Chào các bạn! Truyen4U chính thức đã quay trở lại rồi đây!^^. Mong các bạn tiếp tục ủng hộ truy cập tên miền Truyen4U.Com này nhé! Mãi yêu... ♥

19

— To, co widzę jest szare, brudne...

— Gruzy. — westchnęłam. — Ta gra jest głupia. Tu są tylko gruzy.

— Nie umiesz się bawić. — zacmokał z niesmakiem.

Minęły już trzy dni od pamiętnego wydarzenia. Przeszliśmy szmat drogi i z tego, co mówił Dylan, jesteśmy już prawie u celu. Prawdopodobnie dojdziemy tam jeszcze dziś.

Dylan zrobił się weselszy, widać że cieszy się na spotkanie przyjaciół. Ja za to jestem cała w nerwach i nie mam humoru na jakieś bezsensowne gry. Dopiero wczoraj przemyślałam sobie wszystko i zdecydowałam, że skoro powiedziałam A, to muszę powiedzieć też B. Takim oto sposobem przypieczętowałam swój i tak niepewny los i postanowiłam jeszcze bardziej zagłębić się w kłopoty.

Brunet stał się jakby milszy, ale nie wiem, co jest tego przyczyną. Dwa dni temu zaprowadził mnie nad rzekę, gdy panowała gęsta mgła. Znów nie potrafiłam powstrzymać zachwytu i miałam nadzieję, że zobaczę więcej takich miejsc. Był to jeden z niewielu plusów tej wyprawy.

Cała dotychczasowa droga minęła nadzwyczaj spokojnie. Zero wygnanych, zero helikopterów i zero kogokolwiek, kto chciałby nas zabić. Podobało mi się to i miałam nadzieję, że tak już pozostanie.

— Nie jestem pewien, czy zdążymy dojść tam dzisiaj. — westchnął. — Już świta, a mamy do przejścia jeszcze piętnaście mil.

— Skoro zostali nam tak niewiele, to może damy radę? — zapytałam.

— Nie ma szans. W dzień jest większa możliwość natknięcia się na strażniczki. Baza znajduje się obok dużej aglomeracji. Przejdziemy jeszcze jakieś dwie mile i poszukamy schronienia. To najlepsze rozwiązanie na ten czas. — przytaknęłam.

Lokum znaleźliśmy w zniszczonym wieżowcu. Jego górna część straszyła niczym widmo. Wszędzie wystawały metalowe pręty podtrzymujące kondygnację, które wyglądały jak połamane kości.

Strach było wejść do środka z obawą, że wszystko zwali ci się na głowę, a wieżowiec stanie się twoim grobem. Dylan jednak zapewnił mnie, że bywał tutaj już nie raz, więc wszystko jest absolutnie bezpieczne. Nawet pierwszy raz postanowił rozpalić ognisko. Okazało się, że wszystko do tego potrzebne już tutaj było. Chłopak przyznał, że lubi być przygotowany do różnych sytuacji. Chwilę obawiałam się, że dym nas zdradzi, ale Dylan stwierdził, że z tego punktu nikt niczego nie dostrzeże. W taki oto sposób siedzieliśmy obok niewielkiego ogniska i grzaliśmy zmarznięte kończyny. Chciałam coś zjeść, ale na chwilę obecną nic nie przeszłoby mi przez gardło.

Dylan za to chyba już czuł się jak w domu, ponieważ jak gdyby nigdy nic raczył się trunkiem wygrzebanym z jakiejś dziury. Jak widać zaopatrzył się nie tylko w drewno.

— Nie denerwuj się tak. — uderzył mnie zaczepnie w ramię. — Jeśli ktoś będzie cię zaczepiał, będzie miał do czynienia ze mną. — dorzuciłam patyk do ognia.

— Bardziej boję się tego, że się tam nie odnajdę. Tam jest twój dom, dla mnie to obce miejsce pełne wrogów. — spięłam się, gdy jego ręka oplotła moje ramiona. Chyba przesadził z alkoholem, ponieważ na trzeźwo nawet nie pomyślałby o zrobieniu czegoś takiego.

— Obiecuję ci, że będziesz mogła na mnie liczyć w każdej chwili. — jego oddech śmierdział alkoholem, więc nie powinnam brać jego słów na poważnie.

— Jesteś pijany. Idź spać, ja wezmę wartę. — odsunęłam się delikatnie od niego.

— Nie jestem pijany. — przewrócił oczami. — Nie jestem aż tak głupi, żeby upijać się w takiej sytuacji. — jego ręka zsunęła się w dół moich pleców. — spojrzałam w jego oczy i chyba po raz pierwszy zobaczyłam w nich ciepło. — Zrobiłem wiele głupstw. Jak myślisz, jedno więcej zrobi jakąś różnicę? — uśmiechnął się głupio.

Ja natomiast nie miałam pojęcia, o co mu chodziło. Przynajmniej do póki nie uwięził mnie w swoich ramionach i mocno przytulił. Serce podeszło mi do gardła. Nie miałam pojęcia, jak się zachować, więc siedziałam jak słup soli. Jemu najwidoczniej to nie przeszkadzało.

— Nie podziękowałem ci jeszcze za pomoc. Gdyby nie ty, tkwiłbym tam dopóki nie znalazłbym drogi ucieczki. I przepraszam, że cię to wciągnąłem. Choć nie żałuję, bo byłoby trochę nudno. — odsunął się i schował kosmyk moich włosów za ucho. Byłam oszołomiona jego nagłą otwartością. — Na dodatek chyba zacząłem cię lubić. — puścił mi oczko. Stwierdziłam, że sytuacja nie może być już bardziej niedorzeczna.

Niespodziewanie wyprostował się i wyciągnął broń zza paska. Przeładował pistolet i zaczął czujnie rozglądać się dookoła.

— Zostań tu. — powiedział, a później zniknął w ciemności. Wstałam, nie wiedząc, co robić.

Światło padające z ogniska ograniczało mi widoczność. Słysząc kroki, odwróciłam się w tamtym kierunku. Niestety, nim zdążyłam cokolwiek dojrzeć, zostałam powalona na ziemię potężnym uderzeniem w ramię. Krzyknęłam z bólu. Gdzieś w oddali usłyszałam strzał. Nad sobą dostrzegłam wygnaną z dwoma pokrzywionymi prętami w rękach. Od razu nasunął mi się obraz tamtej kobiety. Znów usłyszałam strzał, było ich tutaj więcej.

Starałam się jak najszybciej podnieść. Cudem uniknęłam ciosu w głowę. Kobieta wyglądała na wściekłą. Ponownie zaatakowała. Przewróciłam się na brzuch unikając kolejnego uderzenia. Z tej pozycji o szybciej udało mi się wstać. Odsunęłam się gorączkowo szukając jakiejś broni. Wiedziałam, że w plecaku Dylana znajdował się pistolet, niestety zdobycie go zajęłoby mi zbyt wiele czasu. Gdy kobieta zbliżyła się do mnie, z całej siły kopnęłam ją w rękę, skutkiem czego jeden z prętów wylądował na ziemi. Sprawnym ruchem go podniosłam i stanęłam naprzeciwko czegoś, co powinno być człowiekiem. Wygnana chwyciła pręt oburącz.

Światło ogniska oświetlało połowę jej sylwetki, czyniąc ją jeszcze bardziej przerażająca. Jej brudne włosy tworzyły jeden wielki kołtun, na brudnej twarzy odznaczały się duże brązowe oczy. Była wychudzona i zdesperowana, aby zdobyć pożywienie. Rzuciła się na mnie z okrzykiem, robiąc zamach. Zablokowałam cios prętem trzymanym w dłoniach. Uderzenie było tak silne, że prawie go upuściłam. Kolejny cios nadszedł niemal w tym samym momencie. Prawie znów wylądowałam na ziemi. Postanowiłam przystąpić do kontrataku. Moje ciosy były wykonywane często i na oślep. Kobieta zaczęła powoli się cofać. Po kolejnym moim mocnym uderzeniu potknęła się o plecak i plecami wylądowała w ognisku. Jej krzyk był głośny i nieprzyjemny. Mimo tego, że jej ubranie i włosy zajęły się ogniem, próbowała się podnieść. Postanawiając skrócić jej męczarnie wbiłam jej pręt prosto w brzuch.

Odsunęłam się cała rozedrgana. Znów kogoś zabiłam. Na zewnątrz usłyszałam kolejny krzyk. Wyciągnęłam pręt z brzucha martwej kobiety i wybiegłam na zewnątrz. Dylan siłował się na ziemi z jedną z wygnanych. Niewiele myśląc podbiegłam do nich i z całej siły uderzyłam w głowę siedzącą na Dylanie kobietę. Wylądowała nieprzytomna. Chłopak szybko podniósł leżący na ziemi pistolet i strzelił jej prosto w głowę. Niestety nie zdążyłam odwrócić wzroku. Kolejny obraz do kolekcji na dobranoc.

— Skąd one się tu wzięły? — sapnęłam.

Nie wiedziałam, co ze sobą począć. Raz po raz przeczesywałam włosy roztrzęsionymi dłońmi. Zakrwawiony pręt już dawno zniknął z moich rąk.

— Nigdy się tu nie kręciły. Nie mam pojęcia, dlaczego się tu znalazły.

— Chcę stąd iść. — już miałam się odwrócić, by pójść po rzeczy, gdy rozległ się głośny krzyk Dylana.

Poczułam nagły, dławiący ból. Powietrze uciekło z płuc. Mój wzrok powędrował w dół, gdzie napotkałam zakrwawiony pręt, wystający z mojego boku. Nie minęła chwila, a osunęłam się bezwładnie na kolana.

Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com