20
Pobudka nie należała do najprzyjemniejszych. Wszystko mnie bolało. Zanim otworzyłam oczy zauważyłam, że leżę na czymś miękkim. Dopiero po kilku minutach udało mi się otworzyć oczy. Ostre światło żarówek mnie raziło. Gdzieś w oddali usłyszałam rozmowy. Rozejrzałam się dookoła i ze zdziwieniem stwierdziłam, że znajduję się w jakiegoś rodzaju szpitalu. Po dwóch stronach ustawione były rzędy łóżek posłanych jasną pościelą. Na około stały różnego rodzaju urządzenia. Na dodatek zapach był podobny do tego w kilinice, w Waszyngtonie. Do mojej prawej ręki podpięta była kroplówka. Czułam się strasznie, a na dodatek doskwierał mi mocny ból w okolicy brzucha. Drzwi się otworzyły i do sali weszła młoda dziewczyna, na oko w moim wieku. Uśmiechnęła się do mnie, gdy zauważyła, że na nią patrzę.
— Jak się czujesz? — zapytała, podchodząc bliżej.
— Źle. — Skrzywiłam się, gdy próbowałam się podnieść.
— Leż spokojnie, dopiero Cię zoperowali. — Zajęła miejsce na krześle obok mojego łóżka.
— Jestem Rosaline. — Wyciągnęła w moim kierunku małą dłoń. — Ale możesz mówić mi Rose lub Rosie. — Uśmiechnęła się słodko.
— Melanie. — Uścisnęłam jej dłoń. — Gdzie jestem? — Byłam trochę przerażona, ponieważ ostatnie, co pamiętam to tamto pustkowie, pręt w moim brzuchu i przerażona mina Dylana. Dylan. Gdzie on jest?
— Jesteś w skrzydle szpitalnym super tajnej bazy. — Ukazała swoje idealne zęby. — Masz szczęście, że Dylanowi udało się sprowadzić ciebie tak szybko.
— Gdzie on jest? — Chyba dostrzegła mój niepokój, ponieważ położyła swoją dłoń na moim ramieniu w uspokajającym geście.
— Spokojnie, jest trochę zabiegany. Zaraz dam mu znać, że się obudziłaś. — Wyjęła z kieszeni niewielkie prostokątne urządzenie, coś na nim wystukała i schowała z powrotem. — Powinien zaraz tutaj być. — Uśmiechnęłam się do niej z wdzięcznością.
— Coś mnie gniecie. — Delikatnie poruszyłam się, by pozbyć się ucisku na wysokości pasa. Niestety na marne.
— To regenerator komórek. Jared i Luke go wymyślili, to najlepsza para naukowców jaką spotkałam. Urządzenie przyspiesza gojenie i już za kilka dni będziesz jak nowa. Patrz. — Odchyliła kawałek kołdry, gdzie zobaczyłam gruby pas owinięty wokół mnie. Co jakiś czas można było dostrzec lekką niebieską poświatę wydobywającą się ze środka. — Nie mam pojęcia, jak to dokładnie działa, bo nic nie zrozumiałam z ich bełkotu, ale ważne, że działa. — Przykryła mnie ponownie. Całe szczęście, ponieważ panował tu ziąb.
W tym samym momencie metalowe drzwi ponownie się otwarły, a w nich ujrzałam Dylana. W końcu wyglądał na wypoczętego i szczęśliwego.
— Hej, jak się masz? — Rose odeszła już od mojego łóżka zajmując się ścieleniem pozostałych. Chłopak zajął jej miejsce, chwytając mnie za zimną dłoń, po której przebiegły dreszcze.
— Wszystko mnie boli. Jak się tu znaleźliśmy? — zapytałam zaciekawiona. Chyba nie niósł mnie przez piętnaście mil.
— Mieliśmy szczęście, że akurat trafiliśmy na wracający patrol. Zgarnęli nas. — westchnął. — Myślałem, że już nie żyjesz. — Schował twarz w dłoniach.
— Nie byłoby to wielką stratą — zaśmiałam się, chcąc rozluźnić atmosferę.
— Nawet tak nie mów. Nie po to tyle razy ratowałem Ci tyłek abyś umierała mi na samej mecie.
— Dziękuję. — Posłałam mu uśmiech i uścisnęłam jego dłoń. — A teraz mi wszystko wytłumacz. Ile byłam nieprzytomna?
— Dwa dni. Mówili, że potrwa to trochę dłużej zanim się wybudzisz, ale jak widać jesteś silna. Teraz znajdujemy się w skrzydle szpitalnym. Jak ci się poprawi, zostaniesz przeniesiona do kwater. — Zmarszczyłam brwi.
— Jakim cudem nikt nie wie o istnieniu tego miejsca? — To było co najmniej dziwne. Nie wiem, jak duże było to miejsce i ile było tu osób, ale ciężko by nikt tego nie zauważył.
— Ponieważ, moja droga, znajdujemy się głęboko pod ziemią. — Otworzyłam usta ze zdziwienia. To prawdopodobnie tłumaczy brak okien i chłód. Zastanawia mnie, jak udało im się zbudować cokolwiek pod ziemią. — Dokładnie to około 5 kilometrów pod ziemią. więc ciężko nas w jakikolwiek sposób namierzyć.
— Miejmy nadzieję, że to się nigdy nie stanie — odezwała się Rose.
Z zewnątrz usłyszałam jakieś krzyki, ale drzwi były dosyć szczelne, więc nie mogłam zrozumieć o co chodzi.
— Seth wrócił z patrolu. Pewnie znów coś wykombinował i zrobił sobie krzywdę. — Dylan głośno się zaśmiał.
Chwilę potem do środka został wepchnięty młody, wysoki chłopak o brązowych, zmierzwionych włosach i niesamowicie niebieskich tęczówkach. Za nim weszła pulchna kobieta w średnim wieku.
— Dorothy, ile razy mam powtarzać, że to tylko zadrapanie? — Wyrzucił ręce w powietrze. Jedna z nich była cała zakrwawiona i nie wyglądała na tylko zadrapaną.
— Kto by pomyślał, taki duży chłopiec, a boi się igieł. — Zaśmiał się Dylan. Dopiero wtedy chłopak zwrócił na nas uwagę.
— Dylan? — zapytał zaskoczony. — Stary! Myślałem, że już przepadłeś. — Mężczyźni mocno się uściskali.
— Postanowiłem wrócić i znów pouprzykrzać ci życie.
— Trzeba zrobić jakąś imprezę! Odkąd zniknąłeś te sztywniaki zapomniały co to zabawa. — Udał zdegustowanego. — Jak się tu w ogóle znalazłeś? I gdzie byłeś przez ten czas?
Przyglądałam się temu wszystkiemu z boku. Wszyscy chyba na chwilę zapomnieli o mojej obecności. Dylan i Seth wydawali się dobrymi przyjaciółmi.
— Coś poszło nie tak i mnie złapali. Trzymali mnie w Centrum Wyboru. — Seth skrzywił się jakby zjadł coś naprawdę kwaśnego.
— Jak uciekłeś? Dorothy, możesz mnie zostawić? — warknął chłopak. Kobieta nic sobie z tego nie robiąc pociągnęła chłopaka na stojące przy stoliku krzesło.
— Będziecie sobie rozmawiać, a ja w tym czasie zaszyję ci tą paskudną ranę. — Chłopak przewrócił oczami, ale zaraz ponownie skupił uwagę na Dylanie.
— Miałem drobną pomoc. — Wskazał na mnie. Wydawało się, że dopiero teraz mnie zauważył. Nie wiedząc co zrobić uniosłam lekko rękę i pomachałam, delikatnie się uśmiechając. Przyglądał mi się uważnie.
— Ja Cię chyba skądś... Bez jaj — powiedział, chyba orientując się, kim jestem. — Stary powiedz mi, że mam jakieś zwidy. Dorothy wbij lepiej tą igłę, bo chyba śnię. — Kobieta uśmiechnęła się chytrze. — Tylko żartowałem! — krzyknął krzywiąc się z bólu, gdy zrobiła to o co prosił.
— Trafiłem do niej jako Wybrany. Okazała się inna i mi pomogła. Zaszły lekkie komplikacje, więc musiałem ją ze sobą zabrać, ale jest w porządku. Można jej ufać. — Chłopak patrzył to na mnie, to na Dylana ciągle marszcząc brwi.
— Skoro tak mówisz. — Wreszcie wzruszył ramionami wygodniej się usadzając. — James wie? — Zaciekawiłam się, słysząc znajome imię. Wydawało mi się, że był jakiegoś rodzaju szefem.
— Wie, że kogoś przyprowadziłem, ale jeszcze nie wie, kogo. — Dylan zagryzł wargę i wyglądało to dosyć słodko.
— Będzie dym. — Zaśmiał się.
— Gówno mnie obchodzi. Nie było mnie rok, ale niech nie zapomina, że ja też tu rządzę — warknął.
— I chwała za to, bo przez ostatni czas zrobił się nie do zniesienia.
Drzwi do sali otworzyły się po raz kolejny. Tym razem był to również młody chłopak o czarnych jak noc włosach i niebieskich oczach. Był o wiele niższy od Dylana, ale bardziej umięśniony.
— Dylan, James chce się z tobą widzieć.
— Będzie rozróba. — Seth puścił mi oczko.
Bạn đang đọc truyện trên: Truyen4U.Com