- Taak, widzę - wstał i odniósł pusty talerz do zmywarki. Rzucił jeszcze okiem na zazdrosnego psa, po czym wrócił do stołu. - Co z tobą?
- Nic mi nie jest - odparł, a w tonie głosu słychać było wyraźnie, że uznaje to za koniec rozmowy.
- Znowu nie brałeś leków - westchnął i pogrzebał w jednej z szafek. - Zacznij w końcu myśleć o sobie.
- Mhm - czerwone oczy lustrowały uważnie tabletkę i szklankę z wodą, jednak ich właściciel nawet ich nie tknął.
- Będziesz jeszcze jadł? - Kto inny potraktowałby to jako chęć skombinowania sobie dokładki, ale nie on. Wiedział, że współlokator bardzo się o niego martwił.
Pokręcił głową.
- Okej - już miał zabrać się do jedzenia, gdy napotkał smutne spojrzenie Rou. Wpatrywali się w siebie nawzajem przez chwilę, pies z błagalnym spojrzeniem, a człowiek z niepewnym. Po krótkim pojedynku pies wygrał. Człowiek westchnął i postawił talerz na podłodze.
- Oi, Eijin.
- Hm?
- Co byś zrobił, gdybyś czuł się taki dziwnie pusty w środku?
- Zjadłbym coś!
- Poważnie mówię.
- Ehh... Nie wiem... Obejrzyj sobie jakiś film, pograj w grę czy coś... Albo po prostu połóż się spać.
- Nie jestem śpiący.
Chwilę trwali tak, w milczeniu.
- Jesteśmy przyjaciółmi?
- Co? - Jego czerwone włosy, wyjątkowo nie postawione na żel, drgnęły, gdy spojrzał na mężczyznę po drugiej stronie stołu. Zamyślił się głęboko. Nie chciał dać pochopnej odpowiedzi. Zwłaszcza jemu. - Cóż... Myślę, że... można to tak nazwać...
- Mm...
Znów cisza.
- A czy dotyk między przyjaciółmi jest dziwny?
- Eh? - Spojrzał na niego z nieskrywanym zdumieniem. Co on kombinował? - No... Niee... - odwrócił wzrok, by na niego nie patrzeć. - Zależy, jaki...
Nagle poczuł, jak coś delikatnie łapie go od tyłu. Wzdrygnął się, ale nie zaprotestował. Nie mógł. Zresztą, czy miał taką potrzebę? Nigdy się nie przytulali. Dotykali się całkiem sporadycznie, nierzadko przypadkiem, częściej podczas walki.
Ostrożnie, żeby go nie spłoszyć, złapał jego ręce, owinięte wokół swojej talii, i ścisnął je lekko. W odpowiedzi poczuł ciepły oddech na karku. Nie wiedział, dlaczego, ale zorientował się, że jego serce przyspieszyło.
- Kirishima... - mimowolnie wzdrygnął się na dźwięk swojego nazwiska. Z jego ust nie słyszał go tak dawno... Kiedy zaczęli zwracać się do siebie po imieniu? Kiedy zaczęli je zniekształcać, żeby było krócej?
- T-tak?...
- Śpij dzisiaj ze mną.
Gdyby nie silne ramiona Bakugou, najprawdopodobniej w tym momencie dotkliwie odczuwałby skutki bliskiego spotkania z podłogą. Próbował coś powiedzieć, zapytać, dlaczego, ale nie był w stanie wydobyć z siebie dźwięku. Szczerze mówiąc, miał ochotę wstać, wyjść z mieszkania i przebiec się kilka kilometrów, najlepiej do kina na jakiś horror... po prostu dać sercu powód, dla którego mogłoby bić w tym tempie. Kłopot w tym, że mięśnie odmawiały mu posłuszeństwa.
- Ee... to... Ten, no... - wydukał w końcu, ale zamarł, napotykając spojrzenie czerwonych oczu.
- Mm? Mów - ponaglił go Bakugou, wkładając nos w jego włosy, co tylko zbiło Kirishimę z tropu.
- Ja... nie jestem pewien... - wydusił, chyba cudem, przez zaciśnięte gardło.
- Mam duże łóżko. Zmieścimy się.
- To... Nie o to mi chodzi...
Spojrzał na niego ze zdziwieniem, chociaż w jego oczach było więcej znudzenia.
- Zboczeniec - prychnął, puszczając go nagle.
- A ty jakbyś zareagował, gdyby ktoś ci powiedział "śpij dzisiaj ze mną"?! - Wybuchnął Kirishima.
- Zależy - uśmiechnął się jak drapieżnik szykujący się do skoku na pewną ofiarę.
- No... ale, ten, mam do ciebie przyjść potem, czy jak?
- Jak chcesz. Możesz przyjść nawet w środku nocy. Pewnie i tak nie zasnę.
- Znowu? - Spojrzał na Bakugou z troską.
Zapytany skinął głową.
- Acha... - to pewnie dlatego ostatnio chodził taki osowiały... - Długo?
- Nie wiem, tydzień? Dłużej?
- Weź z tym idź do lekarza! - Wstał i podszedł do niego. Kto jak kto, ale akurat Bakugou powinien się o siebie martwić.
- Po co?
- Co "po co"?! Jesteś debilem? Wiesz, że od przewlekłej bezsenności można nawet umrzeć?!
- Kiedyś trzeba.
- Ty... - wypuścił powietrze z płuc. Potem jednak opanował się i położył mężczyźnie dłoń na ramieniu. - Katsun - zaczął z kojącym uśmiechem. - Pójdziemy tam jutro, dobra?
Skinął głową.
Wystarczyło.
Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com