Chào các bạn! Truyen4U chính thức đã quay trở lại rồi đây!^^. Mong các bạn tiếp tục ủng hộ truy cập tên miền Truyen4U.Com này nhé! Mãi yêu... ♥

1

Z samego rana ulice zostały pokryte śniegiem. Wigilia nabrała tego cudownego czaru. Z kominów domów unosił się dym, niektórzy dopiero teraz zabrali się za rowieszanie światełek na domach.
Matthew wyszedł na zewnątrz by znieść cienką warstwę śniegu ze schodów wejściowych. Oświetlenie rozwieszone na ganku migało przeróżnymi kolorami, tak jak i duża choinka ustawiona przed domem.
Miały to być ich pierwsze święta w całkowicie odremontowanym już domu. Trwało to kilka lat, ponieważ zbierał pieniądze i wszystko robił sam, ale w końcu dotarł do wymarzonego celu.
Na podjazd domu leżącego po przeciwlegległej stronie wjechał samochód. Wysiadło z niego trzech rosłych facetów i jedna kobieta.
- Wiam, Pani Malik! - zawołał Matt z szerokim uśmiechem na ustach. - Cześć chłopaki. - machnął ręką do jej trzech synów.
Pani Malik była jego najlepszą sąsiadką, często wpadł do niej na pogaduchy, zawsze ugosciła go kawą i ciastem. Pracowała w domu, więc zawsze znalazła dla niego czas, wysłuchała, doradziła. Była dla niego, jak prawdziwa matka odkąd się tu wprowadził. Z jej synami, którzy nawiasem mówiąc byli trojaczkami, też się nieźle dogadywał. Często oglądali razem mecze, grali w karty i pili piwo. Na początku ciężko było mu ich rozróżniać, ponieważ byli niemal identyczni, ale w końcu udało mu się wyłapać pewne różnice. Nate miał całkowicie czarne włosy, Leo wyglądał prawie tak samo, ale miał bardzo długie rzęsy i pieprzyk na policzku, a Mike miał ciemno brązowe włosy. Wzrostem i posturą byli podobni, ale charaktery mieli zupełnie różne. Leo był spokojny, grzeczny, uprzejmy. Nathan zawsze sprawiał największe kłopoty, rozrabiał, wdawał się w bójki i był fanem szybkiej jazdy. To przez niego Pani Malik dostawała białej gorączki. Mike był natomiast złotym środkiem, lubił zabawę, ale stąpał też twardo po ziemii, przypominał mu jego samego.
Była też Cassie, dziesiecialatka, którą uwielbiał, była miłą i uroczą dziewczynką, często przychodziła do Alex z którą oglądały kreskówki i wcinały słodycze na kanapie w salonie. Malikowie posiadali też najstarszą córkę - April. Widział ją tylko parę razy, przelotnie, gdy się tu wprowadził. Nigdy z nią nie rozmawiał. Niedługo potem zniknęła, z tego co było mu wiadomo uciekła z dużo starszym chłopakiem, ponieważ państwo Malik nie popierali tego związku. Od tej pory rzadko mawia się tutaj o tej dziewczynie, nawet w domu Malik'ów. Rodzinę opuściła dawna wesołość, choć dla zewnętrznego obserwatora mogło się wydawać zupełnie inaczej. W każdym razie trzy lata nie obecności córki robiły swoje.
- Dzień dobry, Matthew. - kobieta przystanęła uśmiechając się - Cudowna świąteczna pogoda nam się zrobiła. - przytaknął.
Bracia przywitali się z nim uniesieniem ręki i krótkim "siema" by potem zacząć wnosić zakupy.
- Zapewne duże kolejki w sklepach dzisiaj.
- Och, tak! Wydaje się jakby wszyscy dopiero dziś uświadomili sobie, że to już Święta i niedługo zamkną wszystkie sklepy. - odpowiedziała chowając ręce do kieszeni płaszcza. - Chcesz wpaść na kawę? - zapytała wskazując głową na drzwi - Kupiłam twoje ulubione, cynamonowe ciasteczka.
- Bardzo dziękuję, ale mam jeszcze trochę pracy. Oświetlenie na tarasie znów się zepsuło. Już nie wiem czy próbować naprawiać je po raz drugi czy jechać do sklepu i liczyć, że coś jeszcze znajdę. - westchnął wspierając się na miotle.
Mróz szczypał po policzkach, możliwe, że przy takiej pogodzie śnieg utrzyma się do wieczora.
- Zostało nam trochę lampek. Jeśli chcesz to przyślę zaraz do ciebie, któregoś z chłopców i założycie nowe. - Dziękuję bardzo, gdybym musiał teraz stać w kolejkach chyba bym dostał udaru. - zaśmiał się wesoło.
Pożegnali się i oboje znikli w swoich domach. Musiał jeszcze wkrótce zacząć gotować coś na obiad Wigilijny, miał nadzieję, że zmotywuje do tego także siostrę, która unikała zazwyczaj obowiązków domowych jak ognia.
Ściągnął zepsute oświetlenie, które wyrzucił do kosza. Może mógłby je naprawić, ale myśl, że po założeniu znów by się zepsuło napawała go irytacją.
Pięć minut później usłyszał zatrzaskiwanie się drzwi frontowych i kroki na korytarzu, zaraz potem w salonie pojawił się Leo z trzema pudełkami w rękach.
- Mama dała mi wszystkie światełka jakie znalazła, więc możesz wybierać w kolorach. - powiedział wreczając mu pudełka. - Gdzie masz drabinę?
- Na zewnątrz. - wskazł za siebie - Zdjąłem już te zepsute. Sam je rozwieszę, jak chcesz możesz poczekać, to weźmiesz te niepotrzebne. - powiedział otwierając szklane drzwi prowadzące na taras i do dużego ogrodu.
- Rozpale ci w kominku, bo zaraz tu zamarzniecie. - powiedział Leo.
Szybko uporał się z rozwieszeniem oświetlenia. Przez okno widział, jak Leo dokłada drewna do ognia. Zauważył, że chłopak lubi przesiadywać przy cieple kominka. Często przychodził do niego, rozpalał ogień, ponieważ sam Matthew nie robił tego często rzadko przebywał w salonie, więc nie miał takiej potrzeby. Potem przyciągał stary fotel babci stojący w koncie, brał którąś książkę z dużej biblioteczki, która zajmowała całą północną ścianę salonu i siedział tak kilka godzin. Czuł się jak u siebie w domu.
Matt w tym czasie pracował u siebie w pokoju. Całe ogromne poddasze zarezerwował tylko dla siebie. Wcześniej był tam strych, na którym zalegał tylko kurz i stare zapomniane przedmioty. Teraz był tam jego azyl, sypialnia, pracownia i biuro w jednym oraz dobudowana mała łazienka. Większość czasu spędzał własne tam, tworząc nowe projekty dla klientów. Cieszyło go, że większość swojej pracy mógł wykonywać w domu. W biurze bywał tylko wtedy, gdy miał umówione spotkanie.
- Mama zaprasza was na Wigilię. - powiedział Leo, gdy Matt wszedł do środka.
- Już mówiłem twojej mamie, że nie ma takiej potrzeby. Spędzę wieczór Wigilijny z moją siostrą. - powiedziałem kładąc pozostałe lampki na stoliku i siadając na kanapie.
Kanapa była w kawowym kolorze i kształcie półkola, znajdowała się w kolistym wgłebienu na środku salonu, który można było sterować pilotem by obrócić się w dowolnym kierunku. Aktualnie naprzeciwko mnie znajdowała się ogromna przedszkolna ściana z widokiem na taras, po lewej znajdowała biblioteczka i dwa podwieszane u sufitu fotele - kosze w kształcie kuli wypełnione poduszkami. Po prawej znajdował się wielki kominek, nad którym znajdowało się parę zdjęć w ramkach, między innymi portret jego dziadków. - Wiesz, że możesz przyjść do nas, jesteś jak rodzina, a Święta powinno się spędzać w gronie rodziny.
- Zastanowię się jeszcze. - westchnąłem - A jak twoja mama? - oboje wiedzieli, co miał na myśli.
- Chodzi przybita bardziej niż zawsze, stara się to ukrywać, ale w całym domu panuje cięższa atmosfera. Tata też udaje, że wszystko jest okej, ale czasem wpatruje się w przestrzeń pustym wzrokiem. Mogła choć zadzwonić, przysłać kartkę, cokolwiek. Ostatnią oznaką życia była od niej durna kartka przysłana na Wielkanoc dwa lata temu. Mama rozpłakała się wtedy i wyrzuciła ją do kosza, ale później widziałem ją w szufladzie obok jej łóżka.

Leo na początku był wściekły na siostrę, nie wiedział czemu zachowała się tak głupio i dziecinnie. Rozumiał, że była zakochana w dużo starszym mężczyźnie i rodzice mieli podstawy by sprzeciwiać się temu związkowi, ale gdyby zaczęłam, była cierpliwa. Rodzice na pewno po jakimś czasie by się ugieli, ponieważ bardzo kochali córkę i chcieli by była szczęśliwa. Niestety April była w gorącej wodzie kąpana, po prostu po kolejnej sprzeczne na temat Connora zabrała manatki, trzasła drzwiami i tyle ją widzieli. Wszyscy byli przekonani, że nocuje u swojego chłopaka, ale gdy po dwóch dniach tata pojechał do mieszkania chłopaka, żadnego z nich nie było. Sąsiadka tylko poinformowała mężczyznę, że wyjechali, a mieszkanie jest wystawione pod wynajem.
Teraz w Leo pozostał tylko żal, chciał tylko by wróciła, nie ważne czy sama czy z Connorem. Jego rodzina zasługiwała na bycie szczęśliwa. Gdyby teraz spotkał gdzieś siostrę, rzuciłby się jej na szyję i nigdy puścił.

- Wybacz, ale twoja siostra to egoistyczna lalunia.
Leo wzruszył na jego słowa ramionami. Nie chciał rozmawiać o April.

Drzwi domu ponownie trzasły, a do salonu z rozpiętą kurtką i w rozsznurowanych trampkach wpadła mała Cassie. Przyzwyczaił się już, że cała rodzina Malik'ów wpada tu jak do siebie.
- Jest Alex? - zapytała zdejmując kurtkę.
- U siebie. - Matt posłał dziewczynce uśmiech.
Jej oczy były czekoladowe a włosy czarne. W stu procentach Malik.
- A Sisi? - dziewczynka miała na myśli kotkę, którą miesiąc temu Matthew znalazł w pudełku obok kontenerów na śmieci, na jednej z ulic miasta. Przygarnął ją, ponieważ nie miał serca zostawać zwierzaka na pastwę losu, po za tym ten duży dom był pusty, więc taki choć trochę mógł zapełnić tę pustkę.
Myślał czasem aby sobie kogoś znaleźć. Miał dwadzieścia pięć lat, a w życiu nie miał dziewczyny. Owszem, chodził na randki, ale były to przelotne znajomości, często kończące się w łóżku. Może dla niektórych taki wiek do małżeństwa dla mężczyzny, to mało. Lecz on doświadczył już życia, musiał dorosnąć szybciej niż jego rówieśnicy, więc i w tej sprawie chciał działać szybciej.
Nie był brzydkim facetem, wręcz przeciwnie. Mierzył ponad metr osiemdziesiąt pięć, był dobrze zbudowany dzięki częstym wizytą w a jego domowej siłowni. Miał gęste czarne włosy, kwadratową szczenkę i czyste, błękitne oczy. Nie były to w prawdzie te magnetyczne oczy jego siostry, od których czasem nie szło oderwać oczu, ale nadal miały ten piękny błękitny odcień. Kobiety się za nim oglądały, te młodsze, jak i te starsze. Niestety był tradycjonalistą i nienagannym romantykiem. Szukał miłości swojego życia, która niestety jeszcze się nie zjawiła. Wiedział za to na pewno, że gdy spotka tę jedną będzie wiedział o tym od razu. Czuł to. - Sisi również jest u siebie. - Cassie pognała zadowolonona schodami na górę.
- Alex zmieniła zdanie, co do Świąt?
- Jeszcze nie rozmawialiśmy o tym. - przeczesał dłonią włosy. - Wiem, że barak rodziców przy stole ją boli i ten dzień jeszcze bardziej jej o tym przypomina, ale nie jestem w stanie nic zrobić. Już kilka razy próbowałem przekonać rodziców, że powinni iść na odwyk, ale od razu wyganiali mnie z mieszkania. Nie wiem co mam robić, staram się zastąpić jej rodziców, ale nie potrafię. - Leo położył mu dłoń na ramieniu.
- Dużo dla niej zrobiłeś. Wkrótce nauczy się to doceniać. Jest młoda, jeszcze zrozumie. Naprawdę, przyjdźcie do nas, może będzie czuła się lepiej w gronie tyłu osób.
- Pogadam z nią.

Gdy część rodziny Malik'ow opuściła już jego dom postanowił udać się do siostry i przedstawić jej propozycje Pani Malik.
- Mogę wejść? - zapytał uchylając drzwi.
- Tak. - odpowiedziała nie odrywając nawet wzroku od telefonu.
Przysiadł na skraju jej dwuosobowe go łóżka, które zajmowało większą część jej niewielkiego pokoju. Proponował jej większe miejsce na sypialnie, ale dziewczyna z jakiś powodów wolała ten.
- Pani Malik zaprosiła nas na Wigilię.
- No i? - dziewczyna nadal nie odbywała wzroku od telefonu.
- Może skorzystalibyśmy z propozycji? - Jak chcesz, to sobie idź. - wzruszyła obojętnie ramionami.
- Alex. - powiedział Matt wzdychając.
- No co? - odłożyła telefon. - Nie mam ochoty na Wigilię, a już szczególnie u obcych ludzi.
- Nie są obcy.
- Nie mam ochoty. - powtórzyła.
Chciała żeby brat ją zostawił. Święta nie były dla niej niczym szczególnym, mogła spędzić ten dzień jak każdy inny, nie zrobiłby to dla niej różnicy. Szkoda jej było jedynie brata. Zapewne, gdy się nie zgodzi on zostanie, ugotuje sobie zupę i upiecze kurczaka z frytkami i zje sam przy stole. Mimo jej poglądów, Matt nie zasługiwał na takie spędzenie Bożego Narodzenia.
- O której? - poddała się.
- Naprawdę się zgadzasz? - niedowierzał, że tak szybko zmieniła zdanie.
- Tak. - przewróciła oczami.
- O osiemnastej. - zgarnął siostrę w ramiona - Kocham cię.
- Ja ciebie też - westchnęła i odwzajemniła uścisk.
- Idę upiec ciasto i nie pomóc Pani Malik w kuchni. Idziesz ze mną?
- Nie szalej tak, przyjdę na gotowe. - zaśmiała się mierząc bratu włosy.

Z jeszcze ciepłym ciastem czekoladowym w rękach, zadzwonił do drzwi sąsiadów. Otworzył mu Pan Malik. Mimo ściągającej go pięćdziesiątki Zayn Malik wyglądał znakomicie. Nie było śladu brzuszku, który posiadała znaczna część populacji męskiej w tym wieku, czarne włosy dopiero niedawno zaczęły przybierać siwy kolor, kilkudniowy zarost dodawał mu powagi, a wybierające z pod koszuli wyglądały groźnie.
- Znów będziesz próbował uwieść mi żonę, którym z tych twoich pysznych ciast? - zapytał pan domu wypuszczając go do środka.
- Zwykle nie pokrywam zajętych kobiet, ale Pani Malik jest tak piękna, że trudno mi się oprzeć.
- Uważaj lepiej, bo dzięki Zaynowi stracisz wszystkie zęby. - zazartowała pani Malik, która pojawiła się na korytarzu.
- Dla pani byłbym w stanie się poświęcić. - posłał jej szeroki uśmiech i ucałował wierzch jej dłoni.
Odebrała od niego ciasto i ruszyła do kuchni.
- Młody, lepiej byś się zajął bajerowaniem dlugonogich blondynek, a nie starych pań. - żona zdzieliła go ścierką.
- Straszą panią to możesz sobie nazywać teściową, a nie żonę, która jest seksi czterdziestką.
- Absolutnie się zgadzam. - Matthew pokiwał głową.
- Jeszcze słowo, a wystąpie o zakaz zbliżania się.
Matt uniósł dłonie w geście poddania się.
- W takim razie będę musiał poczekać na Cassie.
- Jak cię zdziele...
Tak, czuł się tu jak w domu w otoczeniu rodziny.

Pierwszy zjawił się pan Horan z żoną i dziećmi. Pierwsze, co zrobił, to wpadł do kuchni by przeglądać garnki, ale pani Malik skutecznie sobie z nim poradziła. Potem zjawił pan Styles z rodziną, zaraz po nich przyszła Alexandra. Pan Payne, Pan Tomlinson i Pan Lopez z rodzinami, siostra pani Malik, rodzice. Wkrótce w całym domu panowała wrzawa. Dom był przepełniony ludźmi, wszyscy znosili prezenty pod choinkę. Matt nigdy nie spędzał tak Świąt, więc było to dla niego coś kompletnie innego. Podobało mu się to. Przez myśl przeszło mu nawet, że mógłby poderwać którąś że starszych córek i wkręcić się w tę rodzinę, ale momentalnie wyrzucił ten pomysł z głowy. Wolał się nie narażać żadnemu z tych ojców, którzy stawiają rodzinę ponad wszystko.
Dziwiło go też, jak ludzie, których nie łączą żadne więzi krwi mogli być tak zżyci i to przez tyle lat. Chciał by jego rodzina tak właśnie wyglądała.

Przy stole panowała wrzawa, każdy chciał kogoś przekrzyczeć, ale nie brakowało śmiechu.  Było ciasno, ale dało się to znieść.
Pani domu zarządziła spokój i wspólną modlitwę. Wszyscy złapali się za ręce, ale przeszkodził dzwonek do drzwi. Każdy przy stole spojrzał zdziwiony zastanawiając się logo brakuje. Pani Malik wiedziała kogo nie było przy stole. Z łzami w oczach i nadzieją w sercu pobiegła do drzwi. Ulga i radość jaką przeżyła, była nieopisana.
- April.

Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com