Rozdział 2
Kirishima, co prawda z karabinem maszynowym zamiast serca, ale jednak przyszedł. Pierwsze, co rzuciło mu się w oczy, było to, że Bakugou jako piżamy używał tylko luźnego podkoszulka i bokserek.
Przełknął ślinę.
Współlokator leżał już na łóżku, odwrócony do ściany, ale widać było, że nie śpi. Nie był przykryty kołdrą, przez co rozrzucona pościel wyglądała, jakby zapraszała gościa do schowania się w ciepełku i zapomnienia o swoim sąsiedzie.
Ostrożnie podszedł do łóżka, i, nie wiedzieć czemu, starając się zachować jak największą ciszę, delikatnie złapał brzeg kołdry i chciał się pod nią wsunąć.
- I czego się skradasz? - parsknął Bakugou, wciąż odwrócony do niego tyłem. - Przecież wiesz, że nie śpię.
Mruknął coś w odpowiedzi i już bez ceregieli wskoczył pod miękki materiał.
- Myślałem, że "przedwiośnia są zdradliwe"? - spytał po chwili.
- Lubię spać przy otwartym oknie.
- Przeziębisz się.
- Chcesz, to zamknij.
- Teraz to mówisz? Nie ma mowy, nie wyjdę stąd już - opatulił się szczelniej, ale po chwili namysłu zarzucił kołdrę na Bakugou. Ten nie zareagował.
- Katsun?...
- Czego?
- Nie, nic... Po prostu myślałem, że umarłeś.
- Gdybym zasnął snem wiecznym, to może bym się wreszcie wyspał - zauważył sarkastycznie.
- Dać ci jakieś tabletki czy coś?
- Może najpierw przestań gadać?
- Sorki - speszył się i natychmiast umilkł. Jednak nie mógł powstrzymać się od patrzenia na plecy Bakugou. To było... ryzykowne. Ale chciał tego. Bardzo. Ostatni raz był tylko kilka godzin temu, ale miał wrażenie, że minęła wieczność. Pragnął znowu to poczuć, to ciepło, tę bliskość, ten ciepły oddech i bicie serca... Ale wiedział, czym to się skończy - najpierw mały szok, spojrzenie prosto w oczy, potem eksplozja na twarzy i osmalona kołdra z awanturą w pakiecie. W końcu poprzednio robił to Bakugou, z własnej, nieprzymuszonej woli...
Nagle jego serce stanęło. Poczuł coś ciepłego i miękkiego między swoimi ramionami. Zawahał się, ale ścisnął to mocniej i odruchowo wtulił się w blond włosy.
Nie wiedział czemu, ale jego serce zaczęło bić co najmniej dwa razy za szybko. Myślał już, że właśnie przypieczętował swój los, ale poczuł szybkie bicie serca tuż obok swojego. Oddech był rytmiczny, ale również przyspieszony, jakby jego właściciel oczekiwał... niebezpieczeństwa? Z pewnym smutkiem wtulił się w Bakugou jeszcze bardziej, jakby chciał powiedzieć "Nie bój się. Jestem". Jakież było jego zdziwienie, gdy to zadziałało! Chwilę trwał jeszcze w takiej pozycji, by upewnić się, że mężczyzna na pewno się uspokoił, gdy nagle zorientował się, w czym rzecz.
Więc dotyk działa na niego lepiej niż te leki, pomyślał Kirishima.
- Słodkich snów - szepnął tylko do ucha sąsiada i sam oddał się w ramiona Morfeusza.
* * *
Obudził go hałas. Nie taki zwykły, jaki może wywołać, powiedzmy, spadający przedmiot, który przez cały dzień zdążył zmienić położenie swojego środka ciężkości, ale coś jakby dźwięki czyjejś obecności. Nie umiał tego opisać, ale wystarczyło pomacać nieco poduszkę, by zrozumieć, że nic mu nie grozi. Jeśli już, to ktoś inny potrzebuje pomocy.
Szybko wstał i wyszedł z pokoju, kierując się do kuchni. W korytarzu jeszcze rzucił okiem na zegar. Za dwadzieścia czwarta. Gdy tylko otworzył drzwi, wiedział, że miał niesamowite szczęście, że się obudził.
Siedział przy stole. Drżał cały, tak mocno, że razem z nim trząsł się cały mebel. Jedną rękę trzymał wyciągniętą na stole, drugą z całej siły wbijał weń paznokcie, jednak nie był w stanie dostać się do krwi. Patrzył się z przerażeniem w jakiś nieobecny punkt na ścianie.
Kirishima dopadł jednej z szafek i wyciągnął pierwszy lepszy nóż. Na szczęście każdy w ich domu był ostry, więc nie musiał się martwić, że trafi na jakiś bezużyteczny. W pośpiechu podał narzędzie Bakugou, a ten błyskawicznie złapał go i nienaturalnym ruchem wbił sobie w wewnętrzną stronę przedramienia. Trysnęła krew.
Czarna.
Gdy Kirishima wyciągnął wszystkie potrzebne bandaże, dziwny kolor zdążył już wypłynąć i zmienić się w zwykłą czerwień.
Dopiero teraz poczuł ból. Był straszny, przeszywający, jakby ktoś raz po raz przebijał jego ciało metalowymi igłami. Ale czuł go już tyle razy, że zdążył się do niego przyzwyczaić.
W milczeniu podsunął współlokatorowi rękę, a ten z wprawą oczyścił ranę i obwiązał ją bandażem.
- Robisz się coraz szybszy - stwierdził Bakugou, przypatrując się perfekcyjnie opatrzonemu nadgarstkowi.
- Praktyka czyni mistrza - odparł bez cienia uśmiechu, myjąc zakrwawiony nóż w zlewie.
- Przynajmniej mam spokój na kilka dni.
- Dwa lata temu były dwa tygodnie.
- Dwa lata temu to dwa lata temu, a nie teraz...
- Mówię ci, jest coraz gorzej! - Odwrócił się gwałtownie, patrząc na niego poważnie.
- Poważnie? Nie zauważyłem.
- Oboje wiemy, że tylko ja mogę ci pomóc - podszedł do niego i w przypływie śmiałości złapał jego dłonie. - Możesz mi obiecać, że od tej pory będziemy cały czas ze sobą?
- Obiecać zawsze mogę - odezwał się z małym opóźnieniem, nie patrząc na rozmówcę. Ten ścisnął jego ręce.
- Katsun! Poważnie mówię! To moja wina. Gdyby mnie tam było, byłbyś teraz zdrowy... Muszę wziąć za to odpowiedzialność!
- Tak, wiem...
Kirishima spojrzał czujnie.
- Ale ostatnio mam tylko napady tego typu. Żadnych snów, żadnych głosów, żadnego mdlenia czy coś. I znowu zrobiłem się silniejszy.
- Mówisz prawdę? - Zapytał, ściskając jego ręce tak mocno, że aż zabolało. Oczywiście, Bakugou nie pokazał tego po sobie. - Błagam, przysięgnij, że mówisz prawdę!
- Cały czas tak pieprzysz o tym, że mi ufasz, a teraz co? - Dwie pary czerwonych oczu spotkały się, obie poważne, ale tylko jedna wyglądała na taką, która potrafi zaglądać w ludzkie dusze.
- Martwię się tylko - nagle puścił go i wbił wzrok w podłogę.
- Wiem... - usiadł, by odetchnąć. Rana wciąż go bolała, w dodatku był mocno zmęczony po utracie takiej ilości krwi. Jednak oboje wiedzieli, że nie był to typ zmęczenia sprzyjający snu.
- Zrobić ci kawy? - Zaoferował się Kirishima, a Bakugou skinął głową. W przeciwieństwie do większości ludzi, dla niego kawa działała jak mocny środek uspokajający, ale tylko zrobiona według tajemnej receptury współlokatora. Sam nigdy jej nie poznał. Jakoś tak... nie miał śmiałości zapytać...
Po chwili wylądował przed nim parujący kubek, ten zielony z napisem "deku". Zawsze zastanawiał się, kto go tu przytargał. Może i ten dupek stał się bohaterem numer jeden, ale wciąż pozostawał tym samym Deku, co osiemnaście lat temu. I dziesięć lat temu też. I osiem... Nie, wtedy coś się zmieniło...
Kiedy wypił pierwszy łyk, poczuł, jak powieki stopniowo zamieniają się w ołów. Opróżnił kubek i wstał chwiejnie.
- Rany, przesadziłem - Kirishima walnął się w czoło i chciał podeprzeć Bakugou, ale ten machnął ręką i ruszył do sypialni.
Współlokator podążył za nim. Już bez większego oporu wszedł z nim do łóżka i oplótł go swoimi ramionami. Jedyne, co usłyszał, to jakiś cichy pomruk, którego znaczenie zrozumiał dopiero po chwili.
- Nie chcę do lekarza...
Uśmiechnął się lekko.
- Tak, tak... - szepnął, chociaż mężczyzna nie mógł go już usłyszeć. Spał kamiennym snem.
Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com